Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Category Archives: Kolej

Droga do Tyraspola (Mołdawia i Naddniestrze, #4)

Oczywiście tempo pisania mam jak zwykle niezłe. BTW, pisaniem tego prokrastynuję pisanie pracy magisterskiej. Nie dodawałem bezpośrednich linków do obrazków, ale w większości przypadków, gdy kliknie się na „otwórz obraz w nowym oknie”, dostępna jest większa wersja.

Obawiałem się trochę, że na pociąg o 7:30 możemy się spóźnić. W końcu pora wczesna, według czasu polskiego to była nawet 6:30. Obawy były jednak zupełnie niepotrzebne – stres zrobił swoje i najpierw do 1:30 nie mogłem zasnąć (choć miały na to wpływ też dźwięki dobiegające z przestrzeni wspólnej hostelu – dyżurujący pracownik puszczał jakąś folkowo-dubstepową muzykę, w której najbardziej przebijał się flet), a potem, już koło 5 rano, wybudziły mnie rozmowy. Gdy uznałem, że już nie zasnę, ożywiłem się herbatą i sam wyszedłem przed drzwi wejściowe hostelu.

Spotkałem tam Scotta. Scott jest Amerykaninem z Kalifornii, który po studiach przyjechał na dwuletni wolontariat w Korpusie Pokoju. Wolontariusze z USA zajmują się tu głównie edukacją – uczeniem języka, ochrony zdrowia, pomocą w rozwoju lokalnych społeczności i małych przedsiębiorstw. Razem z paroma innymi Amerykanami, przyjechali do Kiszyniowa z północnej Mołdawii, aby świętować dotarcie do połowy ich wolontariatu. Co ciekawe, był względnie zorientowany w historii Polski, bo jakimś cudem na ten temat nam dyskusja o 5:30 rano zeszła.

Ruszyliśmy coś koło 6:30. Po drodze znaleźliśmy otwarty sklep, w którym kupiliśmy sobie po placku z ziemniakami w środku (w tym wypadku był to wypiek przypominający bardzo bałkański burek), po czym, klucząc dość mocno pomiędzy domkami, do których nie prowadziła utwardzona droga, dotarliśmy na dworzec. W mieście wisiało sporo plakatów wyborczych. Kampanię dobrze opisuje blog republica air moldova, jest tam i Zinaida, którą i ja na plakacie złapałem.

Zinaida Greceani

Pomimo, że do odjazdu było jeszcze 45 minut, pociąg już stał na peronie. Zrobiliśmy sobie jednak najpierw małą przechadzkę po peronach. Idąc wzdłuż peronu pierwszego, w odległości kilkuset metrów dociera się na dworzec podmiejski, z którego jeżdzą lokalne pociągi. Podział jest swoją drogą zupełnie niepotrzebny – jeden dworzec spokojnie poradziłby sobie z całym ruchem. Koło budynku dworca rozstawił się też, chyba sezonowy, stragan z wszelkiego typu produktami chińskimi.

Peron 1 dworca w Kiszyniowie

Jak się okazało, przypadły nam miejsca w wagonie „barowym”. Aby wejść na pokład, musieliśmy na wejściu pokazać nasz bilet konduktorowi (dla każdego wagonu był osobny konduktor). Po jakimś czasie od startu sprawdził raz jeszcze bilety, zabierając je i oddając je dopiero, gdy zbliżaliśmy się do stacji docelowej (nie były to już jednak te same egzemplarze – trafił nam się nawet jeden do innej stacji końcowej ;))

Fotele w wagonie były ustawione w nietypowym dla mnie układzie 2 miejsca po jednej stronie, 3 po drugiej. Zapewne to przez większy rozstaw torów. Wagon był wypełniony w mniej więcej 30% – w większości jechali lokalni mieszkańcy, poza nami obcokrajowcami był jeszcze jeden starszy mężczyzna, który większość drogi przespał, a także grupka nastoletnich Ukraińców. Oni też byli najbardziej zachęcani przez prowadzącego sprzedaż przekąsek i napojów, żeby wypić sto gramów. Przez większość trasy w wagonie panowała dość kinowa atmosfera.

Droga prowadziła przez głównie rolnicze tereny, więc po drodze najbardziej napatrzeć mogliśmy się na kozy, krowy i okazyjną strzechę. Widać jednak, że prowincja jest dużo biedniejsza od stolicy.

