Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Monthly Archives: Grudzień 2008

Kolejna porcja

Punkciki się chociaż Marcinowi spodobały, więc kolejny post też w punkcikach, jako że tak się łatwiej pisze.

„Faith”

Jadąc samochodem, usłyszałem w pewnym momencie znajome słowa. Melodia była jednak zupełnie inna. Słowa znałem z piosenki „Faith” Limp Bizkit. Spytałem więc, kto tą wersję śpiewa, usłyszałem, że George Michael. Różnica?

w tym wyżej trzeba niestety kliknąć, by przejść na youtube, bo zablokowane jest umieszczanie filmiku na stronach i blogach

„N”

Wysiadając z samochodu w Hagen, mama zauważyła, że dzielnica przypomina nieco polskie blokowiska, aczkolwiek była nieco ładniejsza. Szybko dostała odpowiedź, że mieszka tutaj pełno Polaków i Rosjan. Rzeczywiście – szybkie rozejrzenie się po balkonach dało efekt w postaci zauważenia talerza satelitarnego ze znanym w Polsce logo platformy cyfrowej „n”.

Mówiąc wprost – kupa

W większości cywilizowanych krajów podobno wyprowadzający na spacer psy noszą ze sobą woreczki i zbierają odchody swoich milusińskich. Nieprawda. Praktycznie na większości ulic (może poza tymi głównymi) trzeba patrzeć pod nogi, by w coś nie wejść. Nie zawsze tylko milutko na trawce przy drzewkach (ups, drzewka są, trawki nie ma, ale za to są miny), niekiedy na samym środku dość uczęszczanego chodnika.

Wielka dziura

Dzielnica Hörde ma to do siebie, że tuż za jej centrum, gdzie są całkiem ładne kamieniczki, widać gigantyczny wykop. Dawniej podobno były tam huty lub fabryki. Obecnie, planowane jest jezioro. Lake Phoenix, jak ma się nazywać, ma zająć obecnie pusty teren o powierzchni około 24 hektarów.


Lake Phoenix, Dortmund

Na zdjęciu ostatni budynek, który tam pozostał. Zaraz obok niego stoi mnóstwo sprzętu budowlanego. Podobno, wykopywana jest tam skażona przemysłem ziemia. Również podobno – prace poszły w niektórych miejscach na 40 m w głąb, i jeszcze znajdowane są ślady skażenia, dlatego planowane jest, że niektóre fragmenty jeziora będą głębokie na 80 m.

Lahmacun

Pierwszy raz zdarzyło mi się pójść do tureckiej restauracji. Zjadłem tam niejakie Lahmacun, czyli coś, co było mi przedstawiane jako turecka pizza. W praktyce, dużo bardziej przypomina tortillę. Całkiem smaczne, jeśli ktoś lubi ostre jedzenie. Restauracja też przyjemna, mimo że mała i raczej niepozorna. Gdy poprosiliśmy o nieco cieplejszą Colę i Fantę (bo były wyjęte z lodówki), właściciel zaproponował podgrzanie ich na… piekarniku. „Żeby pan tylko nie zapomniał ich wyjąć!” „Nie zapomnę.”
Oczywiście, zapomniał. Na szczęście dostatecznie szybko się zorientowaliśmy, i jedynie butelka od Fanty uległa delikatnemu spłaszczeniu. Smak nadal ten sam.

Nie ma zasięgu

W centrum Hörde, czyli dzielnicy położonej tuż obok centrum, na głównej uliczce, ledwo co miałem zasięg zarówno T-Mobile, jak i e-plusa. Momentami całkiem go gubiłem. Jakoś na autobahnie tego typu problemów nie ma.

Dorwałem żarełko

Od roku nigdzie nie widziałem PEZ-ów. Kiedyś były sprzedawane w Tczewie, teraz niestety tak dobrze nie ma, chyba że gdzieś są, a nie zauważyłem. A są to specyficzne cukiereczki pudrowe, bardzo mi smakujące. Nakupowałem sobie zapasów na kilka dni.

PEZ
za candyfavorites.com

Dorwałem też coś, co widziałem dotąd tylko raz, a jeszcze nie smakowałem – Nutella &Go.

