Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Monthly Archives: Grudzień 2011

Kaper

Gdy miałem siedem lat, chodziłem pieszo do mojej podstawówki, oddalonej o jakieś 150 metrów. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek szedł z kimś z mojej ówczesnej klasy, lecz w początkowych miesiącach zawsze miałem towarzysza w mojej bardzo dalekiej dla siedmiolatka wędrówce.

Wabił się Kaper.

Był psem sąsiadów, długowłosym przedstawicielem rasy chihuahua. Nie mam żadnego zdjęcia, ale wyglądał dokładnie tak:


autor zdjęcia: Luis Miguel Bugallo Sánchez, licencja GFDL

Będąc dzieckiem, uważałem go za bardzo mądrego psa, bo przechodził przez jezdnię jedynie na pasach i czekał, gdy widział jadący samochód. Do tego szczekał jedynie na ludzi, którzy cuchnęli alkoholem. Odprowadzał mnie zawsze pod same drzwi szkoły, choć nie miałem nigdy dla niego żadnego smakołyku.

Przez kilka lat od mojego wyprowadzenia się z tamtego budynku, za każdym razem, gdy widziałem go na klatce schodowej, przychodził do mnie, radośnie merdając ogonem. W międzyczasie, na klatce pojawił się kolejny mały pies, którego ulubionym zwyczajem jest z kolei gryzienie spodni nieostrożnych wchodzących do budynku.

Gdy dzisiaj wychodziłem z budynku, Kaper siedział przed schodami. Przywitałem go radosnym „Kaper, Ty żyjesz!”. Nie zareagował.

Minęło ponad trzynaście lat od czasu, gdy Kaper odprowadzał mnie do mojej pierwszej szkoły. Tyle rzeczy w tym czasie miało miejsce w moim życiu, a on nadal większość czasu spędza na tej samej klatce schodowej. Tylko przestał już mnie rozpoznawać.

Reklamy

Notatki z Lwowa – część 4

i ostatnia

24.06
Szybkie spakowanie się, chyba trzykrotne pożegnanie z Japonką, zakupy w Opera Passage i na dworzec w celu znalezienia busa. Tym razem bilet można kupić tylko w marszrutce i kosztuje 19hr. Obłożenie znowu duże, czas przejazdu trochę ponad 1,5h. W busiku rozmawiamy z Ukraińcem, który studiuje w Rzeszowie, a jedzie do pracy do Warszawy.


Dworzec autobusowy mieści się tuż przed dworcem kolejowym. Odjeżdżają stamtąd busy do miejsc tak dalekich, jak Kiszyniów, stolica Mołdawii.


A te busiki jadą do Chustu i Winogradowa w pobliżu granicy z Węgrami i Rumunią, odległość 274 km. To musi być przyjemny przejazd…

Na przejściu granicznym wszystko idzie łatwo… do momentu dotarcia do polskiej strony przejścia. Tutaj napotykamy potężną kolejkę mrówek. Próbujemy przebić się siłą, kończy się małą przepychanką i zablokowaniem możliwości dalszego przejścia do przodu. Jedna dziewczyna zaczyna po angielsku z agresją w głosie zmuszać nas do stanięcia za nią, bo była tu wcześniej, Marcin: „of course I’ll let you pass first, because you’re a lady”, ona puszcza całus i nagle
wszystko wraca do normy. Śmieszną rzeczą była rozmowa z nimi po angielsku, gdy oni potem w zasadzie używali polskiego. Pod koniec trasy już byli całkiem przyjaźni – ta dziewczyna robiła za mrówkę, rozmawiała też z facetem, który pracuje w Pruszkowie i już zapraszał Marcina na wódkę. Przez zamieszanie z mrówami nie zdążyliśmy na pociag
o 13:07 (przejście granicy zajęło nam 2h) i mieliśmy czas na obiad w Przemyślu, zjedzony w barze, który wyglądał jakby przeniesiono go prosto z poprzedniego ustroju. W Przemyślu w „piwach regionalnych” dostałem też… Jabłko w Piwie, cena 4,80 zł.