Po drodze pociąg zatrzymał się jedynie na paru stacjach. Gdy jednak stawał, to na dłużej. Zwłaszcza parę razy – na stacji przed Benderami, potem na stacji Bendery-2, potem na stacji Bendery-2 kontrolowanej przez Naddniestrze. Na pierwszej z wymienionych było też coś w rodzaju mołdawskiej kontroli granicznej – na pokład wszedł policjant i przeszedł się po wagonie. Czuć było lekkie napięcie.

Ciekawe było też, że na samym wjeździe na teren kontrolowany przez Naddniestrze za drzewem chowali się ubrani w stroje moro pracownicy kolei mołdawskich. O ile sam strój jest typowy dla pracowników torowych CFM, to zastanawiało mnie, czemu chowają się za drzewem i co robią tak daleko wzdłuż linii. Jak się okazuje, obsługę techniczną linii nadal prowadzi CFM.

Wjechaliśmy w końcu na teren Naddniestrza. W trakcie postoju w Benderach obserwowaliśmy, co dzieje się na zewnątrz. Milicjant w szerokiej czapce tłumaczył coś wysiadającej kobiecie, parę osób przechadzało się po peronie, wokół stacji było zwyczajne blokowisko i silosy czegoś, co na wikimapii jest opisywane jako kombinat chlebproduktów. Właściwie nic nie sugerowałoby, że jesteśmy w nieuznawanym państwie, które ma tak złe opinie w Sieci. Stwierdziłem więc, że jest na tyle spokojnie, że mogę zrobić zdjęcie telefonem.

Ups, zapomniałem wyciszyć telefon. No więc pół wagonu usłyszało, że robione jest zdjęcie. Z końca wagonu wstał człowiek, którego opisałbym jako typowego bałkańskiego podstarzałego macho – biała, rozpięta do połowy koszula, odpowiedni brzuszek, opalenizna, owłosienie, wszystko pasowało. Przeszedł się po wagonie, rozglądając się w każdą stronę, dobrze przyglądając się i nam, ale zagadał tylko do Ukraińców, mówiąc jednemu z nich, że fajny ma telefon. Po chwili wrócił na swoje miejsce na końcu wagonu i już do samego Tyraspola siedział odwrócony w stronę pozostałych foteli, rozglądając się.

Parę minut później pociąg ruszył. Po drodze mijaliśmy twierdzę w Benderach, przejeżdżaliśmy też mostem nad Dniestrem, a następnie trasa prowadziła wzdłuż drogi Tyraspol – Bendery. Mijane samochody często były jakby gorsze niż to, co widzieliśmy w Kiszyniowie. Spokojnie można było trafić na auta z okresu Związku Radzieckiego – trzeba jednak przyznać, że bardzo zadbane.

Przed samym Tyraspolem mija się kompleks klubu sportowego Sheriff. Mogliście słyszeć tę nazwę – Sheriff Tyraspol regularnie uczestniczy w europejskich pucharach. W skład kompleksu wchodzi: 10 pełnowymiarowych boisk piłkarskich, w tym jedno w hali, stacja benzynowa „Sheriff”, supermarket „Sheriff” (jest to najczęściej spotykana w kraju sieć supermarketów) i hotel „Sheriff”. Trzeba przyznać, że robi wrażenie.

W Tyraspolu wysiadło całkiem sporo osób. Na peronie stało paru milicjantów, i choć mój rosyjski jest bardzo słaby, to miałem wrażenie, że z głośników słyszę, dwukrotnie powtórzone:

– Pasażerów z Polski prosimy o wejście do budynku stacji i udanie się do służby migracyjnej.

Zastanawialiśmy się później, czy to możliwe. W końcu nikomu nie mówiliśmy po drodze, że jesteśmy z Polski. Krzysiek jednak miał na sobie koszulę z logo AleBrowaru, na którym bardzo wyraźnie napisane jest Hop Heads of Poland, a po wagonie przechadzał się ktoś, co do kogo nie byliśmy pewni, czy nie jest przypadkiem pracownikiem jakichś naddniestrzańskich służb. Niewykluczone jednak, że to wszystko nam się wydawało ze względu na legendy, jakie o Naddniestrzu krążą.

W holu stał wielki telewizor, na którym puszczany był pierwszy program telewizji rosyjskiej. W trakcie naszego pobytu na stacji akurat była to długa przemowa jakiegoś popa. Po drugiej stronie powieszony był rozkład jazdy pociągów, na którym zdecydowana większość pociągów była zawieszona ze względu na problemy finansowe.

