Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Monthly Archives: Październik 2010

To już miesiąc

Już od miesiąca jestem na studiach. Całkiem szybko minął czas, a tu jutro już pierwsze kolokwia. Jak rasowy student, zamiast uczyć się z matematyki i etyki, piszę jednak posta na bloga.

Złożyłem papiery tylko na jedną uczelnię (Politechnika Gdańska), będąc pewnym, że się dostanę (prawdopodobieństwo wynosiło 1, miałem indeks przynajmniej na fizykę techniczną / matematykę). Rzeczywiście, dostałem się bez problemu na pierwszy kierunek z listy – ba, byłem pierwszy na wstępnej liście dzięki osiągnięciu 100% z rozszerzonej fizyki, 96% z rozszerzonego angielskiego i 81% z podstawowego polskiego. W trakcie wakacji przyszedł do mnie list z Wydziału Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki Politechniki Gdańskiej, informujący o tym, że zostałem przyjęty na pierwszy semestr studiów stacjonarnych na kierunku informatyka.

Zajęcia zaczęły się już 27 września. O ile pierwszy dzień (2h wykładów z przedmiotów kierunkowych) był nawet przyjemny, tak drugi dzień zajęć mnie zaskoczył. 3 godziny wykładu z matematyki (podzielonej dla niepoznaki na matematykę elementarną i algebrę liniową), do tego godzina ćwiczeń z fizyki razem wystarczyły, bym poczuł się zmiażdżony. Matematyka była trudna, ale jeszcze zrozumiała. Dużo gorzej było z fizyką, gdzie po 10 minutach byłem w stanie już tylko przepisywać z tablicy kolejne obliczenia, których dokonywali równie zdezorientowani studenci. Doprowadziło to do tego, że już drugiego dnia studiów po zajęciach usiadłem do nauki. Muszę przyznać, sugerowano mi, że studia na Politechnice są trudne, przynajmniej na początku. Rzeczywiście tak jest – przynajmniej do momentu przezwyciężenia pierwszego szoku, ale żeby nie było – ostrzegałem! :D

Człowiek jednak szybko dostosowuje się do nowej sytuacji. Określenia, które wydawały się czarną magią, zaczynają nabierać sensu, a prowadzący nie tak straszliwi, jak wrażenie, które wywierali na samym początku (nawet, jeśli to legendy wydziału, wspominane w opowieściach przez studentów starszych lat). Byłoby znacznie łatwiej na samym początku, gdybym tylko znalazł przez wakacje dość ochoty, by na porządnie poczytać i poćwiczyć:

  • Wektory – dodawanie, iloczyn wektorowy i skalarny, wersory
  • Granice ciągu i funkcji
  • Pochodne – co prawda są wyjaśniane później na matematyce, ale na fizyce potrzebne są natychmiast
  • Całki – tutaj sam nadal niewiele umiem, ale pozostaję dobrej myśli ;]

Przydaje się też oczywiście przejrzeć i przećwiczyć to, co było na fizyce w liceum – głównie praktyczne podejście do liczenia zadań. Niektóre z nich nawet przypominają te licealne. Oczywiście sam w trakcie wakacji nie znalazłem dość motywacji, by uczyć się czegokolwiek, więc moim „rozwiązaniem” problemu nieznajomości powyższych było po prostu wypisanie sobie na kartce podstawowych wzorów i regularne uczenie się ich w pociągu po drodze na uczelnię.

Pora więc wspomnieć o plusach i minusach studiowania z mojej perspektywy.

Plusy:

  • Robię to, co lubię i na tym się skupiam – często zajęcia są po prostu ciekawe, choćby projekty, które mam wykonać na Podstawy Programowania – zrobiłem już konsolowego węża na Windowsa, zostały mi jeszcze linuksowy notatnik i klon gry Asteroids na dowolną platformę. Jedynym przedmiotem, który nie jest bezpośrednio związany z tym, co robię (fizyka jednak minimalne powiązania ma) jest Humanistyka dla inżynierów – blok przedmiotów humanistycznych, który musi po prostu być na uczelni technicznej. U nas jest prowadzony w formie wykładów z kolejno etyki, filozofii, prawa, ergonomii, psychologii i… gramatyki i ortografii.
  • Ciekawi, otwarci ludzie – idąc na informatykę, nie znałem praktycznie nikogo, obecnie poznałem wiele nowych, interesujących osób. Przy okazji także kilka osób, które określiłbym mianem geniuszów. Niemalże nie ma też stereotypowych informatyków ;) To jednak miłe uczucie, gdy na nudnym wykładzie widzi się, że ktoś właśnie wchodzi na swoim laptopie na Wykop, albo czyta Pratchetta.
  • Większe perspektywy – widząc na korytarzu ogłoszenia pracy w np. Intelu, czy kolejne warsztaty i konferencje, organizowane na wydziale czuje się, że są szanse na dobrą, interesującą pracę. Podobnie jest z realizowaniem pasji – mnóstwo kół naukowych, na które jednak na razie nie mam specjalnie czasu (to z kolei wiąże się z dojazdami i nie do końca idealnie pod koła ułożonym planem – kończę po prostu zbyt wcześnie…). Pozytywne jest też to, że studiuję we względnie dużym mieście – jest dostęp zarówno do gazety Metro, jak i życia kulturalnego. Zawsze mogę też pójść poczytać książkę w Empiku.
  • Zapewne niesamowite są też imprezy, ale jakoś nie mam czasu, ni ochoty chodzić. Można uznać, że obudził się we mnie głęboko skrywany kujon ;)
  • Całkiem przydatną rzeczą jest też samopomoc studencka – różne ciekawe materiały między nami krążą, często potrafią być bardzo przydatne w zrozumieniu jakiegoś zagadnienia ;)
  • W pociągu zawsze mam czas na poczytanie jakiejś książki.
  • WiFi i dostęp do gniazdek elektrycznych na uczelni. Bardzo przydatna rzecz, jeśli ktoś wozi ze sobą laptopa. Mój jest na to nieco za ciężki, pomyślę kiedyś o netbooku.

Są też oczywiście minusy.

  • Chyba największym z nich jest to, że dojeżdżam. Łącznie z oczekiwaniem na dworcu i dotarciem na niego, dojazd w jedną stronę zajmuje mi średnio godzinę i 45 minut. Zdziwiło mnie, że zajmuje mi to aż tyle czasu (spodziewałem się około 1h20), ale cóż – tak jest i trzeba się z tym pogodzić. Ewentualnie, można szukać pokoju w Trójmieście, ale jak na razie radzę sobie, dojeżdżając. Na szczęście nie mam wielu okienek, co ułatwia sprawę. Trzeba jednak przyznać, że gdy przerwa jest krótsza niż 5 godzin, nie opłaca mi się wracać do domu. Tak samo – gdy zaczynam zajęcia o 8:15, wstaję o 5:30. Dopiero ciekawie będzie, gdy w przyszłym semestrze będę miał jakieś zajęcia na 7:15…
  • Kolejnym z nich może być to, co jest też na swój sposób urokiem studiów – nie uczy się nas, lecz wymaga. To, jak ktoś sobie z tym poradzi, zależy już od nastawienia. Oczywiście za minus można też uznać różnicę w programie liceum, a tym, czego wymaga się na Politechnice. To jednak standard w większości uczelni technicznych w kraju.
  • Kolejki do dziekanatu, chociaż i na to znalazłem już sposób. Jeśli jest potrzeba, idę w trakcie zajęć pozostałych roczników.

Niektórzy twierdzą, że na ETI nie ma dziewczyn. Nieprawda, na moim kierunku jest ich całe 10%! :D Co ciekawe, na wydziale jest też kierunek Inżynieria biomedyczna, na którym osoby płci pięknej stanowią większość.

Podsumowując, pierwszy miesiąc przysporzył mi wielu nowych odczuć. Czuję się też troszeczkę mądrzejszy, niż byłem przed pójściem na studia. Czy było warto iść akurat na Politechnikę? Tego dowiem się w przyszłości. Czuję jednak, że wybrałem dobry dla mnie kierunek i z tego się cieszę.

Dobrze, teraz pora na nieco nauki przed snem. Tu się nie tylko pije ;)

Reklamy

Lwów mój w wielu odsłonach

Wpis z roku 2008, pisany w Solinie, urwany i niewysłany przez nagłą awarię połączenia internetowego z Orange Free, z którego tam korzystałem.

Byłem dzisiaj we Lwowie. Była to moja pierwsza wizyta na wschód od Polski, bardzo mi się spodobało, mimo że te tereny są wyjątkowe i specyficzne dla kogoś, kto dorastał w kraju, w którym już czegoś takiego nie ma. Zobaczyłem to miasto (i okolice) w kilku różnych odsłonach, skupiałem się na samym mieście i jego życiu, a nie zabytkach, dlatego raczej nie będę tu zbyt wiele pisał o konkretnych miejscach geograficznych, a raczej o klimacie, charakterze.

