Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Monthly Archives: Sierpień 2013

„RPC failed” with git on Ubuntu 13.04

If you clone a git repository through HTTP and see an error message containing

error: RPC failed; result=6, HTTP code = 0

on Ubuntu 13.04 (or similar) it might mean you don’t have curl installed.

You can install it using

sudo apt-get install curl.

Reklamy

Veturilo!

W Warszawie dostępne są rowery miejskie Veturilo. Od samego początku wyjazdu nakręcałem się, że będę z nich korzystał… po czym dopiero po miesiącu założyłem sobie konto w systemie. A pierwszy raz pojechałem jeszcze trzy tygodnie później.

System działa pod paroma względami podobnie jak tczewska karta miejska. Na początku trzeba przelać inicjalną opłatę 10 zł (do wyboru są płatności przelewem i kartą), po której aktywowane zostaje konto. Do zalogowania i wypożyczenia roweru potrzebny jest numer telefonu i sześciocyfrowy kod PIN, który samemu się sobie wybiera, można też zakodować konto na karcie miejskiej / legitymacji studenckiej. Inicjalna opłata jest do wykorzystania – ale bardziej teoretycznie. Przynajmniej przy płatności przelewem.

Zaraz po pierwszym przejeździe, który przekroczył nieco granicę 20 minut, tym samym stał się płatny (1 zł, nie majątek), dostałem maila o zablokowaniu konta. Po przeczytaniu regulaminu okazało się, że aby wypożyczyć rower, na koncie trzeba mieć minimum 10 zł, jeśli płaci się przelewem, a nie ma się podpiętej karty płatniczej.

Dzisiaj biegałem między innymi po Parku Łazienkowskim, obok którego mieści się parę stacji systemu. Przy tej stacji stało ponad 20 rowerów, jednak pierwszy z nich był zaczepiony na zamek, którego mimo wyboru odpowiedniego kodu nie mogłem odblokować. Szybko zwróciłem więc rower i wybrałem inny. Ten z kolei zamka w ogóle nie miał, ale to mi nie przeszkadzało – w planie miałem przejechać tylko kilka kilometrów od stacji do stacji.

Jadąc Rakowiecką, trochę się rozpędziłem, po czym… spadł mi łańcuch. Na szczęście, do stacji przy Polu Mokotowskim było już blisko.

Choć moje wszystkie 3 wypożyczenia roweru odbyły się z przygodami, bardzo podoba mi się system rowerów miejskich. Są świetnym sposobem przemieszczania się z miejsca na miejsce i mam nadzieję, że kiedyś pojawią się i w Gdańsku. A to, że przejazdy do 20 minut są darmowe, jeszcze bardziej zachęca.

Swoją drogą, po Warszawie jeździ się lepiej, niż spodziewałem się po poprzednich wizytach w tym mieście. Czasami zdarzają się ścieżki rowerowe, chociaż Gdańsk toto nie jest…

Piłkarski sezon 2013/2014 – rozkład klubów na województwa

W ciągu długiego weekendu przygotowałem trochę statystyk na temat klubów piłkarskich grających w rozgrywkach seniorów w Polsce w tym sezonie razem z mapami rozkładu klubów na województwa.

Jeśli chcesz dowiedzieć się, jakie województwo ma najwięcej klubów na 10 000 mieszkańców albo na 100 kilometrów kwadratowych, albo ciekawi Cię, gdzie jest najmniej drużyn piłkarskich w Polsce, zapraszam na:

http://mat.mikronacje.info/kluby/1314/

Enjoy!

Latający piłkarze: Gryf 2009 Tczew – Orlęta Reda 1:0

Data: 15.08.2013, 11:00
Miejsce: ul. Ceglarska 5j, Tczew
Widzów: ok. 100 (ok. 20 za płotem)
Liga (klasa rozgrywkowa): IV liga, grupa pomorska (5.)
Cena biletu: 3 zł ulgowy

W związku z awarią pieca i brakiem ciepłej wody na stadionie przy ul. Elżbiety, mecz Gryfa Tczew z Orlętami Reda został przeniesiony na dawne boisko Wisły Tczew, mieszczące się przy ul. Ceglarskiej. Od 4 lat nie odbywały się tu mecze czwartoligowe, a szkoda.