Do okienka migracyjnej służby stała już spora kolejka. Udało się jednak dość szybko dostać karty migracyjne i je wypełnić. Karty mają opis po rosyjsku i po angielsku, więc z tym nie było żadnego problemu. W związku z tym, że byliśmy na terenie Naddniestrza mniej niż 10 godzin, celniczka powiedziała nam, by na kartach zaznaczyć tranzyt. Poprosiła też o przeczytanie na głos imienia, nazwiska i podanie otczestwa, które obok zapisu w łacince dopisała sobie obok cyrylicą. Do innych ludzi z kolejki faktycznie zwracali się otczestwem, więc gdyby coś ode mnie chcieli, byłbym Mateuszem Mirosławowiczem ;) Jedną część karty migracyjnej zabrano od razu na miejscu, drugą miałem mieć przy sobie i oddać na przejściu granicznym przy wyjeździe.

Cała procedura poszła jednak dość szybko. Dostaliśmy potrzebny stempel na karcie migracyjnej i od tego momentu byliśmy oficjalnie na terytorium Naddniestrza.

Jak dotrzeć do Naddniestrza? (Mołdawia i Naddniestrze, #3)

Alkohol zostawię na innego posta, bo ten zajął mi odrobinę za dużo czasu.

Jednym z głównych celów wyjazdu było zajrzenie do Naddniestrza. To nieuznawane przez żadnego członka ONZ państwo ostatnio sporo pojawia się w polskich mediach, w zasadzie tylko jako potencjalny punkt zapalny na linii Ukraina – Rosja. Na terenie PMR znajdują się siły pokojowe, złożone z przedstawicieli Mołdawii, Naddniestrza, Rosji i Ukrainy. Poza nimi w Tyraspolu i okolicach stacjonuje jeszcze 14. armia rosyjska, która uczestniczyła w walkach w 1992 r. – te oddziały są tam wbrew woli Mołdawii. Po zakazie tranzytu przez Ukrainę jedyną dostępną drogą do Naddniestrza dla rosyjskich żołnierzy jest przylot rejsowym samolotem do Mołdawii, a następnie przejazd z Kiszyniowa do Bender albo Tyraspola z użyciem któregoś z opisanych niżej środków transportu. O ile Mołdawia nie ma problemu z członkami sił pokojowych, to niezbyt akceptowani są przez nich żołnierze do nich nieprzynależący – czego efektem jest czasem deportacja.

Co ciekawe, w Kiszyniowie można spotkać sporo samochodów z naddniestrzańskimi tablicami. Ot, przykład. I tak, bardzo często były to Lexusy albo Range Rovery. Zaskoczyło mnie to, jak mało w Kiszyniowie było starych, zdezelowanych aut.

Gdy chcemy pojechać do Naddniestrza, mamy do wyboru dwa środki transportu: busy i kolej. Warto jeszcze ustalić, gdzie chcemy dojechać – czy tylko za samą granicę, czy chcemy zobaczyć też stolicę. Oba kierunki się nie wykluczają – Bendery i Tyraspol leżą tylko paręnaście kilometrów od siebie i mają naprawdę przyzwoitą komunikację publiczną.

Busy ruszają z centralnego dworca autobusowego, który mieści się obok głównego rynku. Od 6:30 do 19 kursy do Tyraspola są praktycznie co 15-20 minut, skrócone kursy do Bender co 20-50 minut. Cały rozkład można zobaczyć tutaj, bilet do Bender kosztuje 31 lei (6,20 zł), a do Tyraspola 37 lei (7,40 zł). W drugą stronę jest drożej – dokładnych cen niestety nie pamiętam, ale za bilet z Bender do Kiszyniowa zapłaciliśmy bodajże 34 ruble naddniestrzańskie (~11 zł). Przejazd trwa około 1h-1h30, zależnie od kolejki na granicy i ruchu. Tabor jest zależny od kursu – od autokarów rejsowych po typowo marszrutkowe busiki. Kontrola graniczna odbywa się na wjeździe do Bender. Rozkład busów z dworca w Benderach.

W przypadku pociągów jest w zasadzie jedna dobra opcja: pociąg o 7:34 z Kiszyniowa do Odessy (przed wyjazdem sprawdź aktualny rozkład). Pociąg po drodze zatrzymuje się w dwóch miejscowościach po mołdawskiej stronie, następnie w kontrolowanej przez Mołdawię części stacji Bendery-2 (dokładniejszy opis za chwilę), w kontrolowanej przez Naddniestrze części stacji Bendery-2, a o 9:40 w Tyraspolu. Bilet kosztuje tylko 14 lei (~2,80 zł). Natychmiast po przyjeździe do Tyraspola należy zarejestrować swój pobyt w okienku służby granicznej w hali dworca.

