Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Category Archives: Podróże

Białoruś 2016

Lubię czasem pojechać w jakieś niestandardowe miejsce. Tak się złożyło, że parę miesięcy temu dowiedziałem się, że Zemfira rusza na trasę koncertową. Oczywiście koncert w Polsce był poza zasięgiem, ale do wyboru miałem Kaliningrad, Wilno i Mińsk. Pierwszym wyborem był Kaliningrad, jednak tam okazało się, że korzystając z polskiej karty, system sprzedaży biletów odrzuca każdą płatność. W Wilnie już byłem, więc stanęło na Mińsku. Po drodze odwiedziłem jeszcze Brześć (bardzo ciekawa twierdza), a w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Siedlce.

W zasadzie zdziwiłem się tym, jak normalnie tam było w porównaniu z tym, czego się spodziewałem na bazie doniesień medialnych i procesu uzyskania wiz (od razu wspomnę, że jest on wykonalny samemu, pod warunkiem że ma się trochę czasu, cierpliwości i mieszka się w pobliżu Gdańska, Warszawy, Białegostoku lub Białej Podlaskiej). Gdyby nie te wizy, zapewne już zastanawiałbym się, kiedy wrócić na city break – zwłaszcza, że ceny transportu i jedzenia na miejscu z naszej perspektywy są bardzo niskie.

Białoruś 2016 – album ze zdjęciami

Reklamy

Droga do Tyraspola (Mołdawia i Naddniestrze, #4)

Oczywiście tempo pisania mam jak zwykle niezłe. BTW, pisaniem tego prokrastynuję pisanie pracy magisterskiej. Nie dodawałem bezpośrednich linków do obrazków, ale w większości przypadków, gdy kliknie się na „otwórz obraz w nowym oknie”, dostępna jest większa wersja.

Obawiałem się trochę, że na pociąg o 7:30 możemy się spóźnić. W końcu pora wczesna, według czasu polskiego to była nawet 6:30. Obawy były jednak zupełnie niepotrzebne – stres zrobił swoje i najpierw do 1:30 nie mogłem zasnąć (choć miały na to wpływ też dźwięki dobiegające z przestrzeni wspólnej hostelu – dyżurujący pracownik puszczał jakąś folkowo-dubstepową muzykę, w której najbardziej przebijał się flet), a potem, już koło 5 rano, wybudziły mnie rozmowy. Gdy uznałem, że już nie zasnę, ożywiłem się herbatą i sam wyszedłem przed drzwi wejściowe hostelu.

Spotkałem tam Scotta. Scott jest Amerykaninem z Kalifornii, który po studiach przyjechał na dwuletni wolontariat w Korpusie Pokoju. Wolontariusze z USA zajmują się tu głównie edukacją – uczeniem języka, ochrony zdrowia, pomocą w rozwoju lokalnych społeczności i małych przedsiębiorstw. Razem z paroma innymi Amerykanami, przyjechali do Kiszyniowa z północnej Mołdawii, aby świętować dotarcie do połowy ich wolontariatu. Co ciekawe, był względnie zorientowany w historii Polski, bo jakimś cudem na ten temat nam dyskusja o 5:30 rano zeszła.

Ruszyliśmy coś koło 6:30. Po drodze znaleźliśmy otwarty sklep, w którym kupiliśmy sobie po placku z ziemniakami w środku (w tym wypadku był to wypiek przypominający bardzo bałkański burek), po czym, klucząc dość mocno pomiędzy domkami, do których nie prowadziła utwardzona droga, dotarliśmy na dworzec. W mieście wisiało sporo plakatów wyborczych. Kampanię dobrze opisuje blog republica air moldova, jest tam i Zinaida, którą i ja na plakacie złapałem.

Zinaida Greceani

Pomimo, że do odjazdu było jeszcze 45 minut, pociąg już stał na peronie. Zrobiliśmy sobie jednak najpierw małą przechadzkę po peronach. Idąc wzdłuż peronu pierwszego, w odległości kilkuset metrów dociera się na dworzec podmiejski, z którego jeżdzą lokalne pociągi. Podział jest swoją drogą zupełnie niepotrzebny – jeden dworzec spokojnie poradziłby sobie z całym ruchem. Koło budynku dworca rozstawił się też, chyba sezonowy, stragan z wszelkiego typu produktami chińskimi.

Peron 1 dworca w Kiszyniowie

Jak się okazało, przypadły nam miejsca w wagonie „barowym”. Aby wejść na pokład, musieliśmy na wejściu pokazać nasz bilet konduktorowi (dla każdego wagonu był osobny konduktor). Po jakimś czasie od startu sprawdził raz jeszcze bilety, zabierając je i oddając je dopiero, gdy zbliżaliśmy się do stacji docelowej (nie były to już jednak te same egzemplarze – trafił nam się nawet jeden do innej stacji końcowej ;))

Fotele w wagonie były ustawione w nietypowym dla mnie układzie 2 miejsca po jednej stronie, 3 po drugiej. Zapewne to przez większy rozstaw torów. Wagon był wypełniony w mniej więcej 30% – w większości jechali lokalni mieszkańcy, poza nami obcokrajowcami był jeszcze jeden starszy mężczyzna, który większość drogi przespał, a także grupka nastoletnich Ukraińców. Oni też byli najbardziej zachęcani przez prowadzącego sprzedaż przekąsek i napojów, żeby wypić sto gramów. Przez większość trasy w wagonie panowała dość kinowa atmosfera.

Droga prowadziła przez głównie rolnicze tereny, więc po drodze najbardziej napatrzeć mogliśmy się na kozy, krowy i okazyjną strzechę. Widać jednak, że prowincja jest dużo biedniejsza od stolicy.

