Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Monthly Archives: Marzec 2009

Wrzuter – pobieranie plików audio z wrzuta.pl

wrzuter, wersja 0.4

wrzuter, wersja 0.4

Postanowiłem, że pobawię się nieco językiem programowania znanym jako Python. Efektem tych zabaw jest stworzenie niewielkiego skryptu, który zajmuje się przetworzeniem ścieżek do plików audio na wrzuta.pl i pobraniem tychże plików. Jak się okazało, w Pythonie naprawdę się da, i jest całkiem przyjemny.

  • wersja 0.4 (graficzna, pozwala na pobieranie więcej niż 1 pliku za jednym kliknięciem, potrzebuje pythona [nie wiem, jak z wersją 3.0 – testowałem na 2.5.2,z 2.6 też powinno całkiem nieźle współpracować], GTK+ i PyGTK)
  • wersja 0.1 (konsolowa, potrzebuje tylko pythona)

Wiadomo, że generalnie nie opłaca się ściągać całego zestawu Python + GTK+ + PyGTK tylko dla jednego skryptu, dlatego korzystanie ze skryptu polecam jedynie zdesperowanym użytkownikom windowsa :) W większych dystrybucjach linuksa zwykle nie trzeba dodawać niczego, ewentualnie PyGTK.

Chyba jedynym ciekawym ficzerem tego cudeńka jest możliwość pobierania większej liczby plików za jednym zamachem [wersja 0.4], wystarczy tylko oddzielać adresy i nazwy kolejnych plików średnikiem. Pliki są pobierane do katalogu, w którym znajduje się skrypt. Wybór katalogu i dodanie paska postępu zostawię sobie na później. Jeśli o nazwę chodzi – cóż, pierwsza która wpadła mi do głowy. I proszę się nie śmiać z moich pomysłów rozwiązania niektórych kwestii – starałem się jak mogłem. :)

Podziękowania za pomoc w robieniu mojego pierwszego do czegokolwiek przydatnego skryptu dla Marcina.

Licencja? WTFPL. (tu też podziękowania dla Marcina za zwrócenie mojej uwagi na to :))

Wydobywanie danych osobowych na konkursie „Pokaż nam język”

Dzisiaj w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku odbył się etap regionalny konkursu „Pokaż nam język” z języka angielskiego. Sam konkurs jest całkiem przyjemny – 100 pytań zamkniętych, z czego około 70 dotyczy języka, a około 30 kultury, historii i obyczajów krajów anglojęzycznych. Do tego jedno pytanie otwarte – na wszystko 90 minut. Dostanie się na etap regionalny nie było trudne – z całego województwa przedostało się ponad 300 osób.

Zostaliśmy podzieleni na trzy sale. Usiadłem w największej z sal, czekając na konkurs. Rząd za mną usiedli dwaj osobnicy płci męskiej, którzy zaczęli dyskutować o… programowaniu.

Znam C, C++, D, Pythona. Wolę Pythona, szczerze mówiąc, obecnie, jak mam coś do napisania w języku który nie jest stricte obiektowy, to muszę najpierw przestawić sobie myślenie, bo aktualnie myślę całkowicie obiektowo. Nie widzę siebie poza programowaniem.

Natychmiast poczułem się lekko nieswojo. W końcu też chciałbym pójść na informatykę, a jednak na tyle zaawansowany nie jestem ;] Około godziny 10 pojawili się organizatorzy. W ramach wstępu poinformowali nas o zasadach, nagrodach rzeczowych (laureaci etapu regionalnego otrzymali „indeksy” WSB, w etapie krajowym wygrać będzie można też konkretne zabaweczki, np laptopa…), podali, jak będzie odbywało się nanoszenie odpowiedzi, po czym… rozdali niewielkie pocztóweczki.

Proszę wypełnić.

Tyle powiedzieli podczas rozdawania. Zabrzmiało to, jak część konkursu, tymczasem na „pocztówce”:

  • Proszę o przesłanie bezpłatnego informatora o studiach wyższych w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku
  • [dane osobowe, w tym adres e-mail, numer telefonu]
  • Chcę otrzymywać cykliczny newsletter lub wiadomości mailowe, tekstowe sms dotyczące konkursów, wykładów otwartych i innych wydarzeń z życia Uczelni. Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych dla celów marketingowych Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. Oświadczam, że wiem o dobrowolności podania danych i prawie ich poprawiania.

Co ciekawe, część ludzi to wypełniła, myśląc, że to obowiązkowe. Ja zabrałem sobie pocztóweczkę z myślą o zeskanowaniu jej, jeśli będzie to potrzebne.