Bilety można kupić w budynku centralnego dworca kolejowego (przystanek trolejbusowy Gara Feroviara) – należy podejść do kas dla połączeń krajowych, bo z perspektywy Mołdawii przejazd do Tyraspola to przejazd wewnątrz kraju. Co najmniej jedna kasa jest czynna całodobowo. W budynku można też znaleźć bankomat, kawiarnię z piwem, makietę kolejową, akwarium, pokoje, w których można za opłatą przenocować, automat do doładowań Orange…

Pociąg do Odessy odjeżdża z głównego dworca. Część pociągów (oznaczonych w rozkładzie jako „trenurile suburbane”) odjeżdża z dworca podmiejskiego, który znajduje się kilkaset metrów na północ, da się jednak do niego przejść bezpośrednio z głównego kompleksu. Odjeżdżają stamtąd też dwa pociągi dziennie do stacji Bender-2, końcowa stacja tych pociągów jest kontrolowana przez Mołdawię i koleje mołdawskie, ale otoczona jest ze wszystkich stron przez tereny, nad którymi bezpośrednią kontrolę sprawuje Naddniestrze. Jeżdżą tam spalinowe składy Ganz D1 z drewnianymi siedzeniami – zdjęcie ze stacji Bender-2 węgierskiego blogera. Dosłownie 300 metrów dalej na południe mieści się „właściwa” stacja Bender-2, która jednak jest już kontrolowana przez Naddniestrze. Z tego co czytaliśmy w Sieci, nikt nie był pewien, czy pociągami podmiejskimi obcokrajowiec może legalnie wjechać do Naddniestrza. Nawet odpowiedź MSZ Naddniestrza na pytanie w tej sprawie niewiele rozjaśniła, więc na wszelki wypadek polecam sprawdzoną trasę do Tyraspola :)

Jeśli ciekawi Was jakiś konkretny temat odnośnie Mołdawii i Naddniestrza, piszcie albo tu w komentarzach, albo do mnie prywatnie. Jeśli będę cokolwiek wiedział, postaram się o tym napisać.

Jak mi się dzisiaj wracało do Tczewa

image

image

image

image

Jak powiedział kierownik pociągu, „połamało nam patyki”. Kilkaset metrów pomiędzy torami, zapchany na maksa pociąg do Tczewa, w końcu praktycznie pełny autobus linii nr 50, który kosztował 8 zł. A teraz jeszcze autobus musi przedostać się przez korki na wyjeździe z Gdańska. Ot, urokliwe marcowe zamieszanie.

Jak sprawdzić, ile procent miejsc w pociągach Intercity jest zajęte?

EDIT: metoda już niestety nie działa. Teraz najlepsze co mamy, to orientacyjną frekwencję ze strony PKP Intercity.

Na stronie PKP Intercity dostępna jest prognoza frekwencji w pociągach, na podstawie systemu rezerwacji miejsc. Jest to bardzo fajne narzędzie, które jest aktualizowane parę razy dziennie, pokazuje na bieżąco, czy w pociągu, który nas interesuje spodziewać się tłoku. Jest toto w formie pliku pdf, który zawiera wielką tabelkę wszystkich pociągów, w których rezerwuje się miejsca:

Kolor czerwony znaczy, że zajętość szacuje się na powyżej 80%, kolor żółty, że pomiędzy 50% a 80%, a biały, że zajętość jest poniżej 50%. Co jednak, jeśli chcemy zobaczyć dokładniejsze dane? Załóżmy powiedzmy, że jadę jutro pociągiem relacji Gdynia Gł. – Kraków. Spróbujmy zaznaczyć odpowiednie pole tabelki:

ic2

Coś tu wyraźnie jest! Spróbujmy to więc skopiować i wstawić do notatnika:

ic3

Voilà! Mamy dokładne dane na temat zajętości miejsc w pociągu.

Na ubuntu było trochę łatwiej, po prostu zaznaczyłem tekst i od razu widziałem, co tam jest… Na windowsie trzeba trochę kombinować.