Pójście na mecz Gryfa w tym sezonie kosztuje 5 zł za bilet normalny i 3 zł za bilet ulgowy. Tradycyjnie, część widzów stała za płotem. Rozglądając się, naliczyłem jednak ponad 90 osób w środku.

Od 2009 roku, gdy ostatnie mecze na Ceglarskiej rozgrywała Wisła, niewiele zmieniło się przy głównym boisku. Budynek klubowy nadal przypomina o tym, że kiedyś istniała tu sekcja piłkarska.

Mecz był dużo ciekawszy niż ten w Warszawie – po części na pewno przez pogodę. Piłkarze obu drużyn nie oszczędzali przeciwników, w pewnym momencie sędzia musiał rozdzielać rozwścieczonych rywali.

Pod koniec pierwszej połowy zdarzyła się też pyskówka, po której jeden z graczy z Redy został wyrzucony z boiska. Nie spodobało mu się to – w przerwie meczu starał się dotrzeć do sędziów, by powiedzieć im, co o tym sądzi. Powstrzymali go gracze jego własnej drużyny.

Jeszcze w pierwszej połowie piłkarze Gryfa zdobyli prowadzenie, które utrzymali aż do końca meczu. Dużą rolę w tym miał bramkarz Gryfa, który kilkukrotnie popisał się bardzo dobrymi interwencjami.

A mi udało się zrobić trochę zdjęć latających i tańczących piłkarzy.

Trochę więcej zdjęć tym razem wrzuciłem na imgura. Do tego, relacjonowałem na żywo mecz na regiowyniki.pl – ciekawy startup, który przy odrobinie zainteresowania może stać się bardzo dobrym źródłem wyników na żywo.

Kopanina w deszczu: RKS Okęcie Warszawa – Mazowsze Grójec 1:2

Data: 10.08.2013, 11:00
Miejsce: ul. Radarowa 1, Warszawa
Widzów: ok. 70
Liga (klasa rozgrywkowa): IV liga, grupa mazowiecka południe (5.)
Cena biletu: 0 zł

Nie fascynuje mnie zbytnio piłka na światowym poziomie. Nigdy jeszcze nie byłem na meczu wyższej klasy rozgrywkowej, niż trzecia, a gdy widzę mecz w telewizji, nieczęsto mam ochotę oglądać go do końca. To, co faktycznie jest dla mnie ciekawe w meczach piłki nożnej, to lokalny folklor – komentarze dziadków, uważających się za ekspertów w dziedzinie piłki nożnej, emocje ludzi, którzy często są bezpośrednimi krewnymi grających na boisku, śmieszne i dziwne sytuacje (pamiętacie „Daj kamienia”? Filmik został nagrany na stadionie w Tczewie, na meczu Unii – klubu, na którego spotkaniach byłem co najmniej kilkanaście razy). Interesują mnie drużyny skazane na porażkę, kluby, których piłkarze grają bardziej po to, żeby sobie pobiegać. Dlatego, gdy chciałem pójść na mecz w Warszawie, zamiast na stadion Legii, wybrałem się na Okęcie, gdzie swoją siedzibę ma klub RKS Okęcie Warszawa.

Stadion Okęcia przypomina nieco stadion Unii/Gryfa w Tczewie. Też ma trybunę o podobnej liczbie krzesełek, tutaj jednak boisko mieści się nieco dalej przez bieżnię, która prowadzi wokół niego. Raczej dawno nikt na niej nie biegał. Poza główną trybuną na stadionie znajduje się też specjalna trybuna dla VIP-ów.