Następnie konkurs – zadania różnego typu. Gramatyka wydawała się nawet prosta, ale jeśli chodzi o kulturę, to mocno kuleję, więc w niektórych wypadkach dość potężnie musiałem się zastanowić. Niektórzy wychodzili już po 20 minutach, ja potrzebowałem ponad 50. Aż dziwne – zwykle wychodzę jako jeden z pierwszych. Dyskusja ze znajomymi, dojście do wniosku:

No to co? Będę szukał siebie tak około 300 miejsca.

Gdy wszyscy zakończyli, na korytarzu pojawił się mężczyzna w średnim wieku, którego mowa zdecydowanie nie brzmiała po polsku. Native, a konkretniej Szkot. Natychmiast zdecydowaliśmy, że w wolnym czasie idziemy na jego wykład, a nie drugi po polsku o motywacji. Temat wykładu – The missing link in the art of communication. Pierwszym missing linkiem był mikrofon, który nie został podłączony. Zostaliśmy w ciągu 40 minut przeprowadzeni przez całą historię i proces powstawania języków, z odniesieniami do Księgi Rodzaju, historii Wieży Babel, Karola Darwina, Kaczyńskiego i Tuska. Całkiem przyjemnie się słuchało, choć momentami do zrozumienia potrzebna była koncentracja. Zaraz po wykładzie na scenę weszły dwie z organizatorek. Zaczęły przygotowywać prezentację WSB dla słuchaczy. Gdy pojedyncze osoby opuszczały salę, padło

Prosimy nie wychodzić.

Posłuchaliśmy o programie Erasmus, czesnym, współpracy z uniwersytetem w Northampton i bliżej nieokreślonym francuskim. Nic szczególnie interesującego, ale na szczęście, niezbyt długie. Chwila przerwy, i miały być wyniki.

Przerwa trwała już pół godziny, a wyników nadal brak. Z nudów zacząłem bawić się ich infokioskiem – okazało się, że na pokładzie ma Red Hata. Trackball nie jest niestety najprzyjemniejszą formą ruszania kursorem. W pewnym momencie, korytarz zaczął pustoszeć. Są wyniki? Nie, wchodzimy ponownie do tamtej sali. Słyszę

Wczoraj [dzień wcześniej był konkurs z niemieckiego i francuskiego] wyniki były przywieszone na tablicy na korytarzu. Dzisiaj raczej też tak będzie, ale wszyscy weszli do tej sali. Pewnie za chwilę wszyscy będą wychodzić, i zrobi się gigantyczna kolejka

I rzeczywiście. Zacząłem nawet wymyślać nagłówek dla BBC. Three people killed in a stampede during English language competition in Gdansk, Poland

Po około dziesięciu minutach przepychania się dotarliśmy do tablicy. Odruchowo zacząłem szukać siebie w okolicach drugiej setki, a po chwili koleżanka ze szkoły poinformowała mnie, że zabrakł jeden punkt. Spojrzałem w lewo – rzeczywiście, jestem siódmy! Moja dźwiękowa reakcja na to brzmiała „LOL”. Usunąłem się spod tablicy, z poczuciem, że musiałem skutecznie strzelać. Nie byłem co prawda najlepszy ze szkoły (koleżanka była trzecia), ale przynajmniej nie musiałem brać udziału w debacie o roli młodzieży we współczesnej Europie, która była etapem ustnym, a brało w niej udział 5 najlepszych. Zależało mi na czasie – dochodziła czternasta, a o szesnastej musiałem być w Tczewie. Powrót SKM o 14:29, i na szesnastą na jazdę. Kolejny konkurs i kolejna godzina za kółkiem za mną. Co następne? Znowu Gdańsk – tym razem z perspektywy lewego fotela samochodu…

Żywot licealisty

6:10. Budzę się o tej porze 3 razy w tygodniu, gdy mam lekcje na 7:30. Dzisiaj co prawda nie mam porannej matematyki, ale tylko dlatego, że nauczycielka jest na konkursie, na którym mam być i ja. W planach 7:30 Kangur, 9:00 powiatowy konkurs z angielskiego. Zdążę? Jak zwykle.

W ciągu 45 minut zdążyłem załatwić wszystkie czynności fizjologiczne, umyć się, ubrać, zjeść śniadanie, pozbierać swoje rzeczy. Plecak dziś nie jest ciężki – w praktyce idę na zaledwie jedną lekcję. Około 7 wychodzę z domu – o 7:06 autobus powinien być na przystanku.