Nowa lokomotywa na dworcu w Tczewie

Koło tczewskiego węzła komunikacyjnego pojawiła się dziś lokomotywa. Jej czarno-białe malowanie jest związane z zespołem Republika, którego lider, Grzegorz Ciechowski, pochodził z Tczewa, do czego tczewskie władze odwołują się przy każdej możliwej okazji.

image

To już druga lokomotywa w tej okolicy, niewiele dalej koło dworca już od co najmniej kilku lat stoi trochę mniejszy egzemplarz w swoim naturalnym
malowaniu.

image

Magia dworca we Wrzeszczu

W ostatnim czasie na dworcu kolejowym we Wrzeszczu trwają prace budowlane, które mocno skomplikowały przejście pomiędzy peronem dalekobieżnym i SKM. Z peronu SKM została tylko połowa, nie ma do niego bezpośredniego przejścia tunelem z budynku dworca, więc regularnie tłumaczę zagubionym pasażerom, jak dojść na peron SKM.

Jakiś czas temu, przy wychodzeniu z kolejki na peron SKM zobaczyłem oznaczenia mające poprowadzić ludzi do wyjścia z peronu – razem z tłumaczeniem na język angielski. Było ono tak kulawe, że szybko doczekało się odpowiedniego dopisku:


za Make SKM easier na Facebooku

Od tego czasu drogi dotarcia do peronu SKM zdążyły zmienić się dwukrotnie, zmienił się też napis, tym razem „Dojście do miasta” jest przetłumaczone jako „To the city center”. Cóż, przynajmniej trochę lepiej.

Na peronie dalekobieżnym oczywiście na razie nic się nie dzieje. Przeczucie mówi mi, że zacznie się dziać, gdy skończę dojeżdżać codziennie z Tczewa do Gdańska.

Węgier odczarowanie

W poprzednie wakacje dwa razy przejeżdżałem przez Węgry.

Za pierwszym razem, jadąc na Bałkany, z Budapesztu zapamiętałem głównie Cygankę, która wrzeszczała coś do mnie na stacji Nyugati. Wieczór skończyliśmy w Szegedzie, gdzie resztkami sił i ostatnim tramwajem dotarliśmy do campingu, na którego szyldzie zobaczyliśmy napis zárva. Dalsza część nocy to pięciokilometrowy spacer z ciężkim bagażem i namiotem w kształcie tarczy z powrotem na dworzec, godzina koczowania pod dworcem (na Węgrzech również wymyślono „przerwę techniczną” w środku nocy) i w końcu kilkugodzinna drzemka na dworcu. Po drodze na dworzec zostaliśmy też zaczepieni przez trzy panny wracające z imprezy, które znały świetnie angielski – potrafiły w nim powiedzieć aż touch my body.

Niecałe dwa tygodnie później, w drodze powrotnej wylądowaliśmy o 18 w Budapeszcie. Po odczekaniu 80 numerków (system taki, jak na pocztach) na stacji Keleti pani przy kasie nie miała dla nas dobrych wieści. Nie było już żadnych biletów na nocny pociąg do Warszawy. Były za to na poranny – o 7 rano. Stwierdziliśmy wtedy, że zaoszczędzimy na noclegu i wybierzemy się na nocne zwiedzanie miasta, po czym prześpimy się na stacji Keleti. Jak ustaliliśmy, tak zrobiliśmy. Po drodze dwukrotnie oferowano nam marihuanę, raz wdzięki niezbyt dobrze wyglądającej pani (razem z marihuaną) i dwa razy piwo. Na koniec jakże przemiłego pobytu w mieście zamówiłem w jednej z budek dworcowych herbatę, starając się wypowiedzieć tea po węgiersku (nie jest trudno, w sumie dokładnie tak samo, jak w polskim), zostałem ochrzaniony po angielsku, że nawet dzień dobry nie powiem. Nie ma co się dziwić, że nie zapamiętałem Węgier zbyt dobrze.

Na te wakacje razem z Kasią ustaliliśmy, że gdzieś polecimy samolotem. Korzystając ze Skyscannera i serwisów pozwalających na rezerwowanie noclegów szybko ustaliliśmy, gdzie możemy polecieć i przeżyć w ramach ustalonego budżetu. Po intensywnych dyskusjach i oglądaniu różnych miejsc zwyciężył Budapeszt. Pojawiła się świetna okazja do odczarowania Węgier.

Nie będę opisywał całego wyjazdu, bo świetnie zrobiła to już Kasia. Muszę jednak przyznać, że choć nadal nie jest to moje ulubione miejsce na Ziemi, to po tym wyjeździe Budapeszt zyskał dużo w moich oczach.