Po drodze pociąg zatrzymał się jedynie na paru stacjach. Gdy jednak stawał, to na dłużej. Zwłaszcza parę razy – na stacji przed Benderami, potem na stacji Bendery-2, potem na stacji Bendery-2 kontrolowanej przez Naddniestrze. Na pierwszej z wymienionych było też coś w rodzaju mołdawskiej kontroli granicznej – na pokład wszedł policjant i przeszedł się po wagonie. Czuć było lekkie napięcie.

Ciekawe było też, że na samym wjeździe na teren kontrolowany przez Naddniestrze za drzewem chowali się ubrani w stroje moro pracownicy kolei mołdawskich. O ile sam strój jest typowy dla pracowników torowych CFM, to zastanawiało mnie, czemu chowają się za drzewem i co robią tak daleko wzdłuż linii. Jak się okazuje, obsługę techniczną linii nadal prowadzi CFM.

Wjechaliśmy w końcu na teren Naddniestrza. W trakcie postoju w Benderach obserwowaliśmy, co dzieje się na zewnątrz. Milicjant w szerokiej czapce tłumaczył coś wysiadającej kobiecie, parę osób przechadzało się po peronie, wokół stacji było zwyczajne blokowisko i silosy czegoś, co na wikimapii jest opisywane jako kombinat chlebproduktów. Właściwie nic nie sugerowałoby, że jesteśmy w nieuznawanym państwie, które ma tak złe opinie w Sieci. Stwierdziłem więc, że jest na tyle spokojnie, że mogę zrobić zdjęcie telefonem.

Ups, zapomniałem wyciszyć telefon. No więc pół wagonu usłyszało, że robione jest zdjęcie. Z końca wagonu wstał człowiek, którego opisałbym jako typowego bałkańskiego podstarzałego macho – biała, rozpięta do połowy koszula, odpowiedni brzuszek, opalenizna, owłosienie, wszystko pasowało. Przeszedł się po wagonie, rozglądając się w każdą stronę, dobrze przyglądając się i nam, ale zagadał tylko do Ukraińców, mówiąc jednemu z nich, że fajny ma telefon. Po chwili wrócił na swoje miejsce na końcu wagonu i już do samego Tyraspola siedział odwrócony w stronę pozostałych foteli, rozglądając się.

Parę minut później pociąg ruszył. Po drodze mijaliśmy twierdzę w Benderach, przejeżdżaliśmy też mostem nad Dniestrem, a następnie trasa prowadziła wzdłuż drogi Tyraspol – Bendery. Mijane samochody często były jakby gorsze niż to, co widzieliśmy w Kiszyniowie. Spokojnie można było trafić na auta z okresu Związku Radzieckiego – trzeba jednak przyznać, że bardzo zadbane.

Przed samym Tyraspolem mija się kompleks klubu sportowego Sheriff. Mogliście słyszeć tę nazwę – Sheriff Tyraspol regularnie uczestniczy w europejskich pucharach. W skład kompleksu wchodzi: 10 pełnowymiarowych boisk piłkarskich, w tym jedno w hali, stacja benzynowa „Sheriff”, supermarket „Sheriff” (jest to najczęściej spotykana w kraju sieć supermarketów) i hotel „Sheriff”. Trzeba przyznać, że robi wrażenie.

W Tyraspolu wysiadło całkiem sporo osób. Na peronie stało paru milicjantów, i choć mój rosyjski jest bardzo słaby, to miałem wrażenie, że z głośników słyszę, dwukrotnie powtórzone:

– Pasażerów z Polski prosimy o wejście do budynku stacji i udanie się do służby migracyjnej.

Zastanawialiśmy się później, czy to możliwe. W końcu nikomu nie mówiliśmy po drodze, że jesteśmy z Polski. Krzysiek jednak miał na sobie koszulę z logo AleBrowaru, na którym bardzo wyraźnie napisane jest Hop Heads of Poland, a po wagonie przechadzał się ktoś, co do kogo nie byliśmy pewni, czy nie jest przypadkiem pracownikiem jakichś naddniestrzańskich służb. Niewykluczone jednak, że to wszystko nam się wydawało ze względu na legendy, jakie o Naddniestrzu krążą.

W holu stał wielki telewizor, na którym puszczany był pierwszy program telewizji rosyjskiej. W trakcie naszego pobytu na stacji akurat była to długa przemowa jakiegoś popa. Po drugiej stronie powieszony był rozkład jazdy pociągów, na którym zdecydowana większość pociągów była zawieszona ze względu na problemy finansowe.

Do okienka migracyjnej służby stała już spora kolejka. Udało się jednak dość szybko dostać karty migracyjne i je wypełnić. Karty mają opis po rosyjsku i po angielsku, więc z tym nie było żadnego problemu. W związku z tym, że byliśmy na terenie Naddniestrza mniej niż 10 godzin, celniczka powiedziała nam, by na kartach zaznaczyć tranzyt. Poprosiła też o przeczytanie na głos imienia, nazwiska i podanie otczestwa, które obok zapisu w łacince dopisała sobie obok cyrylicą. Do innych ludzi z kolejki faktycznie zwracali się otczestwem, więc gdyby coś ode mnie chcieli, byłbym Mateuszem Mirosławowiczem ;) Jedną część karty migracyjnej zabrano od razu na miejscu, drugą miałem mieć przy sobie i oddać na przejściu granicznym przy wyjeździe.

Cała procedura poszła jednak dość szybko. Dostaliśmy potrzebny stempel na karcie migracyjnej i od tego momentu byliśmy oficjalnie na terytorium Naddniestrza.