Na dworcu w Przemyślu stał najprawdopodobniej wagon Kolei Mołdawskich, to jeszcze do zweryfikowania udało się to zweryfikować dzięki jednemu z oglądających Picasę..

Do niedawna istniały bezpośrednie kolejowe połączenia Warszawa – Kiszyniów i Przemyśl – Kiszyniów. Niestety, zniknęły 11 grudnia wraz z nowym rozkładem.

Pociąg o 15:47, 23:30 w Warszawie Zachodniej. Tam szybka przesiadka na kolejny TLK i o 6:40 byłem w Tczewie. W pociągu z Wawy wbiłem się do przedziału, w którym podróżowała rodzina z dziećmi, do tego jeszcze jakaś parka studentów się dołączyła. Na zewnątrz jednak integracja ludzi na całego – o 4 nad ranem poszedłem do toalety. Gdy do niej dotarłem, drzwi się otworzyły i stanęła w nich czarnowłosa dziewczyna, patrząc na mnie z głupim uśmiechem. Po chwili zza mnie wyłonił się chłopak, który wszedł z nią do toalety.

DODATKOWE NOTATKI:

  • w restauracjach takie naleśniki z mięsem są pokazane osobno jako naleśnik i osobno „+ mięso”, z osobnymi cenami. Cena dania to ich suma.
  • w Lwowie zdarza się też spotkać ludzi w narodowych strojach, koszule z motywami ukraińskimi wydawały się być nawet modne.
  • zadziwiająco rozmowni ludzie w każdym miejscu, gdzie byliśmy. Skończyło się z wyjazdem z Przemyśla.

To była ostatnia część „Notatek z Lwowa”, ale wakacje w tej opowieści dopiero się rozpoczęły. Nie wiem jednak jeszcze, czy napiszę też o pozostałych wyjazdach. A widziałem jeszcze na przykład taki oto zachód słońca:

Notatki z Lwowa – część 3

23.06
Poranne zakupy w Opera Passage. W trakcie jedzenia śniadania w końcu dokwaterowano nam kogoś. Były to dwie Ukrainki – Ola i Alona, z których jedna skończyła podobno właśnie finanse, druga pracuje. Pierwsza miała śladową znajomość angielskiego, druga wcale. Trudnym było dogadanie się, ostatecznie niewiele się dowiedzieliśmy i nasz kontakt był ograniczony, tym bardziej, że były zestresowane.


Dworzec podmiejski


Marszrutki przed dworcem podmiejskim

Wybraliśmy się więc na dworzec kolejowy, gdzie zapoznaliśmy się z rozkładami. Wszystko jest na zdjęciach [a wszystkie zdjęcia na Picasie], ja dodam tylko, że budynek dworca jest piękny, a bazar w pobliżu jest osią życia miasta.


Kolejki do kas – podobno dość charakterystyczne dla wszystkich większych dworców Ukrainy

W drodze powrotnej wzięliśmy tram – są przeładowane, powolne. Kontrolerka (pokazują badge z info, że nimi są) kłóciła się i wręcz przepychała z kimś bez biletu (na początku tytułując go per „szanowny”, później krzycząc za nim „cham!”).


Po lewej u góry manualnie obsługiwany kasownik biletów. Podobne można spotkać w wielu krajach środkowo-wschodniej Europy

Znaleźliśmy też ulicę Zeleną i najpopularniejszy klub w Lwowie – Metro. W zasadzie, niczym się z zewnątrz nie różni od takiej Nowej Republiki [popularny klub w Gdańsku].

W hostelu nawał nowych gości w naszym pokoju. Od Japonki, która jest naprzeiwko w pokoju (o niej później) przez parę Polaków z Wawy po dwóch robotników z Krakowa szukających chyba tylko najebki, ale ich przekwaterowano <- za mały pokój.