10 minut w autobusie, kolejne 10 minut piechotą i jestem w szkole. Nauczycielka spieszy się z tłumaczeniem zasad Kangura, bym miał więcej czasu. Niestety, i tak ostatecznie pisać zaczynamy dopiero o 7:50. Mam 45 minut na rozwiązanie 30 zadań, gdybym mógł zostać, miałbym 75. Radzę sobie z 22 – ile z tego poprawnie? Gdy zostało mi 5 zadań do końca (3 po drodze pominąłem), patrzę na zegarek – jest 8:35. Pora kończyć. Szybko zbieram swoje rzeczy, oddaję kartę odpowiedzi i wychodzę. Ubieram się, wkładam słuchawki na uszy i spacerek do budynku CED-u na konkurs z angielskiego. Tutaj już nie muszę się spieszyć – następny punkt programu jest dostatecznie oddalony w czasie. W trakcie pisania opowiadania po angielsku czuję wibracje telefonu. Ktoś do mnie dzwoni. Jak zwykle zapomniałem na konkurs wyłączyć telefon, i zastanawiam się, kto to był i czego chciał. Nic, piszę dalej o moim pierwszym locie samolotem. Miało być 200-250 słów, było 258. Niemalże idealnie. O 10:20 kompletnie kończę pisać. Zostało jeszcze 20 minut siedzenia i czekania na koniec czasu. Piekielnie długie dwadzieścia minut, zwłaszcza, że jestem ciekaw, kto i co zawarł w treści, i po co dzwonił. Gdy słyszę, że możemy oddać prace, natychmiast wyjmuję telefon i… nic ważnego. Chyba pora wyłączać telefon, bo jestem zbytnio uzależniony.

Kolejny punkt wycieczki to parunastominutowy spacer do szkoły. Jest nieco wcześniej niż się spodziewałem i jednak jestem na wf-ie. Stroju oczywiście nie mam, bo po co? Na miejscu zaskoczenie – wuefistka wróciła z macierzyńskiego, jednak jak się okazuje tymczasowo tylko na jedną lekcję. Woźny natychmiast zagania wszystkich niećwiczących do roboty. Kończy się tym, że niesiemy przez kilkaset metrów sporą szafę i parę półek. Mi przypadają półki. Szafa jest dość szeroka, i nie zawsze między samochodami na chodniku się mieści, więc chłopacy udają samochód i idą środkiem ulicy. Dostarczamy ładunek do sióstr i wracamy.

Jeszcze tylko rozmowa na przerwie z dyrektorem odnośnie tegorocznego wyjazdu w Bieszczady. Trzeba będzie poszukać hosteli po drodze. Być może też tym razem uda się wyskoczyć do Lwowa. Przerwa się kończy, natychmiast idę na jedyną dzisiaj jeszcze lekcję – fizykę. A na fizyce… kartkówka. Zapowiedziana, ale zawsze. Trochę liczenia równań soczewki, trochę rysowania schematów, mnóstwo błędów, które na szczęście wychwytywałem na bieżąco i poprawiałem. Oddana też poprzednia kartkówka – dostałem piątkę. Wreszcie jakaś dobra wiadomość!

Lekcje kończą się o 13. Idę do domu, zjeść obiad i nieco odpocząć. Czytam Skrzydlatą Polskę, a następnie magazyn samorządu studentów Politechniki Gdańskiej „PUNKT G” który dostałem na wczorajszych dniach otwartych Politechniki. Potem jeszcze „Samodzielnik pierwszaka” – też z PG. Coraz bardziej mi się tam podoba, mimo opowieści o wojnach o przetrwanie, zwłaszcza na pierwszych semestrach. Potem godzinka przy komputerze i dalszy bieg.

Tym razem na 15:30 na jazdę. Kurs na prawo jazdy przeszedł już do części praktycznej – to była moja druga jazda. Jak na zamówienie, nieco po wejściu do samochodu zaczęło się przejaśniać. Z czasem było to nawet niekomfortowe, gdy słońce świeciło prosto w oczy. O ile za pierwszym razem miałem wrażenie, że idzie całkiem nieźle, tak tym razem miałem wrażenie, że poszło tragicznie. Może to wina godziny (poprzednio jeździłem o 21, teraz o 16, w godzinach szczytu) Udało mi się nawet na chwilę zatamować ruch na jednej z głównych ulic miasta, bo silnik mi zgasł. Tym razem instruktor był dużo żywszy – co chwila musiał, zresztą całkowicie słusznie, mnie opieprzać. Mam nadzieję, że się nauczę wreszcie porządnie puszczać sprzęgło, ruszać i zmieniać biegi. Po 1,5 godziny jazdy podjechałem pod moją klatkę schodową i wysiadłem z samochodu. Kolejna jazda w poniedziałek. Jeśli nadal będzie szło tak cudownie, to uważajcie lepiej na mieście na czerwone Grande Punto.