Jak dotrzeć do Naddniestrza? (Mołdawia i Naddniestrze, #3)

Alkohol zostawię na innego posta, bo ten zajął mi odrobinę za dużo czasu.

Jednym z głównych celów wyjazdu było zajrzenie do Naddniestrza. To nieuznawane przez żadnego członka ONZ państwo ostatnio sporo pojawia się w polskich mediach, w zasadzie tylko jako potencjalny punkt zapalny na linii Ukraina – Rosja. Na terenie PMR znajdują się siły pokojowe, złożone z przedstawicieli Mołdawii, Naddniestrza, Rosji i Ukrainy. Poza nimi w Tyraspolu i okolicach stacjonuje jeszcze 14. armia rosyjska, która uczestniczyła w walkach w 1992 r. – te oddziały są tam wbrew woli Mołdawii. Po zakazie tranzytu przez Ukrainę jedyną dostępną drogą do Naddniestrza dla rosyjskich żołnierzy jest przylot rejsowym samolotem do Mołdawii, a następnie przejazd z Kiszyniowa do Bender albo Tyraspola z użyciem któregoś z opisanych niżej środków transportu. O ile Mołdawia nie ma problemu z członkami sił pokojowych, to niezbyt akceptowani są przez nich żołnierze do nich nieprzynależący – czego efektem jest czasem deportacja.

Co ciekawe, w Kiszyniowie można spotkać sporo samochodów z naddniestrzańskimi tablicami. Ot, przykład. I tak, bardzo często były to Lexusy albo Range Rovery. Zaskoczyło mnie to, jak mało w Kiszyniowie było starych, zdezelowanych aut.

Gdy chcemy pojechać do Naddniestrza, mamy do wyboru dwa środki transportu: busy i kolej. Warto jeszcze ustalić, gdzie chcemy dojechać – czy tylko za samą granicę, czy chcemy zobaczyć też stolicę. Oba kierunki się nie wykluczają – Bendery i Tyraspol leżą tylko paręnaście kilometrów od siebie i mają naprawdę przyzwoitą komunikację publiczną.

Busy ruszają z centralnego dworca autobusowego, który mieści się obok głównego rynku. Od 6:30 do 19 kursy do Tyraspola są praktycznie co 15-20 minut, skrócone kursy do Bender co 20-50 minut. Cały rozkład można zobaczyć tutaj, bilet do Bender kosztuje 31 lei (6,20 zł), a do Tyraspola 37 lei (7,40 zł). W drugą stronę jest drożej – dokładnych cen niestety nie pamiętam, ale za bilet z Bender do Kiszyniowa zapłaciliśmy bodajże 34 ruble naddniestrzańskie (~11 zł). Przejazd trwa około 1h-1h30, zależnie od kolejki na granicy i ruchu. Tabor jest zależny od kursu – od autokarów rejsowych po typowo marszrutkowe busiki. Kontrola graniczna odbywa się na wjeździe do Bender. Rozkład busów z dworca w Benderach.

W przypadku pociągów jest w zasadzie jedna dobra opcja: pociąg o 7:34 z Kiszyniowa do Odessy (przed wyjazdem sprawdź aktualny rozkład). Pociąg po drodze zatrzymuje się w dwóch miejscowościach po mołdawskiej stronie, następnie w kontrolowanej przez Mołdawię części stacji Bendery-2 (dokładniejszy opis za chwilę), w kontrolowanej przez Naddniestrze części stacji Bendery-2, a o 9:40 w Tyraspolu. Bilet kosztuje tylko 14 lei (~2,80 zł). Natychmiast po przyjeździe do Tyraspola należy zarejestrować swój pobyt w okienku służby granicznej w hali dworca.

Bilety można kupić w budynku centralnego dworca kolejowego (przystanek trolejbusowy Gara Feroviara) – należy podejść do kas dla połączeń krajowych, bo z perspektywy Mołdawii przejazd do Tyraspola to przejazd wewnątrz kraju. Co najmniej jedna kasa jest czynna całodobowo. W budynku można też znaleźć bankomat, kawiarnię z piwem, makietę kolejową, akwarium, pokoje, w których można za opłatą przenocować, automat do doładowań Orange…

Pociąg do Odessy odjeżdża z głównego dworca. Część pociągów (oznaczonych w rozkładzie jako „trenurile suburbane”) odjeżdża z dworca podmiejskiego, który znajduje się kilkaset metrów na północ, da się jednak do niego przejść bezpośrednio z głównego kompleksu. Odjeżdżają stamtąd też dwa pociągi dziennie do stacji Bender-2, końcowa stacja tych pociągów jest kontrolowana przez Mołdawię i koleje mołdawskie, ale otoczona jest ze wszystkich stron przez tereny, nad którymi bezpośrednią kontrolę sprawuje Naddniestrze. Jeżdżą tam spalinowe składy Ganz D1 z drewnianymi siedzeniami – zdjęcie ze stacji Bender-2 węgierskiego blogera. Dosłownie 300 metrów dalej na południe mieści się „właściwa” stacja Bender-2, która jednak jest już kontrolowana przez Naddniestrze. Z tego co czytaliśmy w Sieci, nikt nie był pewien, czy pociągami podmiejskimi obcokrajowiec może legalnie wjechać do Naddniestrza. Nawet odpowiedź MSZ Naddniestrza na pytanie w tej sprawie niewiele rozjaśniła, więc na wszelki wypadek polecam sprawdzoną trasę do Tyraspola :)

Jeśli ciekawi Was jakiś konkretny temat odnośnie Mołdawii i Naddniestrza, piszcie albo tu w komentarzach, albo do mnie prywatnie. Jeśli będę cokolwiek wiedział, postaram się o tym napisać.