Nutella & Go
za worldofsweets.de

Koty mniej miłe

Po 2 dniach w materacu, na którym spałem, zabrakło powietrza na tyle, że leżąc dotykałem podłogi. Najprawdopodobniej była to wina kotów. Po wyjęciu więc następnego materaca, został on ze wszystkich stron zabezpieczony kocami. Nie wystarczyło. Dzisiaj w nocy, kotka o imieniu Jill zaczęła podgryzać i próbować zerwać kocyk. Nie ustępowała w swoich staraniach mimo mojej obecności, odganiania, wyrzucania. Dopiero, gdy wypchnęliśmy ją poza pokój i zamknęliśmy drzwi, nastał spokój. Było już jednak za późno. Gdy obudziłem się około 4:30, już dotykałem podłogi. Kotka została wpuszczona, dalej kontynuowała swoje boje z kocem. Rano materac przypominał sflaczałą piłkę. Ciekawe, na czym będę dzisiaj spał, materace się już skończyły. :D Swoją drogą, odechciało mi się mieć kota. Ja już wolę moje rybki.

Skype sms

Wysyłanie sms-ów za 99 gr używając roamingu niekoniecznie jest opłacalne. Zacząłem więc szukać innych sposobów na kontakt sms-owy, gdy mam akurat dostęp do internetu. Przypomniało mi się, że mam wykupione nieco funduszy w Skype, i że dało się tamtędy wysyłać sms-y. Wg strony, miało kosztować po 40 gr za sms. W rzeczywistości kosztuje 19,4 gr. Może po prostu ceny spadły, tylko jeszcze o tym nie powiadomiono? W każdym razie, czasem warto mieć dodatkowe możliwości komunikacji.

Wielojęzyczność

Kiedyś wspominałem o tym, że Hörde to dzielnica głównie imigrancka. Więc, jakie języki słychać tutaj najczęściej? Niemiecki – to po pierwsze, w końcu jesteśmy w Niemczech. Zaraz za nim polski – Zagłębie Ruhry to jedno z miejsc, gdzie Polonia jest największa. Koło Realu w dzielnicy Aplerbeck jest nawet sklep Lazar, w którym można zakupić polskie towary. Zajmuje się też podobno tanim transportem paczek do Polski. Jest też rosyjski, w miarę znajomy. Ten miks językowy jest dość przyjemny, poza jeszcze jednym językiem. Turecki. Kompletnie dla mnie niezrozumiały, wypowiadany bardzo szybko, brzmiący zazwyczaj wojowniczo – a może to po prostu wyobraźnia mnie ponosi. Niemniej, nie czuję się szczególnie komfortowo, gdy obok przechodzi grupa osób rozmawiających po turecku.

Wspominałem w poprzednim poście, że nawet sporo po niemiecku rozumiem. Mam jednak pewną blokadę psychiczną przed mówieniem. W przeciwieństwie do Polski, ciężko jednak pójść na zakupy, i przez cały czas nic nie mówić. Pierwszy raz mówić musiałem w sklepie Woolworth, gdy rozglądałem się po elektronice. W pewnym momencie podszedł do mnie jakiś mężczyzna i zaczął pytać po niemiecku, czy widziałem może odtwarzacze mp3. Odpowiedziałem mu, że nie widziałem, to mi się w miarę udało. Gorzej nieco było w sklepie, gdy kasjerka zapytała się mnie (najprawdopodobniej), czy mógłbym jej dać jeszcze 1 cent. Szybko odpowiedziałem „Nein. Da… Kein Kleingeld.” Czemu najpierw nasunęło mi się „Nein, danke.”? Dużo lepiej było w sklepie z drobiazgami, gdzie zdołałem głośno powiedzieć „Danke” i „Auf wiedersehen”. Nie odpowiedziałem już jednak na „Gute Rutsch”, czyli coś w rodzaju życzeń szczęśliwego Nowego Roku. Zbyt wolne myślenie, jak na kolejny obcy język – przejdzie za kilka lat.

Granice osiedli

W większości polskich miast granice poszczególnych osiedli są sprawą dość umowną, nijak nie oznaczoną. Zupełnie inaczej jest w Dortmundzie, gdzie każde osiedle jest oddzielone zupełnie jak miejscowości u nas – tabliczką z informacją, w jakim mieście się znajdujemy i do jakiego osiedla wjeżdżamy.