Robotniczy Klub Sportowy Okęcie Warszawa ma długą tradycję – powstał już w 1928 roku. W poprzednim sezonie drużyna znalazła się na miejscu spadkowym z IV ligi, ale w związku z bankructwem Polonii Warszawa Mazowiecki Związek Piłki Nożnej postanowił o zwiększeniu obu grup IV ligi mu podlegających, tak by zmieścić w nich Polonię. Dzięki takiej decyzji Okęcie pozostało jednak w swojej dotychczasowej klasie rozgrywkowej.

W pierwszym spotkaniu sezonu 2013/2014 rywalem stołecznego klubu była drużyna Mazowsza Grójec, z którą w zeszłym sezonie Okęcie przegrało dwukrotnie. Piłkarze i działacze z Grójca przyjechali do Warszawy małym autobusem lokalnego PKS-u.

Przed meczem, w trakcie rozgrzewki, obsunęła się siatka na jednej z bramek. Działacze dzielnie walczyli z niesforną siatką.

Piłkarze Okęcia grali w niebiesko-białych strojach, goście z kolei przywdziali barwy żółto-niebieskie.

Drużyny i sędziowie wyszli na boisko, mecz się rozpoczął, a potem… zaczęło lać. I tak przez całą pierwszą połowę i duży kawałek drugiej. Wielu widzów schowało się do budynku klubowego i oglądało mecz przez okna.

Jak można się spodziewać, w pierwszej połowie działo się niewiele. Do przerwy wynik był bezbramkowy, z delikatną przewagą Mazowsza. W przerwie meczu obszedłem okolicę – jak się okazuje, zaraz obok stadionu mieści się ośrodek egzaminacyjny, który wygląda trochę inaczej niż gdański PORD. Przed meczem wciśnięto mi w ręce ulotkę jakiejś szkoły jazdy, z komentarzem „jeździmy też do Łomży”, tak, bym pamiętał na wypadek niezdanego egzaminu. Niestety, zdałem 3,5 roku temu ;)

W drugiej połowie działo się więcej – dość szybko samobójczą bramkę strzelił jeden z piłkarzy Okęcia.

Po bramce ożywili się dotąd milczący kibice Okęcia – okazało się, że drużyna ma swoich szalikowców! Na oko było ich około dziesięciu, zaczęli od rzutu petardą w stronę pola gry i okrzykami „Jesteśmy z wami, Okęcie jesteśmy z wami”. Później jeszcze parę razy się odzywali, z ich pieśni zapamiętałem przede wszystkim słowa „wiecznie najebani” i okrzyki „Legia Warszawa”. To tłumaczyło też, skąd logo Legii namazane sprayem na bramie wejściowej stadionu. Z kolei na kiosku swoją siedzibę miał spiker, który odzywał się, gdy akurat nie padało.

Strata bramki podziałała mobilizująco na piłkarzy stołecznej drużyny – nagle okazało się, że potrafią stworzyć zagrożenie dla bramki przeciwnika. Faktycznym katalizatorem okazała się jednak dopiero czerwona kartka dla jednego z graczy z Grójca. Tuż po niej po udanej akcji to grójecki bramkarz musiał wyciągać piłkę z siatki.

Jeden z piłkarzy Mazowsza najwyraźniej powiedział albo zrobił coś podczas fetowania strzelonej bramki, bo chwilę później otrzymał czerwoną kartkę i żółto-niebiescy tym samym musieli grać dalej w dziewięciu. Mimo tak dużej przewagi, gospodarze nie potrafili przekuć okazji w bramki. W doliczonym czasie gry udało się to jednak graczom Mazowsza.

Zaraz po bramce sędzia zakończył spotkanie. Drużyna z Grójca wróciła do domu z trzema punktami pomimo dwóch czerwonych kartek.