Kiszyniowski transport i pocztówki (Mołdawia i Naddniestrze, #2)

Gdy już wylądujemy w Kiszyniowie, pojawia się problem, jak dostać się do miasta. Przydatne w tym może być zdobycie lokalnej waluty. Na lotnisku mamy do wyboru kilka bankomatów i kantorów, które wymieniają euro, dolary, franki szwajcarskie i rosyjskie ruble. Orientacyjny kurs w momencie naszego wyjazdu wynosił około 5 lei za jedną złotówkę.

Z lotniska do miasta mamy do wyboru 3 opcje:
– Taksówki – cena przejazdu to około 80-120 lei (16-24 zł). Nie korzystaliśmy.
– Autobus linii A – tu istnieje nawet coś takiego, jak rozkład, z którego można wywnioskować, ze autobus jest średnio co godzinę i przejazd do centrum miasta zajmuje około 40 minut. Bilet kosztuje 3 lei (~60 gr). Autobus przejeżdża główną ulicą przez całe centrum miasta i próbowaliśmy go użyć w drodze powrotnej. Niestety, w centrum miasta akurat trwały demonstracje i dwa kursy z rzędu nie przyjechały.
– Marszrutka linii 165 – ich parking jest po prawej stronie po wyjściu z terminala. Jeżdżą co 10 minut i, jak to marszrutki, zatrzymują się w zasadzie w dowolnym miejscu po drodze. Bilet też kosztuje 3 lei, a po drodze przejeżdża się między innymi obok stadionu Zimbru Chisinau i dworca kolejowego. Busy dojeżdżają do ulicy (str.) Ismail po tej trasie.

Po drodze minęliśmy Tu-134 należącego kiedyś do Air Moldova.

Tu-134

Około 40 minut jazdy w zatłoczonym, solidnie nagrzanym Mercedesie Sprinterze i dotarliśmy na przystanek końcowy. Jako, że rozkłady są rzadkością i nie są zbyt szczegółowo przestrzegane, chyba najlepszym sposobem na opanowanie lokalnej komunikacji miejskiej jest Easyway – odpowiednik naszego jakdojadę dla kilku krajów Europy Wschodniej. Posiada aplikację na Androida i iPhone, ceny przejazdów, właściwie wszystko, czego potrzeba. Dopóki jednak kręcimy się w miarę w centrum, komunikacja miejska nie jest zbytnio potrzebna – całą ulicę Stefana cel Mare da się spokojnie przejść w godzinę. Polecam jednak przejażdżkę trolejbusem – bilet kosztuje jedyne 2 lei (~40 gr). Co ciekawe, w większości trolejbusów są głosowe zapowiedzi przystanków. Kierowca ma też do dyspozycji mikrofon, którego często używa, by informować, że jedzie np. na skróconej trasie. Tabor jest różnorodny – od starych ZiU po całkiem nowe maszyny.

Trolejbus linii 4 w Kiszyniowie

Z przystanku poszliśmy zrzucić bagaże w naszym hostelu – Funky Mamaliga Hostel. Za noc w pokoju wieloosobowym zapłaciliśmy około 33 zł za osobę, rezerwując przez hostelbookers.com. W cenie pokoju jest „śniadanie” składające się z bochenka chleba położonego w kuchni, marmolady i masła, a także dostęp do WiFi. Hostel mieści się na ulicy Mihail Kogalniceanu 16, w miarę blisko głównej ulicy. Jest czysta pościel, łazienka, kuchnia, więc w zasadzie wszystko, czego potrzeba. Aby korzystać z zamykanej na kluczyk szafki, trzeba zostawić depozyt 50 lei.

Patio hostelu

Ogródek hostelu

Pocztówki i znaczki można kupić na centralnej poczcie, która mieści się przy ulicy Ștefan cel Mare și Sfînt 134. Sam urząd jest czynny codziennie od 7 do 19, ale część filatelistyczna w soboty zamyka się o 16, a w niedzielę jest w ogóle nieczynna, a tam jest największy wybór pocztówek. Znaczek priorytetowy do Polski kosztuje 11 lei (~2,20 zł), a ekonomiczny 9,50 lei (~1,90 zł). List wysłany w piątek priorytetowym we wtorek już był w Gdańsku, na ekonomiczne nadal czekam.

Budynek centralnej poczty

Przy wejściu do poczty jest też mały salon Orange, ale gdy zapytałem o język angielski, sprzedawca przekierował mnie do większego salonu, znajdującego się może z 50 metrów na lewo od wejścia do poczty. Działa tam system numerków, jak w naszych salonach. Po odczekaniu około 40 minut dogadałem się bez problemu ze sprzedawczynią i wyszedłem z mołdawską pre-paidową kartą sim.

Starter kosztował mnie 30 lei (6 zł) i na koncie od razu było 30 lei. Aby aktywować numer, musiałem zadzwonić na jakikolwiek inny numer. Wtedy miałem możliwość wyboru języka – dostępny był też angielski i wybór ten oznaczał, że wszystkie komunikaty odtąd dostawałem po angielsku. Doładować konto można choćby w automatach, które są w bardzo wielu punktach stolicy. Rozmowa do Polski kosztuje 4,50 lei za minutę (~90 gr). W ofercie są też pakiety 500 MB internetu ważne na 24 godziny, które kosztują 10 lei (2 zł). Są też do wyboru pakiety trzydziestodniowe. Na lokalne numery komórkowe dzwoni się, dodając 0 przed numerem.

Przydatne kody:
*133# – sprawdzenie stanu konta
*100*32# – aktywowanie pakietu internetowego.