Webmasterka jako szkolny projekt

Dowiedziałem się, że kuzynka (która nie ma zbyt wiele wspólnego ze sprawami technicznymi) ma na ferie świąteczne (całkiem zresztą długie – od 19 grudnia do 7 stycznia) projekt do wykonania. Tym projektem jest… strona internetowa na jakiśtam temat. Nieco bardziej zaawansowane zadanie niż zwykłe zrobienie gazetki naściennej. Spytałem jej, czy muszą ją robić zwyczajnie przez klepanie kodu HTML – odpowiedziała, że ma do tego specjalny program – nie wnikałem bardziej, ale podejrzewam, że chodzi o Microsoft FrontPage, albo podobne narzędzie WYSIWYG. Zawsze jednak wykorzystanie w miarę nowoczesnych technologii już w edukacji 15-latków.

Na dziś starczy. Następny post już zapewne z Polski ;]

Reklamy

W punktach

Więc, jak zeszłego roku, jestem w Dortmundzie. W tym roku nie ma od razu zdjęć, z prostego powodu – nie chce mi się wrzucać. Za to jest podsumowanie dotychczasowego pobytu w punktach. Poniekąd nieco będzie tu porównaniem życia w Polsce i krótkiego jak dotychczas przebywania w Niemczech, a wnioski mogą być mylne, ale staram się podawać to, co widziałem. Niezbyt chronologicznie, bo tematy są wg kolejności robienia sobie notatek w telefonie. Niektóre po kilkanaście zdań, inne po kilka słów.

Obserwator okienny

Już na miejscu wychodzimy z domu, idąc do garażu w celu wyprowadzenia auta. Patrzę po okolicy, patrząc w okna bloków – lubię patrzeć ludziom w okna. Nagle widzę, że jedno okno – na najwyższym piętrze – jest uchylone. Po chwili, przymyka się, zmieniam kierunek patrzenia, by spojrzeć za chwilę znów – znowu otwarte. Po chwili dostrzegam twarz, schowaną nieco w głębi. Niektórzy ludzie również tutaj nie mają nic lepszego do roboty, niż obserwować rzeczywistość wokół, siedząc w oknie.

Siatka z Biedronki

Przez przelot samolotem, nie ma wrażenia przekraczania granicy, jako że cały lot trwa łącznie godzinę i piętnaście minut. Kiedy doszło do mnie, że jestem w innej rzeczywistości? Dopiero wieczorem, gdy wszedłem do łazienki. Lubię w łazience czytać, więc zacząłem czytać naklejki od opakowań środków czyszczących. W pewnym momencie spojrzałem nieco niżej, na ręczniki. Obok nich… moje przybory do mycia, w siatce z Biedronki. Zdawała się tak niepasująca do reszty rzeczywistości, jak to tylko możliwe.

Samolot niczym pralka

To był mój trzeci lot samolotem – zawsze na tej samej trasie. Miałem wrażenie, że chmury były jedynie nad Polską ;] Tym razem siedziałem nieco z przodu, i atakowała mnie jeszcze choroba (o tym później), więc różne było moje postrzeganie. Niekoniecznie przyjemne – zwłaszcza, gdy słońce świeciło mi w oczy (co powodowało łzawienie). Hałas niezbyt mi przeszkadzał, ale w pewnym momencie moja psychika zaczęła sugerować mi, że tak naprawdę nie siedzę w odrzutowcu, a w… pralce.

Pierwszy faktyczny kontakt z GPS-em

…miał miejsce. Nokia z nawigacją + Tom Tom. Całkiem przyjemne narzędzie, kupię sobie, gdy kiedyś (kiedyś?) będę miał auto. Szczególnie, że naprawdę przydatne na nieznanym terenie – gdy jechaliśmy w odwiedziny do niewielkiej miejscowości 50 km dalej.

Brak roamingu w Simplusie

Jestem przyzwyczajony do korzystania z Ery, a konkretniej Tak-Taka. Pierwszy raz miałem ze sobą za granicę również telefon Simplusa. Dopiero dzisiaj go włączyłem, chcąc wykorzystać drugi telefon do wysyłania sms-ów zza granicy, skoro i tak nie wykorzystuję na nim całego stanu konta. A tu psikus – pokazało mi „Tylko połączenia alarmowe”. Po głębszym sprawdzeniu, okazało się, że nie mam roamingu, co było dla mnie dziwne – w Tak Taku nie przypominam sobie, bym musiał kiedykolwiek aktywować. Żeby aktywować roaming, musiałbym najpierw wyłączyć GPRS, potem włączyć roaming – wszystko krótkimi kodami. Żeby wysłać kody, musiałbym mieć dostęp do jakiejś sieci. Żeby mieć dostęp do jakiejś sieci, musiałbym mieć roaming. Kółko się zamyka.