Obiad w pizzerii Verona, pizza średnio smaczna (~34hr), do tego wcale nieduża jak na dwie osoby, więc musiałem podładować frytkami na ulicy (3,50hr), które były tłuste, słone i ostre (pieprz), ale smaczne. Potem katedra ormiańska, jak zwykle wspaniała, i wejście na Wysokij Zamok, gdzie okazało się, że jakiś Arab (chyba na wycieczce)
przygruchał sobie już jakąś młodą Ukrainkę. W ogóle, dużo tam całujących się par było.

Katedra Ormiańska


W mieście stoi sporo tablic informacyjnych z mapką i wskazówkami na ciekawsze atrakcje turystyczne. Napisy są również po angielsku

Wróciliśmy do hostelu, szybkie ogarnięcie się i do klubu Kult na live music. Co ciekawe, obsługa pubu puściła wcześniej „Jak anioła głos” Feela… Sam zespół był bardzo fajny, wokalistka miała przyjemny głos i niesamowicie się wczuwała. Na sali było 20-30 osób, zwłaszcza grupka 8 Ukraińców świetnie się bawiła, lecz milutko. Obok nas dwie dziewoje siedziały na vkontakte.ru – rosyjskim odpowiedniku facebooka. Piwo za 16hr – ukraińskie ciemne.

W hostelu zaczęliśmy rozmawiać z Japonką. Było to o tyle zabawne, że ona naprawdę słabo zna angielski, na niektóre słowa reaguje zaskakująco, jakby nie rozumiała kontekstu; wszystko ją cieszy, często zachowywała się, jakby była czymś zawstydzona – to też było całkiem urocze. Wydaje się być totalnie zagubiona, korzysta tylko z kserówek jakiegoś przewodnika po japońsku (1 strona na miasto), dziwi ją, że istnieje jeszcze coś. W Japonii mieszka w Osace, skończyła pracować w biurze, ale teraz ma być asystentką. „No more office work!” powiedziała z radością. Podróżuje od 15 dni, zwiedziła już Helsinki (słabo), Tallinn, Rygę, Siauliai i teraz jest w Lwowie. Potem jedzie jeszcze do Krakowa i na chwilę do Wawy. Zastanawia nas, jak radzi sobie sama, przy takim nieogarnięciu i nieznajomości języków. Z drugiej strony, jest niesamowicie cute.

Notatki z Lwowa – część 2

22.06
Noc w Hotelu Sun była bardzo spokojna. Po obudzeniu się usłyszałem pieśń po… chińsku, śpiewaną przez jakąś kobietę. Śniadanie zjedliśmy w „Mołocznym barze” w pobliżu głównej poczty. Około 6 zł za ryż, kotlet z kurczaka, buraczki i kapustę, gdzie dwa ostatnie sama do zamówienia dorzuciła nam miła,przyjmująca je kobieta.

Wnętrze poczty w Lwowie

Po śniadaniu poczta, wypisanie 6 pocztówek. Budynek poczty znajduje się na ul. Słowackiego, jest to potężny gmach chyba jeszcze po A-W. Znaczek do Polski kosztuje 4 hrywny (około 1,40 zł), a kartka 70 kopiejek (~25 gr). Na poczcie znowu miła pani w okienku. Odnosząc się do PL – czy to serio takie trudne? Warto pamiętać, że listy zagraniczne powinny trafić do oddzielnej skrzynki „za kordon”. Była też kafejka interenetowa, w niej ktoś pisał maila z mail.ru, cena za godzinę 5,25hr. Wymiana waluty – za 50 zł dostaliśmy 140hr.