W kolejnej części opiszę lokalne piwa i sposoby na dotarcie do Naddniestrza.

Skoczmy do Mołdawii, bo czemu nie (Mołdawia i Naddniestrze, #1)

Od jakiegoś czasu męczył mnie taki drań, co to się travel bug nazywa. Łaził za mną i podszeptywał.

– No pojedź gdzieś, pojedź.

Wredna z niego bestia, to i w końcu mu uległem. Gdy zobaczyłem, że LOT w Szalonej Środzie oferował kilka wschodnioeuropejsko-bałkańskich kierunków, w tym Mołdawię za 399 zł w obie strony, puściłem SMS do znajomego, który natychmiast zapalił się do pomysłu. Jeden spontaniczny zakup później zostałem posiadaczem biletów na dni 5 i 7 czerwca na trasie Warszawa – Kiszyniów. Do zestawu były jeszcze potrzebne bilety na Pendolino. Bardzo przydatne jest przypomnienie na 30 dni przed odjazdem, by kupić bilety – to najwcześniej, jak da się je dorwać, a wtedy bilet studencki kosztuje 24 zł. W Warszawie byliśmy o 8:30, co jest wystarczającym zapasem jeśli chodzi o transfer i odprawę na Okęciu.

Warszawa z okna pociągu

Z Dworca Centralnego są dwa dobre sposoby na dostanie się na lotnisko:

  • Pociąg – na lotnisko jeżdżą pociągi SKM i Kolei Mazowieckich, w obu honorowane są bilety warszawskiego ZTM (z tym że w KM trzeba pójść do kierownika pociągu, by „skasował” bilet). Podróż trwa około 20-25 minut, więc potrzebny jest bilet jednorazowy przesiadkowy ważny 75 minut – 4,40 normalny, 2,20 ulgowy. Niektóre pociągi jadą z Centralnego, inne ze Śródmieścia (połączony z Centralnym, ale ok. 10 minut piechotą)
  • Autobus 175 odjeżdża sprzed Dworca Centralnego. Bez korków droga trwa 22 minuty. Cena ta sama co w przypadku pociągu, bilety też.

My wybraliśmy pociąg i wysiedliśmy na podziemnym peronie, z którego bezpośredni korytarz prowadzi do terminalu. Zaraz przy wyjściu z korytarza są od niedawna dwa McDonaldy z całkowicie normalnymi cenami. Odprawy na Okęciu są piętro wyżej i w przypadku LOT-u najpierw podchodzi się do któregoś z kiosków samodzielnej odprawy, by wydrukować sobie papierek pełniący funkcję karty pokładowej, a następnie do stanowiska odprawy, by tam zostawić bagaż.

Samoloty LOT i szwajcarskich linii lotniczych stoją przy bramkach po prawej stronie terminala.

Razem z otwarciem świeżo wyremontowanej części terminala lotniskowego, otwarto też taras widokowy. Wejście do niego jest spoza budynku, z lewej strony. Zdecydowanie nie polecam schodów w ciepłe dni, chyba że ktoś lubi spacer cztery piętra w dół w bardzo słabo wentylowanej klatce schodowej bez klimatyzacji. Sam taras jest bezpłatny i przyjemny.

Taras widokowy

Samolot Small Planet Airlines

Kontrola bezpieczeństwa jest prowadzona w dość standardowy sposób, choć załapałem się chyba pierwszy raz na przegląd absolutnie całej zawartości plecaka. Jako że lecimy poza strefę Schengen, po niej jeszcze kontrola paszportowa i można już czekać na samolot.

Strefa oczekiwania na samolot dla lotów non-Schengen

Na trasie do Kiszyniowa latają Bombardiery DHC-8-400, które są samolotami turbośmigłowymi i mieszczą na pokładzie 78 pasażerów. Do niedawna te samoloty należały do EuroLOT, teraz zostały przejęte przez spółkę-matkę (podobnie jak samo połączenie do Kiszyniowa). Zapewne wpływ na to mógł mieć trwający długi weekend, ale na pokładzie do Mołdawii leciało tylko ok. 30 osób.

Bombardier Dash 8 Q400, SP-EQC

W samym przelocie wyróżniało się tylko parę rzeczy. Jedno to oczywiście darmowy poczęstunek, którego na pokładzie tanich linii się nie uświadczy ;)

Poczęstunek - szklanka wody i Prince Polo

Kolejna kwestia – przy podchodzeniu do lądowania nieźle trzęsło. Swój wpływ na to oczywiście miał wiatr, ale myślę, że i rozmiar samolotu, porównując z A320 czy B737. Do tego samoloty turbośmigłowe to dużo wyższy poziom hałasu – na tyle, że części komunikatów załogi po prostu nie dało się zrozumieć.

Pas lotniska w Kiszyniowie

Mniej więcej w rozkładowym czasie wylądowaliśmy w Kiszyniowie. Budynek terminala jest właśnie rozbudowywany, więc nie cała powierzchnia jest dostępna. Autobus, który podjechał po nas do samolotu bardzo przypominał tczewskie pojazdy Meteora.

Terminal lotniska w Kiszyniowie

W autobusie lotniskowym

Jednej rzeczy na miejscu nie ogarnęliśmy – zaraz po wyjściu z samolotu część osób podchodziła do obsługi naziemnej, by odebrać od nich bagaż, który jak się okazało, był bagażem podręcznym włożonym do luku. Przez to na moment opóźniliśmy autobus lotniskowy, bo myśleliśmy, że też musimy odebrać nasz w ten sposób. Okazało się jednak, że bagaż rejestrowany powędrował w normalny sposób do terminala.