Mówiłem już, że uwielbiam latać?

Mam jeszcze parę szczegółów i przemyśleń odnośnie wyjazdu, którymi chcę się podzielić.

Airbnb

Podczas tego wyjazdu w Budapeszcie przetestowaliśmy nocowanie w mieszkaniu wynajętym przez Airbnb. Jest to serwis, który pozwala na wynajęcie pokoju lub mieszkania od lokalnych mieszkańców, służący jednocześnie za pośrednika, zabezpieczającego całą transakcję (i pobierającego dodatkowo 10% prowizji ;)). Znaleźliśmy tam tanią kawalerkę w dość dobrej lokalizacji – w dzielnicy Kőbánya, do której dojeżdżają autobusy linii 200E z lotniska i w której kończy swój bieg trzecia linia metra. Wygląda na to, że przy tego typu wyjazdach jest to bardzo dobra alternatywa – dostaliśmy całe funkcjonalne mieszkanie w cenie, w której w tym mieście można dostać co najwyżej pokój dwuosobowy w którymś z podrzędnych hosteli na górze Gellerta. Tymczasem tutaj było więcej przestrzeni, był aneks kuchenny i łazienka. Na korytarzu (zamykanym na klucz) ktoś powyklejał zdjęcia zwierząt.

Blok, w którym znajdowało się mieszkanie, jest częścią sporego blokowiska, co ma zarówno wady, jak i zalety. Ja jednak widziałem przede wszystkim te drugie, może dlatego, że sam na podobnym mieszkam. Z pewnością za komfortowe można jednak uznać chociażby to, że supermarkety (Lidl i Penny Markt) mieściły się w odległości 3 minut piechotą. Nie było też zbyt głośno, okolica wydawała się dość spokojna. A z okna poza blokami czasami widać też było startujące/lądujące samoloty.

Największym minusem tego mieszkania był jednak brak internetu. Za to w centrum handlowym KÖKI, koło stacji metra Kőbánya-Kispest było darmowe, bardzo dobrze działające wifi.

Latanie z Modlina

W połowie lipca otwarto lotnisko w Modlinie. To z niego znalazły się tanie bilety do Budapesztu – przelot w obie strony kosztował nas po 116 zł na osobę, a dało się też i taniej.

  • Jak tam najlepiej dotrzeć z Pomorza?

To zależy przede wszystkim od tego, czy ma się jeszcze zniżki studenckie. Jeśli tak, najsensowniej jest pojechać TLK do Nasielska (z Tczewa 27 zł z rezerwacją miejsc, z Gdańska ~31 zł), tam przesiąść się na pociąg Kolei Mazowieckich (16 minut jazdy, 3,15 zł), stamtąd z kolei autobus lotniskowy do portu lotniczego (około 10 minut, 4 zł, jeżdżą co 15 minut). Alternatywą jest też dojazd do Modlina z użyciem Przewozów Regionalnych i Kolei Mazowieckich (przesiadki w Iławie, Działdowie), ale czasowo zajmuje to nieco dłużej.

Bez zniżek studenckich rozwiązaniem może być przejazd do Gdańska, stamtąd Polskibus (którym zresztą wracaliśmy), dojazd nim do dworca Centralnego albo Gdańskiego i stamtąd bilet lotniskowy do Modlina – pociąg + autobus na lotnisko 12 zł.

  • Na ile wcześniej przyjechać?

My mieliśmy ponad 3,5h zapasu, ale spokojnie wystarczy być na lotnisku na 1,5h przed godziną wylotu. Nie wiem, czy to specyfika lotniska czy linii lotniczych (było podobnie zarówno w Modlinie, jak i w Budapeszcie), ale już na godzinę przed wylotem obsługa zaczęła sprawdzać bilety i ustawiać kolejkę do samolotu. Ważne jednak może być to, że Budapeszt jest znacznie większym lotniskiem i kolejki do kontroli bezpieczeństwa były naprawdę długie (za to bardzo szybko obsługiwane). W Modlinie zostaliśmy nawet wypuszczeni na płytę lotniska jeszcze zanim nasz samolot dotarł na stanowisko.

Po wylądowaniu w Budapeszcie czekała nas jeszcze długa droga do terminalu. Podobnie było w drodze powrotnej w drugą stronę. Takie są uroki tanich linii lotniczych na dużych lotniskach. Za to nad lotniskiem właśnie zachodziło słońce, co budowało pozytywne odczucie zaczynającej się właśnie przygody.