Taśmowaga

Na lotniskach stanowiska do odprawy zawierają taśmę, na której ważone są bagaże. Na lotnisku w Gdańsku, gdy przyjechaliśmy (swoją drogą, 60 zł za taksówkę z Wrzeszcza na lotnisko? Chyba nas taksiarz nieco obskubał, nawet biorąc pod uwagę, że to było święto [26.12]…), niemalże nikogo nie było, więc jeden z pracowników lotniska wykorzystał moment, by się… zważyć. Wszedł sobie na taśmę, odczytał wagę, po czym zszedł z taśmy i poszedł dalej.

Umiejętności z niemieckiego

Nigdy nie uważałem, że umiem niemiecki, i nadal tak nie jest. Niemniej, dziwi mnie, jak dużo rozumiem. Większość zarówno z tego, co mówią w radiu, jak i z codziennych rozmów (chyba że dotyczą jakiegoś konkretnego specjalistycznego tematu, a nie typowy smalltalk). Wolę się jednak nie odzywać bez potrzeby – ciężko jest jednak mówić w języku, w którym nie ma się kompletnej pewności jak coś powiedzieć.

Atak łzawienia

Mniej więcej na 4 dni przed wyjazdem się rozchorowałem – typowe przeziębienie. Stwierdziłem, że na pewno do wyjazdu mi przejdzie, wziąłem nieco leków, poleżałem nieco w łóżku i w wigilię już wyglądało na to, że jestem zdrowy. Dzień później katar jednak wrócił. Rzeczywiście zaatakował dopiero w dniu wyjazdu. Główny objaw – katar i łzawienie z oka. Tak, oka, nie oczu. Jedynie lewe oko mi łzawiło, i to potężnie. Na szczęście, dzisiaj już jest lepiej.

KOTY!

Na miejscu mam kontakt z dwoma kotami. Szczerze mówiąc, uwielbiam je. :D Są to Leo i Jill (samiec i samica), ale ja preferuję nazywać je Kocilla i Guru. Leo lubię bardziej – jest w miarę w porządku. Nieco gorzej jest z Guru, której najwyraźniej nie do końca spodobało się to, że nie dałem jej nic do jedzenia podczas kolacji. Najpierw starała się uświadomić mi, jak potężny błąd popełniłem. Spojrzała na mnie znacząco spod stołu. Też spojrzałem, ale nie zareagowałem – koty obserwujące mnie są typowym zjawiskiem. Podniosła w końcu łapki, kładąc mi na kolanie. Zauważyłem, że wyjmuje pazurki, to ruszyłem kolanem – poszła sobie. 3 minuty później wróciła, robiąc to samo na lewym kolanie, tym razem się wbijając. „Z pazurkami na mnie?” Przysunąłem rękę, by ją pogłaskać. Spróbowała podrapać mnie drugą łapką, to odsunąłem moją łapkę. Poszła sobie, tylko po to, by podejść od tyłu. Wlazła pod krzesło, wystawiając z jednej strony ogon, by uśpić moją czujność. Z drugiej strony zaczęło się wystawianie pazurków. Nie trafiła, poszła sobie. Koty starały się też regulować czas mojego snu, skacząc mi po nogach. Jakoś tak się składa, że to mi nie przeszkadzało, a obudzić mnie i tak nie mogły.

Opóźnienia w pizzy

Dzisiaj dowiedziałem się, że czekanie 1,5 godziny na zamówioną pizzę to nie jest zwyczaj jedynie polski.

Industrialne ale ładne

Poruszam się po terenie Zagłębia Ruhry – podobno to Śląsk Niemiec. Fakt, fabryk również dużo, ale jednocześnie dużo lasów, a domki między wzgórzami są całkiem ładne. W Essen bloki w pobliżu kopalni przypominają bardzo polskie wieżowce.