Jeszcze tylko kontrola paszportowa, dokonana przez niespecjalnie uśmiechniętą celniczkę i odtąd mogę mówić, że byłem w trzynastu krajach. A może już czternastu? Odnośnie tego można dyskutować, ale o tym w następnych częściach.

Tymczasem jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia, które jak japoński turysta strzelałem wszystkiemu, co było poniżej mnie i wyglądało jak rzeka, miasto lub przejście graniczne podczas lotu, polecam album na Imgurze. Tam też zapraszam tych, którym nie chce się czekać na kolejną część :)

Urwane sceny z pociągu

Koleś w koszulce z napisem „ten diabełek jest już zajęty”, który nie może ustać 3 sekund w jednym miejscu. Dwie dziewczyny, dyskutujące o rekolekcjach, znajomych księżach i wpływie Boga na ich życie. Dziecko, oglądające bajki na tablecie, gdy jego mama gra w pasjansa na laptopie. Jezioro na podłodze pokładowej łazienki.

I książka, która ruszyła.

image

Dwa tygodnie

Jak zauważyłem, bardzo szybko się przyzwyczajam. A było do czego.

Całe mieszkanie zdaje się być z innej epoki. Niektóre meble są chyba z okresu międzywojennego, a na półce leży „Ogniem i mieczem” z 1939 r., wydane przez Zakład Narodowy imienia Ossolińskich we Lwowie. Nie mam też nieograniczonego dostępu do internetu – do czasu, aż doczekam się karty z Aero2, na zmianę korzystamy z jednego modemu 3G od Play. Prędkość takiego łącza mi nie przeszkadza, bo niewiele różni się od tego, co miałem w domu, ale limity transferu są, więc nie ma mowy o słuchaniu muzyki ze Spotify. Spędzam 40 godzin tygodniowo w pracy, ale dojazd w obie strony już nie zajmuje mi ponad 3 godzin, a jedynie 45 minut. Na początku nie było paru tak oczywistych rzeczy jak choćby kosz na śmieci, nadal też nie mamy żadnej patelni. Gazowy piekarnik zapalany zapałką ostatnio widziałem jakieś 10 lat temu. Telewizji jakoś specjalnie chętnie dotąd nie oglądałem i nadal tak jest, ale teraz wybór mam tylko pomiędzy kanałami naziemnej telewizji cyfrowej, a i one nie cały czas działają idealnie, bo antenka pokojowa nie jest najlepiej działającym urządzeniem.

Wiele rzeczy jest więc zupełnie innych. Zacząłem jednak więcej czytać, co bardzo mi się podoba. Obawiałem się, że bez możliwości czytania w pociągach po drodze na uczelnię moje czytelnictwo kompletnie zaniknie. Próbuję też nowych rzeczy i na nowe sposoby odkrywam stare, na przykład znam już dwa lokale, które serwują świetne Ćevapcici. Jestem też oczarowany wyborem piw w marketach w pobliżu. Jeśli chodzi o domowe obowiązki, choć nie zawsze się chce, czuję, że nie mam z nimi żadnego problemu. Już po paru dniach czułem się tu całkowicie naturalnie.

Tym, co najbardziej oczarowuje mnie w Warszawie, jest olbrzymi wybór. Gdy chcemy zamowić coś do domu, na samym Pizzaportalu mamy około trzydziestu lokali, dostarczających jedzenie do naszego mieszkania. Awaria tramwaju na Służewcu, gdy musiałem dojechać do Śródmieścia? Mogłem wsiąść w autobus, podjechać do stacji metra i dalej pojechać metrem albo cofnąć się do przystanku SKM i wsiąść w pociąg, jadący prosto na Dworzec Centralny, wszystko w ramach mojej karty miejskiej, na którą zresztą też mogłem zakodować kartę biblioteczną do wszystkich bibliotek Mokotowa. Kino? Żaden problem, w promieniu 20 minut komunikacją miejską mam 3 kina sieciowe i kino Iluzjon. Zakupy spożywcze? Maksymalnie 7 minut piechotą (posortowane względem długości spaceru): ABC, kiosk z pieczywem i kanapkami, Lewiatan, budka z pysznymi warzywami i owocami, bliżej nieokreślony spożywczy, Mokpol, Groszek. W niemal każdym z nich ciekawe produkty charakterystyczne dla miejsca. Większe supermarkety też są i da się do nich dotrzeć w rozsądnym czasie.


Najbliżej do ABC.

Mieszkamy na Mokotowie, w dość leciwym wieżowcu. Plusami mieszkania z pewnością są cena (za dwupokojowe mieszkanie płacimy kwotę podobną do ceny wynajmu kawalerki w Trójmieście), świetna lokalizacja (5-6 minut zarówno do stacji metra, jak i przystanku tramwajowego na Służewiec/Śródmieście), cicha, zielona okolica. Większość minusów opisałem już parę akapitów wyżej, prócz nich jedyne, co rzuca się jeszcze w oczy to ciekawe rozwiązania instalacji zarówno hydraulicznej, jak i elektrycznej.

Swoje ścieżki w Warszawie tworzymy na kilka sposobów. Po pierwsze, odwiedzamy interesujące nas przybytki, tak trafiliśmy do biblioteki na Sadybie, CH Arkadia (bo o odpowiedniej porze był w kinie film, który nas interesował), CH Wola Park, gdzie z kolei chcieliśmy odwiedzić trzeci z czterech oddziałów Yogen Früz (a przy okazji odkryliśmy, że oferta Auchan najlepiej nam odpowiada ze wszystkich hipermarketów), czy Halę Mirowską (ciekawy bazar, na którym tanio dostałem kilka artykułów codziennego użytku, wracając z badania wstępnego do pracy). Przy okazji odkryliśmy też, że w Bageterie Boulevard, choć mieszanki smakowe są bardzo specyficzne, da się zjeść ciekawe rzeczy, takie jak na przykład Patatas. Przy okazji czasem natykamy się na stoiska, na których zbierane są podpisy do referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz.