Powróciłem do domu, ochłonąłem, usiadłem do komputera i nadal siedzę. Ponosi mnie jeszcze do tego wena, czego efektem jest poprzedni i ten wpis na blogu, jak również inne prace. Za chwilę umyję włosy, wtedy pouczę się teorii na prawko (przydałoby się wreszcie pójść zdać ten wewnętrzny!), może pobawię się chwilę w programowanie w pythonie (ciekawi mnie wielowątkowość ;]) i pójdę spać. Lekcje dopiero na 10:15, i to godzina wychowawcza, więc nie muszę się specjalnie spieszyć. Aczkolwiek angielski przydałoby się rano zrobić…

Karta Miejska w Tczewie – co za tym stoi?

Od 1 kwietnia 2009 roku w Tczewie likwidowane są bilety okresowe, które zastąpione zostaną Kartą Miejską. Zmienia to dość diametralnie miejski system transportowy – dotychczasowe bilety okresowe pozwalały na nieograniczoną ilość przejazdów w danym okresie – teraz będzie to nieopłacalne. Cały system jest dość skomplikowany, lecz samo naliczenie przejazdu ma jedynie polegać na przyłożeniu Karty (której wyrobienie trwa 10 dni roboczych – potrzebne było zdjęcie legitymacyjne) do czytnika przy wejściu i wyjściu.

za tczew.pl

Kartę będzie można doładowywać jak na razie w 5 punktach w mieście – kwotą od 5 do 200 zł. W wypadku wpłaty większej lub równej 50 zł, koszt jednego przejazdu na trasie o liczbie przystanków większej lub równej 4 będzie wynosił 1,20 zł normalny, 60 gr ulgowy. Dotychczasowy bilet miesięczny kosztował 27,40 zł. Same dojazdy do szkoły to około 22 dni w miesiącu, czyli 44 przejazdy. Same przejazdy do szkoły (5 przystanków) kosztować mnie więc będą 26,40 zł. Jeden więc przejazd na Dworzec / do babci i z powrotem, i płacę więcej. Fakt, że nie będę potrzebował biletów jednorazowych w weekendy (miesięczny miałem tylko na dni robocze).

Jak jest z przyłożeniem tego cuda do czytnika? Mamy już w autobusach jajkokształtne czytniki. O zaliczeniu nam przejazdu mamy być informowani sygnałem dźwiękowym. Znalazłem na youtube filmik, jak funkcjonuje to w Turcji.

Czemu akurat w Turcji? Niektórzy zapewne zauważyli, że kierowcy również mają swoje narzędzia związane z tym systemem – w których informacje są po angielsku. Jest na nich to cudo opisane jako Kentkart. Chwilka używania google, i znalazłem stronę systemu. System Kentkart został stworzony przez turecką firmę i po raz pierwszy użyty w Izmirze w Turcji w 1999 roku. Czytniki, z których korzystać będą pasażerowie, to KV 150.

za kentkart.com

Cudeńka te mają, jak już zdążyłem się w autobusie przekonać, dotykowy ekranik. Ikonki u góry wskazywały też, że mają dostęp do sygnału satelitarnego (jedyne, co przychodziło mi do głowy to GPS) i zasięgu… telefonii komórkowej? Jedna z ikonek również wydawała mi się dziwnie znajoma, jakbym widział ją gdzieś na moim Ubuntu…

Tak, okazało się, że czytniki te działają pod kontrolą systemu Linux. Posiadają moduł GPS, WiFi, modem GPRS. Dzięki temu są w stanie na bieżąco śledzić pozycję i przesyłać informacje. Jestem ciekaw, jakie rachunki za transfer danych płacić będzie miasto…

System Kentkart działa w 9 miastach w Turcji i kolejnych pięciu poza jej granicami – w tym w Tczewie. Ze strony Kentkart dowiaduję się, że Tczew ma 120 tysięcy mieszkańców…

Z plakatów w mieście i w autobusach dowiadujemy się też, że kartę powinno przykładać się zarówno przy wejściu, jak i przy wyjściu z autobusu. Pominę już umiejscowienie czytników w autobusie i techniczne możliwości przyłożenia tej karty w zapchanym po brzegi autobusie linii nr 4 o 7:05 rano, jednak czy rzeczywiście zawsze trzeba je przykładać? Przy wejściu tak. Jeśli jednak zapomnimy przyłożyć karty do czytnika przy wyjściu, system sam naliczy nam opłatę za cały przejazd. Wg taryfikatora, przejazd na dowolną odległość – 4 przystanki i powyżej – kosztuje zawsze tyle samo – 1,20 zł normalny, 0,60 zł ulgowy [przy wpłacie co najmniej 50 zł] – więc wynikałoby z tego, że wychodzi na to samo.

Ach, można się przesiadać, płacąc jak za 1 przejazd – przesiadka musi trwać jednak mniej niż 15 minut. Czyli do Carrefoura się nie skoczy. Jak to wszystko będzie funkcjonować? Zobaczymy już za 2 tygodnie.