Na takich meczach nie dzieje się zbyt wiele ciekawego. Pomimo tego, bardzo lubię ich kameralną atmosferę. Nie pomyślałbym jednak o pójściu na mecz Okęcia, gdybym nie czytał ostatnio tak dużo o groundhoppingu – zwłaszcza na kartofliska.pl.

EDIT 21:19 – Tu zdjęcia z meczu zalinkowane na oficjalnej stronie klubu.

Bieg Powstania Warszawskiego

Mniej więcej w okolicach moich urodzin stwierdziłem, że zdecydowanie pora wziąć się za siebie w kwestii aktywności fizycznej. Przebiegnięcie przejścia dla pieszych, by zdążyć na zielonym, sprawiało, że czułem się zmęczony.

Trzeba było jednak jeszcze wybrać dyscyplinę. Rower odpadł ze względu na problemy z napompowaniem i lenistwo w zakresie doprowadzenia maszyny do jezdności, na rolki trzeba byłoby wydać kilkaset złotych, a do pływania ciągle usiłuję się przekonać. W szafie znalazłem cienką kurtkę sportową i dość znośne buty, więc bieganie stało się najlepszym wyborem. Pewnego dnia spontanicznie zdecydowałem, że dzisiaj idę biegać. Jak wcześniej sprawdziłem w Sieci, najlepszym na sam początek, żeby się nie zniechęcić, był marszobieg. Miałem mgliste pojęcie, jak to powinno wyglądać, więc za pierwszym razem pobiegłem po prostu przed siebie, starając się liczyć według ilości oddechów, co ile powinienem przełączać się z biegu na marsz i w drugą stronę. Odległość wymierzyłem na podstawie drogi od Kasi do mnie, więc nie był to szczyt mojego planowania.

Jak można było się spodziewać, łatwo nie było. Do domu dotarłem wykończony, spocony i zdyszany.

Po powrocie do domu zacząłem jednak czytać więcej. Znalazłem stronę z treningiem biegowym, który postanowiłem wdrożyć w życie, zmobilizowałem się też do kupienia dość drogiego numeru specjalnego Runner’s World, który również wdrażał początkujących do biegania. Dowiedziałem się, że to wcale nie chodzi o to, żeby zasuwać przed siebie jak motorek, a walka o szybkość na tym etapie wcale nie jest konieczna. Postawiłem sobie też dość ambitny plan, by biegać najlepiej 2-3 razy w tygodniu, a jeszcze w tym roku wystartować na jakichś zawodach biegowych. Po paru tygodniach dołączyła do mnie Kasia.

Plan się udawał. Motywacja była, udało się sprawić, by była to dla mnie część planu dnia, robiłem kolejne tygodnie planu, czasami powtarzając je, gdy nie czułem się jeszcze na siłach przejść do następnego. Przyjeżdżając do Warszawy, byłem właśnie na etapie, w którym byłem w stanie przemarszobiec około 4 km, robiąc to w turach: minuta marszu – 7 minut biegu.

Aż tu znaleźliśmy informację, że 27 lipca odbywa się Bieg Powstania Warszawskiego. Wpisowe co prawda 50 zł, ale w ramach wpisowego koszulka Asicsa, więc… plan się nagle zmienił. Kluczowym stało się w tym momencie, aby móc przebiec 5 km bez zatrzymania. Mniej więcej na 1,5 tygodnia przed biegiem okazało się to wykonalne.

Nadeszła sobota, 27 lipca. Już na stacji metra zobaczyliśmy pierwszą osobę w koszulce Biegu. W wagonie chyba połowa ludzi miała na sobie koszulki lub numery startowe.

Start i meta biegu zostały zlokalizowane obok stadionu Polonii Warszawa. Przed stadionem stała też scena, z której przez większość czasu słychać było spikera, ale wystąpił tam też zespół Hemp Gru. Wokół jednak przewijało się ponad 6 tysięcy biegaczy, więc chcąc nie chcąc, zamieszanie było spore. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu do startu biegu, więc od razu ruszyliśmy zanieść plecak do depozytu, został włożony do twarzowego worka na śmieci, na którym napisano mój numer biegowy, ten z kolei został położony na właściwej kupce na hali koszykówki na terenie stadionu.