Ryanair jest, jaki jest. Chociaż bawią mnie próby sprzedawania zdrapek na pokładzie i fanfary, które uruchamiane są przy lądowaniu na czas, to nadal zachowany jest specjalny klimat lotu samolotem i do tego można natrafić na bardzo tanie bilety. To jest dla mnie w tej chwili najważniejsze.

  • Jak było z obłożeniem?

Lot do Budapesztu był wypełniony jedynie mniej więcej w połowie. Powrotny lot był całkowicie pełen. Możliwe, że dlatego, że wracaliśmy w niedzielę, a sporo ludzi korzysta z tanich lotów na weekendowe wypady do Budapesztu.

  • Czy w Modlinie coś zjem?

Na lotnisku w tej chwili z tym bardzo słabo. Jest otwarta jedna kawiarnia z kanapkami i są automaty z jedzeniem i piciem, ale lepiej zjeść coś ciepłego po drodze. My zajrzeliśmy do Pizza di Cantina, gdzie ceny pizzy zbliżały się do warszawskich, ale była smaczna. Jakieś 10 minut piechotą od przystanku kolejowego w Modlinie.

  • A na lotnisku w Budapeszcie?

Po kontroli bezpieczeństwa można podjechać piętro wyżej do KFC albo Burger Kinga. Ceny chyba normalne, a nie lotniskowe. Co jednak interesujące, Stripsy w węgierskim KFC smakują wyraźnie inaczej. Ciekawe, z czego to wynika…

W tej chwili po moim biurku pałęta się kilka pomarańczowych biletów jednorazowych budapesztańskiej komunikacji miejskiej. Leży też opakowanie cukierków stamtąd i kilka innych drobiazgów. Każdy taki wyjazd buduje sobie specjalne miejsce w mojej pamięci, a takie małe elementy tamtego świata zostają w moim, tak jak serbska flaga na tablicy korkowej. Każda podróż to dla mnie kolejna nowa cząstka, którą integruję w swój świat. Lubię podróżować.

Wiele środków transportu w 3 dni

W ostatnich dniach, na tej samej trasie zdarzyło mi się użyć kilku różnych środków transportu. Za każdym razem wynikało to z braku możliwości wyboru mojego typowego sposobu poruszania się na trasie Gdańsk – Tczew, czyli pociągu regio Przewozów Regionalnych (z którego pokładu piszę zresztą te słowa), a na odcinku Gdańsk Główny-Gdańsk Politechnika pociągów SKM.

Przedwczoraj wynikało to z braku innej możliwości – o 20:40 skończyłem kolokwium i jedyną opcją powrotu, która nie wymagała czekania przez 40 minut był autobus linii 50, kursujący na trasie Gdańsk Główny – Tczew. Bilet aktualnie kosztuje 8 zł, nie ma zniżek dla studentów. Przejazd poza godzinami szczytu trwa niecałą godzinę, autobus był wypełniony w ponad połowie. Po długim okresie bez przemieszczania się na tej trasie po drogach, ciężko było rozpoznać swoją lokalizację na podstawie świateł widzianych przez brudne szyby. Chyba pierwszy raz w życiu Mapy Google faktycznie mi się do czegoś przydały.

Wczoraj również wracałem z Gdańska w godzinach wieczornych, ale tym razem wracałem pociągiem TLK relacji Szczecin – Olsztyn. Wagon bezprzedziałowy drugiej klasy był bardzo komfortowy, podróż trwała około pół godziny, a bilet ze zniżką studencką kosztował 5,39 zł.

Tego samego dnia pierwszy raz korzystałem też z usług nowego przewoźnika obsługującego komunikację miejską w Tczewie od 1 stycznia – Meteora. Po wielu negatywnych komentarzach w Sieci spodziewałem się niezbyt przyjemnej podróży, lecz zawiodłem się. Jedyne, za co mógłbym skrytykować ten przejazd to przyjazd autobusu o 3 minuty za wcześnie.

image

Dzisiaj z kolei już w drodze na uczelnię zauważyłem opóźnienia SKM i wjazd na peron po przeciwnej niż zwykle stronie (co zresztą doprowadziło jednego skonfundowanego pasażera do biegu i… wypadnięcia z peronu na tory po przeciwnej stronie, szczęśliwie nie jechał akurat żaden pociąg), lecz dopiero w drodze powrotnej pojawiły się większe problemy w postaci ruchu wahadłowego na odcinku Wrzeszcz – Dworzec Główny. Bilety SKM są jednak na czas awarii honorowane w autobusach i tramwajach ZTM, więc miałem okazję przejechać się też tramwajem. Tutaj pierwszy raz zauważyłem czytelny monitor z informacją o najbliższych przystankach, były też powiadomienia głosowe.