Lwów religijny

Tak się złożyło, że dzisiaj akurat u prawosławnych i grekokatolików była Wielkanoc, dlatego sporo sklepów i innych tym podobnych było zamkniętych. Można było za to na ulicach spotkać wielu ludzi idących w odświętnych strojach gdzieś – i były to zazwyczaj cerkwie prawosławne i grekokatolicka. Do tych pierwszych nie zawędrowaliśmy, za to w drugiej znaleźliśmy się dokładnie w momencie rozpoczęcia mszy. Na środku cerkwi stało 8 dziewczyn w strojach ludowych (całkiem ładnych) z chorągwiami – co jakiś czas w odpowiednich momentach schylały głowy i opuszczały lekko chorągiew. Gdy już zbliżaliśmy się do wyjścia, śpiewać zaczął słynny chór męski, który tam rezyduje. Zbyt długo go nie posłuchałem, ale warto było – taka msza ma w sobie znacznie więcej klimatu, szkoda że nie czuję zbytnio żadnych przeżyć duchowych, może to coś by mi dało, niemniej było ciekawie. Odwiedziliśmy też jeszcze 2 katedry – jedną katolicką, w której ruch co prawda był, nawet parę osób się modliło, ale przez zniszczenia dokonane wcześniej była nawet nieco brzydsza niż tczewska Fara, drugą z kolei ormiańską, która ma swój specyficzny klimat, podobnie jak grekokatolicka, choć w wypadku Ormian bliżej im chyba do Koptów. Również bardzo przyjemna, chociaż niewielka i dość ciemna katedra, ale za to w tym specyficznym stylu.

Lwów (i okolice) z dreszczykiem emocji

Jak wiadomo, na wschodzie paliwo jest tanie – około 6 hrywien (3 zł) za litr. Trzeba do niego jednak doliczyć „koszty dodatkowe” przejazdu. Otóż, przejazd przez przejście graniczne z kosztami dodatkowymi (wiadomo o czym mowa ;]) trwał w naszym wypadku 2 godziny, ale nie był to koniec. Tuż przed samym Lwowem, na dawnym pasie lotniska (budowanym podobno przez Polaków, którzy poddali Lwów w II wojnie światowej), które obecnie sluży jako gigantyczna ulica wjazdowa, przy której stoi pełno marszrutek, zatrzymał nas policjant. Coś mu się nie spodobało, zabrał do siebie kierowcę, zabrał pilotkę, a tymczasem w pobliżu autobusu pojawiło się kilku rosłych osobników płci męskiej, dzwoniących radośnie przez telefony komórkowe i obserwujących autokar. Cóż, wyglądał zbyt ładnie (choć wcale świetny nie jest, o czym pisałem wcześniej), więc wiadomo – w środku turyści, turyści mają diengi, a pensje na Ukrainie niskie… W końcu jakimś sposobem kierowca i pilot do nas wrócili. Ile poszło, nie wiem. Niektóre osoby przez to dotąd nie mogą opanować emocji i są w szoku, jakie zbójectwo uprawia się zaledwie 120 km na wschód od Polski, ale co w tym dziwnego? Każdy chce dorobić, a to że w tym kraju za 4 lata mają być mistrzostwa Europy, cóż… da się zarobić więcej ;]

Lwów transportowy

Pierwszym znakiem, że jesteśmy w strefie Lwowa, są pierwsze marszrutki (autobusiki, które zatrzymują się dosłownie w każdym miejscu gdzie tylko sobie podróżny zażyczy, co korkuje całe miasto, tym bardziej że jest ich pełno), które ruszają z Sambora. Przy wjeździe do Lwowa zapamiętanym przeze mnie dzięki policjantowi, tych busików stoi już naprawdę sporo. Jeżdżą sobie po całym mieście, w różnym stanie technicznym, niektóre z „wyrzutniami” – czyli kilkoma butlami gazowymi, które służą do napędu masziny, inne zaś po co najmniej kilkunastoletniej praktyce na Zachodzie, z numerkami maksymalnie trzycyfrowymi. Zatrzymują się dosłownie wszędzie, a przy tym są straszliwie tanie, zwykle prowadzą mężczyźni.
Kobiety prowadzą zaś większość tramwajów. Te jeżdżą tylko po torach, gdzie mają mało miejsca, które chętnie jest im zabierane przez pozostałych użytkowników ruchu, co tylko pogarsza sytuację w centrum. Często w pobliżu znajduje się akurat trolejbus – te są w najgorszym stanie, zwykle hałasują niczym czołg, mają wybite szyby i niewielu pasażerów, ale jeżdżą. Są przynajmniej efektowne.
Do Lwowa można dolecieć też samolotem – codziennie latają z Moskwy, Kijowa i Warszawy. Pas lotniska widoczny jest przy wjeździe do miasta po prawej stronie.

Dalej, zdaje się, miałem napisać o jedzeniu na miejscu i tym podobnych drobiazgach. Napiszę, gdy kiedyś jeszcze pojadę do Lwowa, bo aktualnie nie jestem sobie w stanie przypomnieć, co 2,5 roku temu miałem na myśli.