Porsche

Czerwone Porsche Carrera stało sobie bezproblemowo na parkingu w pobliżu. Mimo, że mieszka tutaj nawet sporo imigrantów, nikt nie podchodził, nikt nie robił sobie zdjęć, auto odjechało z właścicielem na pokładzie parę godzin później.

Coca-Cola waniliowa

Widział ktoś może coś takiego w Polsce? Jeśli tak, to proszę o namiary (najlepiej w pobliżu Tczewa albo w nim samym). Całkiem smaczne. Tylko czemu butelki 1,25 l?

Dobra, niemal tysiąc słów na posta wystarczy. ;] Zdjęcia na Picasie… jak wrócę.

let’s go

Zapisywaniem tagow i reszta zajme sie pozniej. Wlasnie jadę sobie pustym pociągiem osobowym relacji Bydgoszcz – Gdynia. To drugi po taksowce etap podrozy, ktora odbede. Nastepnym jest rowniez taksowka lub autobus nr 110 gdanskiej komunikacji miejskiej – na lotnisko, gdzie wsiade w Airbusa A320 Wizz Airu,by poleciec rejsem W6 361 do Dortmundu. Powoli robi sie szaro, pociag mimo ze z Bydgoszczy to prawie pusty – coz,sa swieta.

Say hello 2 Kasia

Wiele jest ostatnio podobnych akcji na youtube, ale jakoś ta mnie wzruszyła, co się często nie zdarza.

Polegało to na tym, że chłopak rzeczonej Kasi poprosił oglądających filmik z całego świata, by dosyłali życzenia wszystkiego najlepszego z okazji 18 urodzin w swoich językach. On to wtedy połączył, i wyszedł naprawdę poprawiający humor klip.

Lotniczy gość

Godzina 16:45. Siedzę sobie przed komputerem, nic szczególnie ciekawego nie robię.

Nagle słychać szum. To samolot przelatuje nad Tczewem. Biorąc pod uwagę, że trwają obchody 25 rocznicy przyznania Wałęsie Nobla, szybko włączam radar.piopawlu.net, by zobaczyć, jaki samolot właśnie nade mną przelatuje. Miałem dobre przeczucie – rejestracja nietutejsza. Odczytuję HZ-MF2, strony ze zdjęciami samolotów natychmiast pokazują mi wszystkie potrzebne informacje.

To przelatuje Boeing 737 z Arabii Saudyjskiej, należący – wg różnych źródeł – albo do Ministerstwa Finansów i Gospodarki, albo do pałacu królewskiego. Czy to leci król Abdullah, czy może jakiś jego wysoki urzędnik? Nieważne, i tak niecodzienny gość nad tczewskim niebem. Widział miasto? Niespecjalnie, mgła dość szczelnie dzisiaj okrywa wszystko.

Nie jest to pierwsza sytuacja, gdy w okolicy pojawiają się ważne osoby. W trakcie wizyt papieża Jana Pawła II, dość często śmigłowce z nim przelatywały w pobliżu. Podczas wizyty na Wybrzeżu prezydenta George’a Busha, kilkadziesiąt minut przed lądowaniem Air Force One, biało-czerwone śmigłowce minęły moje osiedle z prędkością przelotową na niezbyt dużej wysokości.

UPDATE:

W czasie obrad po raz pierwszy przyznana zostanie Nagroda Lecha Wałęsy. Za zasługi m.in. na rzecz dialogu międzyreligijnego otrzyma ją król Arabii Saudyjskiej Abdullah Bin Abdulazi Al Saud. Wyróżnienie, w formie ozdobnej plakiety, dyplomu oraz czeku na 100 tys. euro, w imieniu króla Arabii Saudyjskiej, odbierze jego syn.


za fakty.interia.pl

Pierwsza poważniejsza awaria

Wczesny ranek. Na lotnisku w Gdańsku Rębiechowie, mimo grudniowego dnia, piękna pogoda. Zaparkowany nieco z dala od głównego terminalu Antonow An-2 powoli uruchamia silniki. Na pokładzie pilot kolejny raz wyrusza na wyprawę – tym razem nie dookoła świata, nie na Fair Isle w Wielkiej Brytanii, gdzie i tak nie doleciał z powodu lenistwa, lecz tam, gdzie mu fallingrain.com pokaże w miarę uczęszczane następne lotnisko. Pierwszy cel – Kaliningrad.