To takie tłumy poboczne.

Potem tylko przebić się przez tłumy i dotrzeć na linię startu, gdzie razem z nami na dystansie 5 km pobiegło 2150 osób. Ale najpierw rozgrzewka.

Rozgrzewka

Potem jeszcze wideoklip Hemp Gru, trochę przemówień, życzenia z Afganistanu, śpiewanie „Roty” (dlaczego akurat „Rota”?) i w końcu, około 20:45, właściwy start. A raczej spacer niemal do linii startu i dopiero wtedy bieg.

Postanowiliśmy wcześniej, że pobiegniemy razem i nastawimy się na pokonanie całych pięciu kilometrów w mniej więcej równym tempie. To udało się nam bardzo dobrze. Po drodze mijaliśmy (i byliśmy mijani przez) różnych ludzi – dwoje starszych biegaczy, którzy biegli, trzymając razem taśmę i wspierając się nawzajem, parę, biegnącą z wózkiem z dzieckiem, żołnierza w mundurze, matkę z około dziesięcioletnią córką, które robiły marszobieg… Cały czas atmosfera była świetna. Ludzie nie byli spięci, to była dla nich autentyczna przyjemność. Wzdłuż większości trasy ustawiali się też ludzie, którzy starali się mobilizować ludzi do dalszego biegu. To również było bardzo fajne i motywujące, nawet jeśli nie bardzo była energia, by wchodzić z nimi w interakcję.

Trasa prowadziła przez ulice Miodową, Krakowskie Przedmieście, Karową, nad Wisłą z powrotem w stronę Konwiktorskiej. Na mostach i w tunelu na ulicy Karowej przygotowano głośniki, które symulowały ostrzał. Trochę dalej ustawiona była kurtyna wodna – bardzo odświeżający pomysł. Mimo zamknięcia ulic, zdarzyło się po drodze parę incydentów z rowerzystami, którzy jednak byli przeganiani przez policję z trasy. Mniej więcej po 4 km zaczęli nas wyprzedzać najszybsi biegacze z biegu na 10 km, którzy wystartowali 20 minut później ;)

Tuż przed ostatnią prostą czekał nas jeszcze spory podbieg na ulicę Konwiktorską, który jednak też udało się pokonać. Na ostatnich metrach nam obojgu starczyło jeszcze energii na rozpędzenie się i wyprzedzenie paru osób. Ostatecznie, na metę wbiegliśmy niemal równo, Kasia tuż przede mną, zajmując odpowiednio 2004 i 2005 miejsce, z czasem 38:07.

My

Jeszcze małe rozciąganie, napój (AA Drink, smaczny i faktycznie przydatny po biegu) i posiłek regeneracyjny w postaci banana i można było iść po depozyt i ruszać do domu.

Jak na pierwszy raz, biegło mi się świetnie. Podobała mi się atmosfera, trasa, możliwość biegania po zamkniętych ulicach i masowość wydarzenia. Mimo tylu tysięcy osób, organizacja była zaskakująco dobra. W pakiecie startowym była mapka całego terenu i trasy, która pozwalała na spokojne opanowanie okolicy.

Chociaż plan, jaki wymyśliłem w związku z bieganiem na ten rok został już wykonany, nie mam zamiaru przestawać. Spodobało mi się bieganie zarówno rekreacyjnie, jak i na zawodach, i myślę, że 5 kilometrów to jeszcze nie moje ostatnie słowo.

Trochę więcej zdjęć z nami jest w miniaturkach na fotomaraton.pl, jakby komuś chciało się oglądać. Swoją drogą, sprytny pomysł na biznes – robić zdjęcia biegaczom na trasie, a potem sprzedawać online pakiety :D