Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Monthly Archives: Maj 2013

Jeden dzień w Gdańsku

Gdańsk Główny, godzina 7:55.

Z pociągu Regio relacji Laskowice Pomorskie – Gdynia Główna wysypuje się właśnie fala podróżnych. Jestem częścią tej fali. Zarówno przede mną, jak i za mną, parę setek osób schodzi po schodach do tunelu pod dworcem. Część idzie prosto, w kierunku Śródmieścia i przystanków tramwajowych, część skręca w lewo, na SKM w kierunku Gdyni. Tym razem Regio przyjechał z zaledwie parominutowym opóźnieniem, co znacznie ułatwia paru dziesiątkom studentów Politechniki Gdańskiej dotarcie na zajęcia na czas. Wyraźnie czuć upał – mimo porannej pory, jest już 27 stopni i słońce nie ma zamiaru chować się za chmurami.

Mała falka wysypuje się z SKM, która przyjechała z Gdańska Głównego. Dosłownie parę chwil wcześniej z kolejki od strony Gdyni wysiadło wielu ludzi. W tym momencie fala jest największa. Idąc ulicą Trubadurów, mijamy:

– stoisko z garmażem – o tej porze jeszcze nieczynne;

– 3 różne budy piekarni i cukierni, w tym pyszne pączki trójkątne, które już czekają na półkach na zgłodniałych studentów;

– zamkniętą o tej porze budkę z kanapkami na gorąco z ciągłą, trwającą już od kilku tygodni promocją 3,99 zł za kanapkę na ciepło 16 cm;

– również zamknięty kebab z czerwonymi, skórzanymi siedzeniami, przed którym regularnie przesiaduje biały, leniwy kot;

– sklep spożywczy, w którym można kupić świetne cukierki z Turcji, których nazwa („Tofix”) jest pisana tym samym fontem, co nazwa Toffifee;

– zakłady bukmacherskie;

– kolejny sklep spożywczy, specjalizujący się w różnorodnych piwach dla niskobudżetowego klienta;

– po drugiej stronie ulicy pub Max, w którym chyba o każdej porze dnia i nocy można spotkać ludzi raczących się piwem i niemal zawsze jest włączony telewizor, najczęściej na jakimś kanale sportowym;

– sklep z e-papierosami;

– kiosk z gazetami;

– kasę biletową SKM, mimo że automaty do zakupu biletów są 50 metrów dalej;

– parę pustych boksów. Nad jednym z nich nadal wisi szyld babeczkarni „Magnolia”, która istniała w tym miejscu przez parę miesięcy. Tym razem rolety antywłamaniowe są podniesione i widać, że wprowadza się tam jakiś nowy biznes.

Na tym etapie fala zaczyna się rozdzielać. Na początek, w lewo skręcają studenci zmierzający na WF i pracownicy biurowca Opera Office. Oni nie mijają już cukierni Dekera, która mieści się za przejściem dla pieszych, w budynku Opery Bałtyckiej. To tam można dostać najlepszą tartę porzeczkową w okolicy. Fala przechodzi w całości jeszcze przez przejście dla pieszych, po czym zaczyna rozdzielać się – część w lewo, w stronę wydziału chemicznego, Centrum Nanotechnologii i szpitala akademickiego, większość w prawo, przez Park Akademicki na główną część kampusu Politechniki. Przed bramą główną od głównego nurtu odbijają kolejne odnogi, aż cała fala się rozmywa.

Kończę zajęcia i wychodzę z budynku ETI. Tak jasno nie było już chyba dawno. Koło Gmachu B nagłośnienie, stoiska z piwem i watą cukrową. Trwają zawody, w których głównym zadaniem uczestników było bieganie i jedzenie kiełbaski. Dzień WILiŚ.

Idę znowu ulicą Trubadurów i widzę, jak fala nadchodzi z przeciwnej strony. Niewiele się zmieniło, poza tym, że otworzyły się zamknięte lokale, a starszy pan, jak co dzień, rozstawia swoje stoisko z przecenionymi gazetami.

Jest godzina 15:40. W Biowayu na rogu Alei Grunwaldzkiej i Miszewskiego tworzy się za nami kolejka. Piętro niżej, w pubie nie ma zupełnie nikogo. Zaczyna robić się szaro i wieje zimniejszy wiatr.

Siedzimy za ETI, opierając się o szklaną szybę. Jest cicho, spokojnie, tylko chmury nadchodzą zza wzgórz. Już za chwilę zacznie się ulewa, która przerodzi się w burzę.

Dostałem specyficzną misję i wychodzę z Gmachu Głównego. Przed głównym wejściem stoją ludzie, chroniący się przed deszczem. Co jakiś czas słychać grzmot. Park Akademicki w trakcie deszczu pachnie wręcz obłędnie. Nawet sznur samochodów na Alei Grunwaldzkiej wydaje się jakiś przyjaźniejszy. W SKM ciemno i buro. Po szybie leje się woda, pociągiem jadą tylko ci, którzy muszą.

W Gdańsku Głównym wita mnie zapach brudnej, nieumytej toalety. W tunelu praktycznie cała podłoga jest pokryta wodą. We wszystkie strony chodzą tłumy ludzi, rozdawane są ulotki kredytów-chwilówek, pechowi turyści zastanawiają się, co da się zobaczyć w takiej pogodzie, maturzyści przytulają się i żegnają przed wejściem na przystanek tramwajowy.

Ja tymczasem znajduję to, po co przybyłem do tunelu dworcowego. Wiecie, że wśród tych wszystkich bud i obskurnych stoisk w przejściu podziemnym jest jedno, na którym można kupić duże lizaki? Konsultuję się telefonicznie i wybieram taki, na jaki dostałem zlecenie.  Misja wykonana, można wracać na PG.

Gdańsk w deszczu jest piękny.

Reklamy