Komputer wyznaczył trasę w najprostszy możliwy sposób – prosto z lotniska do lotniska. Przewidywany czas lotu – 27 minut. Faktycznie, pilot spodziewał się, że doleci w około 45. W końcu stary dobry Antek to dość paliwożerna machina, a przy niższych prędkościach też świetnie sobie radzi, a mniej kosztownego płynu pochłania…

Start był kompletnie zwyczajny – tak, jak to tylko było możliwe. Podczas przelotu nad Sopotem zaczęło delikatnie bujać. Ot, wiatr, pomyślał sobie. Po chwili bujanie uspokoiło się. Przez następne kilkanaście minut mógł podziwiać widoki, obserwując wschodzące słońce, zerkając na prawo w kierunku swojego rodzinnego miasta, patrząc, jak przed nim w odległości kilku kilometrów przelatuje dyspozycyjny odrzutowiec Learjet, lecący do Gdańska ze Sztokholmu. Spokój, jakiego tylko można pozazdrościć.

Wysokość lotu tymczasem zwiększała się. 2000 stóp, 4000, 6000, coraz bliżej 8000. W radiu słychać było, że ATR 42 LOT-u z Warszawy po raz trzeci podchodzi do lądowania w Gdańsku. Po chwili kontroler z Warszawy odezwał się do pilota, informując go, że ma zmienić częstotliwość, by odtąd komunikować się z centrum w Kaliningradzie. Krótkie zgłoszenie po angielsku do kolejnego kontrolera i dalszy spokój.

Coraz bliżej było do Bałtijska, już niemalże było widać jego budynki. Nagle zewsząd zaczęły formować się chmury. Nie minęło kilka minut, a widoczność spadła do mniej więcej 2-3 km. Skończyło się obejmowanie wzrokiem całego Obwodu Kaliningradzkiego. Pojawił się też wiatr – silny, boczny wiatr od południa. W bardzo szybkim tempie wiatr wzmagał się, coraz trudniej było utrzymać prosty kurs. Tor lotu walczącego z wichrem dwupłatowca coraz bardziej przypominał ślad przemieszczania się człowieka po długiej wizycie w pubie. Tu huragan, tam huragan, tu latarnia…

Pilot obserwował przyrządy. GPS podawał inny kierunek niż kompas, wskaźnik wysokości mimo zmniejszenia mocy silników do 45% nie drgał. W pewnym momencie spojrzał na wskaźnik poziomu paliwa i zamarł. Lewy zbiornik był opróźniony dopiero w dziesięciu procentach, prawy w dziewięćdziesięciu pięciu. Nagle wszystko się wyjaśniło – to nie wiatr, tylko jakieś problemy z paliwem zakłóciły balans. Przełączył kontrolkę na pobieranie paliwa jedynie z lewego zbiornika. Mimo tego, stan paliwa w prawym nadal spadał. Wyciek.

Do lotniska, na szczęście, było coraz bliżej. Paliwa i tak by nie zabrakło, ale utrzymywanie prostego kursu w sytuacji, gdy lewa strona jest dużo cięższa, jest skomplikowanym zadaniem. Wysokościomierz nareszcie zaczął wskazywać, że samolot powoli obniżał wysokość. Pojawił się jednak kolejny problem – GPS pokazywał, że lotnisko jest coraz bliżej, a nie widać go było nigdzie w pobliżu. Parę minut zerkania w prawo i w lewo, jednocześnie cały czas korygując kurs, w końcu zaskutkowało odnalezieniem świateł podejścia. Oczywiście, był za wysoko, ale w tym Antku nie jest to szczególnie duży problem.

Samo lądowanie było dość efektowne. Samolot spokojnie musnął kołami o pas, po chwili tylne koło zaczęło się obniżać, i nagle… znalazł się poza pasem. Drobny błąd pilota podczas korygowania kursu gdzieś nad Zatoką Gdańską zaskutkował złym ustawieniem klap. Na szczęście, hamulce działały. Podkołował do swojego miejsca na płycie, stając tuż obok całkiem sporego samolotu pasażerskiego produkcji sowieckiej lub rosyjskiej. Wiedział już, że w Kaliningradzie spędzi nieco więcej, niż planowane kilka godzin…