Jeszcze Sopot i odwiedzimy wszystkie polskie oddziały Yogen Früz ;)

Po drugie, kolejną ciekawą dla mnie metodą poznawania miasta jest bieganie – gdy biegnę, odnajduję nowe miejsca, takie, które nawet i mogłem zobaczyć z pokładu tramwaju, ale o ich istnieniu nie zdawałem sobie sprawy. Dzięki bieganiu mam też wrażenie, że miasto łączy mi się w całość, bo na własnych nogach przemierzam kolejne jego odcinki. Podobnie jest ze spacerami.

Dwa tygodnie w Warszawie za mną. Dużo nowych wrażeń, ludzi i miejsc, ale jeszcze więcej przede mną. Jedno wiem na pewno – coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że lubię duże miasta.

Fell in love with a city

Ostatnie 5 tygodni było szalone. Było w nich miejsce na 3 wyjazdy, z których żaden nie trwał dłużej niż dwie doby, a razem dały jakieś 2100 kilometrów, rozmowa o pracę najpierw Kasi, potem moja, dziesiątki telefonów, maili, oglądanie setek ogłoszeń, oglądanie mieszkań, wyrabianie sobie karty miejskiej, podejmowanie wielu decyzji, opuszczanie egzaminu tylko po to, by zdać go kilka dni później, całą przedsesję i sesję, pewnie już dziesiątki godzin spędzone na ogarnianiu map Google, jakdojade.pl, wspólne zamawianie pizzy na Pizzaportalu, zmiany terminów, największe pakowanie w życiu…

Jaki jest efekt tego wszystkiego?

Jutro razem z Kasią wyruszamy do Warszawy, gdzie spędzimy najbliższe 3 miesiące. Oboje wskakujemy w zupełnie inny tryb życia, z pracą 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu, mieszkaniem w kilkadziesiąt razy większym mieście, zakupami między innymi w sieci, o której istnieniu jeszcze tydzień temu nie miałem pojęcia

Realizujemy jednak razem coś, o czym mówiliśmy już w poprzednie wakacje. Spróbujemy życia w mieście, które urzekło nas poprzedniego lata. Zobaczymy, jak żyje się na własny rachunek.

Warszawo, nadchodzimy.

Najdłuższe wolne

Politechnika Gdańska zrobiła nam w tym roku piękny prezent. Dni wokół weekendu majowego zostały tak ładnie poustawiane jako wakacyjne, że aż dziewięć kolejnych dni było kompletnie wolnych od zajęć. Osiem z nich wykorzystaliśmy z Kasią na wyprawę do Świnoujścia. Plan był prosty – znaleźć pokój jak najbliżej morza i niemieckiej granicy i wypoczywać, korzystając z dobrodziejstw obydwu.

No, ale najpierw trzeba było do tego Świnoujścia dojechać. Najpierw 6 godzin w TLK, gdzie wykorzystaliśmy nową, fajną ofertę, co to się „wcześniej” nazywa (10% zniżki na bilety kupione przez internet na minimum tydzień przed przejazdem), potem trochę ponad godzina z odrobinę podejrzanym towarzystwem w poczekalni dworca w Szczecinie. Dalej – dwie godziny w osobówce do Świnoujścia, prom na drugą stronę miasta, autobus miejski i już niemal byliśmy na miejscu.

Pierwsze wrażenie? Kurczę, ładne to Świnoujście! Pierwszy raz też byłem w mieście po polskiej stronie, w którym tak wyraźnie widać było szyldy obcojęzyczne. Miasto wyraźnie korzysta z ruchu transgranicznego. Tylko sposób, w jaki handel przygraniczny jest zorganizowany, nie wystawia nam najlepszej laurki.


Obraz z Google Street View

Meleksy, zaprzęgi konne, blaszane budy z „Billige Zigaretten”, filmami zarówno normalnymi, jak i porno, muzyka z Heimatmelodie, tanie wursty, piwo, frytki z przyczepy, ubrania z Chin, zabawki z Chin… Ale przede wszystkim papierosy. Mnóstwo papierosów. Estetyka wschodnioeuropejskiego albo azjatyckiego bazaru.

Lokalizację mieliśmy perfekcyjną. Do Niemiec – 10 minut piechotą, cichymi, spokojnymi uliczkami. Do plaży – też 10 minut piechotą przez las. A i las bardzo przyjemny.

Z plaży z kolei można było spoglądać w stronę Niemiec, gdzie w odległości kilku kilometrów znajdowało się niemieckie trójmiasto – Ahlbeck, Heringsdorf i Bansin, trzy obecnie dzielnice miejscowości, która nazywa się Seebad Heringsdorf. Plażą w jej kierunku i z niej chodziło wielu turystów, ale mało kto jeszcze decydował się plażować. Moim zdaniem to był idealny termin na odwiedzenie Świnoujścia.

Było na tyle ciepło, że i poczytać na plaży się dało.

Jak wygląda granica od strony plaży? Ano tak. Ten drewniany pomost pozwala rowerom podjechać niemal na samą plażę. Bo Świnoujście miastem bardzo przyjaznym rowerem jest.

Tylko ścieżka po stronie niemieckiej i po stronie polskiej się nieco różni. Tutaj widok ze strony niemieckiej.