Tramwaj

Bilety na tramwaj kosztują 1 hrywnę. Nie pojechaliśmy nim jednak, bo ulica, którą jedzie jest kompletnie rozkopana, to chyba remont na Euro. Doszliśmy pieszo do skansenu, który jest w Lesie Szewczenki na wzgórzu za centrum. Po drodze kupiliśmy czereśnie na bazarze na ul. Łyczakowskiej, znowu miła sprzedająca. Często zadawane pytanie – który raz jesteście w Lwowie?

Remonty w Lwowie na Euro 2012

Bazar przy ul. Łyczakowskiej

[mała ciekawostka z okolic bazaru]

Wstęp na skansen kosztuje 10hr (5 dla posiadaczy karty ISIC), sam skansen jest trochę zaniedbany, dużo budynków stoi zamknięte, a te, które są otwarte, często niewiele mają. Tu pomocny mógłby być przewodnik. Zajmuje jednak potężny teren (50ha) o dużych różnicach wysokości. Niektórzy ludzie tu pracujący są ciekawi – doładowałem telefon pewnej starszej kobiecie, która pilnowała domku.

W skansenie można było również spotkać młodzież będącą właśnie na warsztatach rysowniczych.

Kolejny posiłek w „Kartoplanej Chacie”, też ~20hr. Tutaj z kolei meksykański wystrój. Kupiłem tu też piwo „Biła nić” z browaru w Czerniowcach Czernihowie [przez ten błąd przegrałem w wakacje obiad] za 9,50. Bardzo dobre.

Wieczorem miał miejsce wiec z okazji rocznicy wybuchu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Tu dla odmiany wiec organizowali nacjonaliści, był anty-Hitler i anty-Stalin. Przyszło co najmniej kilkaset osób, pilnowały ich 3 busiki milicjantów.

Później wyrusziliśmy na mały przegląd klubów – Kult (obok filharmonii) był opustoszały, Korzo (blisko pomniku Mickiewicza) miał zachodnie ceny. Skończyliśmy w McDonald’s na shake (12,50 hr) i na ławkach na bul. Szewczenki. „Wygoniła” nas starsza pani sprzątająca okolicę, pytając per chłopcy, czy będziemy tu jeszcze siedzieć. Sami przyjaźni ludzie, serio.

Często w Lwowie spotykało się też dość sprytny system otwierania drzwi, zdjęcie poniżej. By zostały otwarte, trzeba wcisnąć trzy odpowiednie przyciski jednocześnie.

Kim Dzong-il nie zyje

z komorki, wiec linki moga nie dzialac

W nocy media podaly, ze zmarl przywodca Korei Polnocnej, Kim Dzong-il. Juz pojawiaja sie przewidywane informacje z cyklu ‚spikerka telewizyjna plakala, gdy podawala wiadomosc o smierci Ukochanego Przywodcy’, wspomina sie tez, ze wladze ma przejac dwudziestokilkuletni Kim Dzong-un.

W tej chwili ciekawe moze okazac sie to, co prezentuja lokalne media, patrzac na to, co dzialo sie podczas smierci i pogrzebu poprzedniego przywodcy (polecam ‚kim il-sung death’ na youtube):

Interesujaca kwestia jest to, jak teraz potoczy sie dalszy los polnocnej Korei po wydarzeniu, ktorego wielu zainteresowanych tym krajem spodziewalo sie juz od kilku lat. Tutaj wszystko moze sie zdarzyc.

UPDATE: Ludzie w tej chwili lądują tu po frazach wskazujących na to, że poszukują ogłoszenia faktu śmierci Kim Dzong-Ila w państwowej telewizji. There it is:

Notatki z Lwowa – część 1

Natychmiast po zakończeniu letniej sesji egzaminacyjnej wyruszyłem z Marcinem na kilkudniowy wypad do Lwowa. Na bieżąco robiłem tam pisemne notatki, które już od kilku miesięcy tkwią w mojej skrzynce, czekając, aż w końcu je obrobię i wrzucę na bloga. Na obróbkę jestem zbyt leniwy, więc wrzucam je dokładnie tak, jak wyglądają w mojej skrzynce pocztowej – ewentualnie z dodanymi komentarzami od dzisiejszego mnie i zdjęciami z Picasy, bo tego albumu Picasa podczas swojej akcji „niszczenie mi udostępnionych albumów” (może później opowiem) zniszczyć nie zdążyła. Więc lecimy z dniem 1:

21.06

Polskibus okazał się przyzwoitym, choć średnio wygodnym sposobem komunikacji [udało mi się zdobyć bilet na jeden z pierwszych dni działalności przewoźnika – kosztował mnie on dokładnie 0 zł – przyp. mmk]. Czerpanie przyjemności z przejazdu utrudniało zwłaszcza to, że nie mogłem zasnąć. Na ok. 70 miejsc w autokarze zajętych było max 30. Kwestię czasu pracy kierowcy spółka załatwia zatrzymaniami na stacjach benz., zupełnie jak na wycieczkach. W Warszawie byłem na 15 min przed czasem.

PolskiBus

W metrze o 5 rano zadziwiająco dużo ludzi. Zasmucił mnie też widok względnie nowych wielopiętrowych wieżowców mieszkalnych – rozumiem, że Wawa ma drogą ziemię, ale z własnej woli osiedlać się w takich
koszmarkach?

[kolejna część podróży to TLK Warszawa – Przemyśl]

Na Kielecczyźnie sporo domów miało wnęki z mini-kapliczką maryjną. Wracając jeszcze do plbusa, większość pax [pasażerów] to małżeństwa z klasy średniej. Zazwyczaj był to pierwszy etap dalszej podróży, np na Maderę albo do Drezna (ta ostatnia w poszukiwaniu dziewczyny).

Od Przemyśla zaczyna się dopiero właściwy etap podróży. Po wyjściu z tunelu dworca w Przemyślu (na prawo) znajdują się marszrutki do Medyki. Są to polskie busiki, przejazd kosztuje 2 zł. Z tego samego dworca odjeżdżają też różne busy, głównie na ukraińskich rejestracjach, te jadą do różnych ukraińskich miast. Stan techniczny tych busików woła o pomstę do nieba. Sam przejazd to 15 minut kluczenia po jakichś dziwnych drogach. Docieramy do granicy z Ukrainą. Po polskiej stronie zaraz stoi Biedronka. Dużo jest też osób oferujących alkohol, papierosy. Kurs wymiany walut jest nawet przyzwoity – dostajemy 275 hr za 100 zł. Należy przejść pieszo około 500 m (najlepiej kierując się za ludźmi , wtedy dociera się do polskiej strony przejścia granicznego W tą stronę tu bezproblemowo, za to już na ziemi niczyjej spory tłum handlarzy koczuje i czeka na przejście. Pomagają przejść turystom, ale widok nerwowego tłumu i przeciskanie się pomiędzy pakunkami są całkiem interesujące. W drugą stronę to samo będzie po polskiej stronie.
Celnicy nie stwarzali mi żadnych problemów.

W Szegini dworzec autobusowy znajduje się jakieś 300 m po lewej od głównej drogi. Łatwo go zauważyć, jest dobrze opisany, ma rozkład, a nawet kasę biletową (kurs Szegini – Lwów to w tej chwili równo 20hr w kasie, gdy ma się bilet z kasy, to ma się pewne miejsce siedzące… teoretycznie).