Tym samym przez 3 dni wyczerpałem niemal wszystkie środki transportu na odcinku dom – uczelnia. A po co ten wpis? Ot, sprawdzam, jak spisuje się aplikacja WordPressa na Androida.

Biletyregionalne.pl – już prawie to, czego oczekuję

Gdy wracałem dzisiaj z uczelni, wysiadając jak zwykle na dworcu w Tczewie, z głośników usłyszałem standardowy komunikat o przyjeździe pociągu relacji Gdynia – Laskowice Pomorskie, peronie, godzinie odjazdu. Tym razem jednak na końcu komunikatu znalazła się dodatkowa informacja. Brzmiało to mniej więcej tak:

Szanowni podróżni, Przewozy Regionalne zachęcają do zakupu biletów kolejowych na pociągi spółki poprzez internetową platformę biletyregionalne.pl.

Link został oczywiście natychmiast zanotowany w telefonie. W domu sprawdziłem, co nowego oferuje mój ulubiony przewoźnik kolejowy, by zostać mile zaskoczonym. Nie dość, że na stronie można kupić bilety jednorazowe i okresowe na praktycznie wszystkie relacje obsługiwane przez Przewozy Regionalne, to jeszcze, dzięki współpracy z eCard, możliwe jest płacenie zarówno kartą, jak i przez… Paypala.

Dzięki wprowadzeniu opłaty za korzystanie z kart debetowych w moim banku, od paru miesięcy kombinowałem nad tym, jak tu zapłacić kartą za mój bilet miesięczny, kupując go w kasach PR. Nowa platforma pozwala mi na zakup biletu miesięcznego przez internet… ale zaraz, zaraz, tak dobrze nie ma.

Jako mieszkaniec Tczewa (ostatniej stacji na trasie trójmiejskiej SKM) z planem zajęć ułożonym tak, że dość często pasuje mi jedna z czterech SKM-ek dziennie, kupuję bilet miesięczny łączony PR+SKM, droższy o około 5 zł. To właśnie było dużym problemem we wrześniu, gdy poszukiwałem miejsca, gdzie jestem w stanie zapłacić kartą. W Tczewie terminal posiadają jedynie kasy IC, które jednak nie mogą sprzedać mi miesięcznego łączonego, bo to „specjalna taryfa Przewozów i SKM”. Tak samo jest oczywiście w kasie IC w Gdańsku Głównym, tam zostałem z kolei wysłany do kasy SKM, gdzie uprzejmie oznajmiono mi, że terminale owszem, są, ale w planach.

Całe to marudzenie jest oczywiście związane z tym, że strona systemu sprzedaży biletów PR owszem, jest ładna, a nawet zazwyczaj pewnie przydatna, ale oferty PR+SKM również na niej nie ma. Wysłałem maila na kontaktowy adres podany na stronie, zobaczymy, co z tym będzie dalej. To jest jednak już krok w dobrą stronę, jeden z wielu, jakie ostatnio czynią Przewozy Regionalne (tak, podobają mi się te ostatnio puszczane trzy składy ;))

hafa.sh – shell script that fetches train connections

hafa.sh is a small shell script for Unix-based systems that fetches train connections between two stations. It has both command-line and basic graphic interface (using GTK+/Zenity – zenity is required to use it). cURL is also required, as the script uses it to fetch connection data.

All connections that are included in HAFAS system and, specifically, one of its Polish implementations are available – that means the script can find railway connections within much of Europe.

Available connections

Connections window

To run it, start your terminal, navigate to the folder where it is downloaded, give it the execution permission (chmod +x hafa.sh) and input one of the following commands:

./hafa.sh -w //window mode
./hafa.sh -i //command-line ‚interactive’ mode
./hafa.sh -a Departure_station -b Arrival_station -d Date -t Time //direct input
./hafa.sh -h //help with description of above and even more arguments

You don’t have to input date and time – if you don’t do it, your system time will be used.

The script can be downloaded from its Sourceforge.net project page. It was written as a university assignment, but as I like the result I decided to release it online.

Current version has some minor bugs and lacks some features that might be useful (ie. information about the exact time and place of a layover), but is quite usable for a basic script. Of course, any improvement suggestions are welcome.