Już paręset metrów po polskiej stronie granicy możemy dowiedzieć się, co jest najważniejsze.

Granicę bezproblemowo pokonuje się pieszo. Zaraz za granicą po lewej stronie baraki policji, po prawej stronie zajazd „Zur Grenze”, reklamujący się hasłem „Ostatni niemiecki zajazd przed Moskwą”. Trochę dalej po lewej stronie jeszcze parę bud z ubraniami, wurstami i pojawia się mały, niepozorny przystanek lokalnej kolei UBB, która jeździ aż do Świnoujścia. Nam jednak najczęściej bliżej było do stacji Ahlbeck Grenze. Pociągi były ładne, bilet do Ahlbeck, Heringsdorfu i Bansinu kosztuje 2 euro, bilety kupuje się w pociągu u konduktorki, która przechodzi przez cały pociąg. Podobno nie ma zasady, przez które drzwi powinno się wsiadać, dwukrotnie wsiadaliśmy z przodu i za każdym z tych razów pani konduktor nie zdążyła dojść do nas na odcinku Ahlbeck Grenze – Ahlbeck.

Samo Ahlbeck jest dość sennym przygranicznym miastem. Niby są sklepy, jakieś restauracje, jest też to, co najważniejsze – supermarkety z wyborem słodyczy – ale czuje się atmosferę kurortu. Ludziom wyraźnie nigdzie się nie spieszy. Były miejsca takie, jak centralny placyk, gdzie można było usiąść na ławce z widokiem na morze.

Na plaży dostrzegłem coś, co dawniej widziałem na wielu zdjęciach z plaż Trójmiasta sprzed II Wojny Światowej. Kabiny wypoczynkowe! Oczywiście, były płatne – 2 euro za wypożyczenie.

W chyba każdej z miejscowości jest też molo. Dużo węższe niż sopockie, ale bezpłatne. Na molo restauracja, podobnie na tym w Heringsdorfie.

Mieliśmy jeszcze jeden cel w naszych wypadach do Niemiec. Chcieliśmy koniecznie zjeść w Niemczech jakiś obiad. Czy da się w cenach zbliżonych do polskich? Otóż się da i jest to nawet jadalne.

Bratwurst i porcja frytek – 2,80 euro. Fleischer-Grill, mniej więcej tutaj. Lokal niewielki i w Polsce raczej bym się w takim zjeść nie odważył, jeden stolik siedzący, trzy stojące. Porcja jednak całkiem przyzwoita i zaskakująco smaczna, choć Currywurst (+70 centów) dużo lepszy.

Z czym wróciliśmy z Niemiec (tym razem kupując bilet, na dworcu w Ahlbeck jest kasa, w której można go bezproblemowo kupić przed wejściem do pociągu)? To tylko moja kupka zakupów. Wyszło przyzwoicie, 6 z 8 rzeczy co najmniej dobre, jedynie napój sojowy i piwo były fatalne. Mogłem się jednak spodziewać, wybierając najtańsze dostępne smakowe piwo.

W tym roku pogoda idealnie dopasowała się do weekendu majowego. Było słonecznie, było ciepło, na tyle ciepło, że aż chciało się pobiegać po plaży, co zresztą zrobiłem. Przy okazji, zaledwie po paru tygodniach biegania mogłem już powiedzieć, że biegałem w dwóch krajach, bo i na drugą stronę granicy przebiegłem :D Co ciekawe, na plaży jedyną oznaką, że przekracza się granicę, jest jeden szyld po niemiecku, informujący, kto od tego miejsca zarządza plażą.

Wykorzystaliśmy więc najdłuższe wolne tego roku akademickiego najlepiej, jak się dało. Wypoczywaliśmy, poznawaliśmy nowe miejsca i smaki, obejrzeliśmy też mnóstwo odcinków amerykańskiego Masterchefa ;) Ale w końcu i w tym wyjeździe przyszedł czas na powrót do domu. Kolejność środków transportu ta sama, tylko odwrócona ;) Ale i znowu można było popłynąć promem.

Potem w Szczecinie tramwaj do fast-foodowej jadłodajni, dzięki chwilowej zmianie rozkładów jazdy, która od zwykłego rozkładu różniła się tylko kolorem tła i jedną małą informacją, dałem się zmylić i pierwszy raz od dawna na moment się zgubiłem.

Chociaż, były i tego plusy. Zobaczyliśmy trochę więcej Szczecina, niż było w planie, natrafiając po drodze na coś takiego.

Niewykluczone, że było to najdłuższe wolne na długi czas. Najdłuższe wolne, ale nie najdłuższy wyjazd ;)

Wskazówki dla potomnych:

  • W Ahlbeck najtańsze smaczne słodycze są w Netto, w pobliżu stacji kolejowej. Od stacji idzie się do głównej drogi i na lewo. Z kolei największy ich wybór i największy wybór gazet jest w Sky Markt, hipermarkecie w prawo, patrząc od strony dworca.
  • W Świnoujściu jest pizzeria, z której warto zamawiać. Wyśmienite są u nich wszystkie dania z kurczakiem i nie tylko one. Na dodatek darmowy dowóz, czy da się lepiej? A nazywają się Pizzeria Cech.
  • Niektóre produkty spożywcze i sporo chemii jest tańsze po niemieckiej stronie. Jeśli ma się ze sobą auto, albo chociaż większy plecak, opłacalnym może być wypad do Ahlbeck na zakupy.
  • Jeśli ktoś obawia się dworcowego kebabu, w Szczecinie najbliższy sieciowy fast-food to KFC przy Bramie Portowej – 3 przystanki tramwajem z dworca.

Komórkowa zima

Tak tę zimę widzi mój telefon.