Jako bus przyjechał żółty Etalon z 26 miejscami siedzącymi. Do środka wcisnęło się około 45 osób, część z większymi bagażami. Przejazd zajął około 1h45, busik wydawał się osiągać granice swoich osiągów, warto było się czegoś trzymać. Nie siedzeń, lepiej poręczy – jeśli nie odpadały. Jadąc marszrutką, widać też było prawdziwe życie miejscowości po drodze, może nieco biedniejsze, ale wcale nie odmienne od naszego. Bus kończy bieg przed głównym dworcem kolejowym.
W marszrutce poznaliśmy dwóch studentów z Wawy. Dali nam kilka ciekawych hintów i opowiedzieli, co warto zobaczyć. Co ciekawe, jeden z nich miał na sobie t-shirt ze Srebrenicy. Jeżdżą głównie po krajach wschodnich, obozują na dziko, piją, poznają ludzi. Jeden kończy antropologię i socjologię, drugi studiuje filozofię i był na chwilę na ukrainistyce. Ciekawi ludzie.

Lwów rozpoczął w końcu remonty na Euro, czego efektem jest rozkopanie jednej z głównych ulic i jeszcze utrudniony ruch na i tak już sypiącej się sieci tramwajowej. Widać plakaty informujące o Euro, ale niewiele więcej.

Dziś pogoda była raczej deszczowa, więc zwiedziliśmy głównie Puzatą Chatę. Tam okazało się, że nadal jest supersmacznie, ale już drożej – ~10 zł za obiad (lekki) na osobę. Odwiedziliśmy też sugerowany przez nowych znajomych kafe-bar „Wersal” (na lewo od Opery) i tam znowu ich spotkaliśmy.

Od 22 do 10 w sklepach Lwowa obowiązuje prohibicja [i poważnie jest respektowana, przynajmniej w samym centrum miasta]. Świetnym napojem bezalkoholowym jest „Zhivchik” == Apfelschorle (~8-9hr/2l). [Apfelschorle to niemiecki napój składający się w mniejszej części ze słodkiego soku jabłkowego, reszta zawartości butelki to woda gazowana. Bardzo dobry i tani w Niemczech, na Ukrainie nieco mniej tani i słodszy, ale również znakomity.]

Hotel „Sun” w którym śpimy jest zdecydowanie dobry jak na swoją cenę [nocleg kosztował nas około 16 zł za łóżko, rezerwowałem przez hostelbookers – obecnie ceny podskoczyły do około 24 zł. Z ciekawostek – na powitanie dostaje się darmowe piwo]. O ile jest bardzo basic i trochę imprezowy, tak ma wszystko, co trzeba (łącznie z prysznicem w pokoju – jako „w pokoju” rozumiem W TYM SAMYM pomieszczeniu, jedynie ze ścianką działową. Szkoda jedynie, że nie osłania ona przed oknem, przed którym paraduję nago – ale w sumie co mi szkodzi :D).

Biletyregionalne.pl – już prawie to, czego oczekuję

Gdy wracałem dzisiaj z uczelni, wysiadając jak zwykle na dworcu w Tczewie, z głośników usłyszałem standardowy komunikat o przyjeździe pociągu relacji Gdynia – Laskowice Pomorskie, peronie, godzinie odjazdu. Tym razem jednak na końcu komunikatu znalazła się dodatkowa informacja. Brzmiało to mniej więcej tak:

Szanowni podróżni, Przewozy Regionalne zachęcają do zakupu biletów kolejowych na pociągi spółki poprzez internetową platformę biletyregionalne.pl.

Link został oczywiście natychmiast zanotowany w telefonie. W domu sprawdziłem, co nowego oferuje mój ulubiony przewoźnik kolejowy, by zostać mile zaskoczonym. Nie dość, że na stronie można kupić bilety jednorazowe i okresowe na praktycznie wszystkie relacje obsługiwane przez Przewozy Regionalne, to jeszcze, dzięki współpracy z eCard, możliwe jest płacenie zarówno kartą, jak i przez… Paypala.

Dzięki wprowadzeniu opłaty za korzystanie z kart debetowych w moim banku, od paru miesięcy kombinowałem nad tym, jak tu zapłacić kartą za mój bilet miesięczny, kupując go w kasach PR. Nowa platforma pozwala mi na zakup biletu miesięcznego przez internet… ale zaraz, zaraz, tak dobrze nie ma.

Jako mieszkaniec Tczewa (ostatniej stacji na trasie trójmiejskiej SKM) z planem zajęć ułożonym tak, że dość często pasuje mi jedna z czterech SKM-ek dziennie, kupuję bilet miesięczny łączony PR+SKM, droższy o około 5 zł. To właśnie było dużym problemem we wrześniu, gdy poszukiwałem miejsca, gdzie jestem w stanie zapłacić kartą. W Tczewie terminal posiadają jedynie kasy IC, które jednak nie mogą sprzedać mi miesięcznego łączonego, bo to „specjalna taryfa Przewozów i SKM”. Tak samo jest oczywiście w kasie IC w Gdańsku Głównym, tam zostałem z kolei wysłany do kasy SKM, gdzie uprzejmie oznajmiono mi, że terminale owszem, są, ale w planach.

Całe to marudzenie jest oczywiście związane z tym, że strona systemu sprzedaży biletów PR owszem, jest ładna, a nawet zazwyczaj pewnie przydatna, ale oferty PR+SKM również na niej nie ma. Wysłałem maila na kontaktowy adres podany na stronie, zobaczymy, co z tym będzie dalej. To jest jednak już krok w dobrą stronę, jeden z wielu, jakie ostatnio czynią Przewozy Regionalne (tak, podobają mi się te ostatnio puszczane trzy składy ;))

hafa.sh – shell script that fetches train connections

hafa.sh is a small shell script for Unix-based systems that fetches train connections between two stations. It has both command-line and basic graphic interface (using GTK+/Zenity – zenity is required to use it). cURL is also required, as the script uses it to fetch connection data.

All connections that are included in HAFAS system and, specifically, one of its Polish implementations are available – that means the script can find railway connections within much of Europe.

Available connections

Connections window

To run it, start your terminal, navigate to the folder where it is downloaded, give it the execution permission (chmod +x hafa.sh) and input one of the following commands:

./hafa.sh -w //window mode
./hafa.sh -i //command-line ‚interactive’ mode
./hafa.sh -a Departure_station -b Arrival_station -d Date -t Time //direct input
./hafa.sh -h //help with description of above and even more arguments

You don’t have to input date and time – if you don’t do it, your system time will be used.

The script can be downloaded from its Sourceforge.net project page. It was written as a university assignment, but as I like the result I decided to release it online.

Current version has some minor bugs and lacks some features that might be useful (ie. information about the exact time and place of a layover), but is quite usable for a basic script. Of course, any improvement suggestions are welcome.

CSB TV zmienia właściciela i (być może) nazwę

1 września 2010 roku nadawanie rozpoczęła CSB TV. Miała być to regionalna stacja telewizyjna dostępna drogą satelitarną, skierowana do społeczności kaszubskiej. Nadawana była przez spółkę Media Kaszëbë, właściciela stacji radiowej Radio Kaszëbë, która miała ambicje stworzyć kanał na miarę śląskiej TVS. Nie udało się jednak odnieść sukcesu, latem w mediach pojawiła się informacja, że 31 sierpnia stacja kończy działalność.

Jak podają użytkownicy forum.radiopolska.pl i portal media2.pl, stacja (a raczej jej częstotliwość) została wykupiona przez spółkę Polcast Television, znaną z prowadzenia kanałów Tele 5 i TV Polonia, charakteryzujących się dużą ilością pasm telezakupów i pornograficznych. Są dwie możliwości dalszego rozwoju kanału – albo zostanie zmieniony w coś podobnego do TVR, reklamowanej jako „telewizja rolnicza”, albo zmieni nazwę i stanie się nowym projektem spółki, znanym jako Novela.tv, docelowo mającym przekształcić się w kanał z telenowelami.

Póki co, forumowicze donoszą, że na antenie CSB TV już pojawiły się erotyczne reklamy…