Farewell

Byliśmy razem już od lat.
Nie zdarzało nam się rozstawać na dłużej, niż jeden dzień.
Byłaś ze mną przez cały mój okres dorastania, od podstawówki aż po studia.
Towarzyszyłaś mi w chwilach radości, smutku, w podróżach po sąsiednich krajach.
Pomagałaś mi w nawiązywaniu i utrzymywaniu kontaktu z innymi ludźmi.
Zawsze byłaś blisko mnie.
Doszło do tego, że nie potrafiłem bez Ciebie żyć.
Ty jednak zakończyłaś naszą znajomość.
Karto SIM, byliśmy ze sobą 8, a może 10 lat.
Zmarłaś 22 października 2010 roku, około godziny 8:15.
Twoja młodsza siostra zapewne godnie Ciebie zastąpi.

Chlip.

Don’t bother, I’ll be fine

Niedziela w Dortmundzie

19.09.2010 r., Dortmund, Niemcy

Niedziela jest w Niemczech dniem zwolnionego tempa. Zdecydowana większość sklepów, w tym supermarkety, są dziś zamknięte. Ciężko też, przynajmniej rankiem, znaleźć cokolwiek ciekawego w telewizji (gdy przeglądałem, wszystkie kanały zdawały się własnie puszczać blok programów dla dzieci lub dokumentalne o Jezusie / Ziemii Św.). Wbrew pozorom, wydaje się też, że religijność w okolicy – choć rozbita na różne wyznania – jest całkiem spora. Taką przynajmniej iluzję tworzy duża ilość programów religijnych w telewizji w niedzielę i lokalny Turek, jeżdżący z Koranem włożonym za deskę rozdzielczą swojego VW Transportera.

Niewiele zajęć pozostaje w takim razie na niedzielne popołudnie, dlatego wielu ludzi wybiera spacer, jogging lub przejażdżkę rowerem. Ścieżki dla rowerzystów są wszechobecne, dobrze oznakowane i prowadzą do bardzo konkretnych miejsc, jak na przykład oddalone o 25 km Hagen. Ta akurat została stworzona wzdłuż autostrady. Dziwiło mnie, że przecinała zjazdy z niej jak na normalnym skrzyżowaniu.

My również wybralismy przechadzkę, odwiedzając położone niedaleko stąd parki Rombergpark i Westfalenpark. Pierwszy z nich był naszym celem przez parę ostatnich wyjazdów, lecz za każdym razem coś uniemożliwiało dotarcie tam. Tym razem się udało i muszę przyznać, że było warto. Idealne miejsce do spokojnego wypoczynku pomiędzy różnymi gatunkami roślin.

Westfalenpark odwiedzam z kolei niemal za każdym razem. Oswojone ptactwo, dużo dzikich wiewiórek czy myszy, różne jeszcze niezidentyfikowane alejki, każda inna od pozostałych. Tym razem na przykład przeszedłem się ogrodem urządzonym w stylu azjatyckim, wywarł na mnie duże wrażenie.

Przypadkiem też trafiliśmy pod sam Westfalenstadion – gdzie swoje mecze gra Borussia Dortmund, której kibicuje tu całe miasto – i to akurat w trakcie derbowego meczu z Schalke. Co prawda na wyjeździe, ale kibice zdecydowali tym razem, że nie wybierają się do Gelsenkirchen ze względu na podwyższone ceny biletów (50 euro). Zamiast tego zebrali się na własnym stadionie i oglądali mecz na telebimach – doping słychać było z odległości kilkuset metrów. Borussia wygrała 3:1.

Jeśli chodzi o kanały telewizyjne, mam tu dostęp do naziemnej telewizji cyfrowej – aż 25 kanałów niekodowanych, w tym anglojęzyczne CNN! To i tak mniej, niż w Wielkiej Brytanii, ale więcej, niż w Tczewie (0, z perspektywą ok. 16 w ciągu najbliższego roku). Brak jednak kanału, który zajmowałby się wyłącznie dostarczaniem informacji (dwa „informacyjne” – ZDFinfokanal i N24 – prezentują głównie filmy dokumentalne).

Było to zwłaszcza widoczne w ostatnich godzinach, gdy o strzelaninie w szpitalu w Badenii-Wirtembergii (w chwili, gdy to piszę, mam informacje, że zginęła napastniczka i 3 inne osoby) dowiedziałem się z CNN. Żaden kanał nie przerwał z tej okazji swojego programu, jedynie na N24 widoczny był pasek informacyjny na dole. Życie toczy się dalej.

kto mówił, że wszyscy Niemcy żyją w świetnych warunkach? ;>

A właśnie! Mówiłem, że poszukiwałem w Polsce tych paluszków, maczanych w czekoladzie, będących przysmakiem Japończyków – Pocky Sticks. W Niemczech znalazłem ich licencjonowaną europejską wersję pod nazwą Mikado. Jedna paczka za 1,19 euro. Są dobre, ale mało ich…

[UPDATE 26.05.2012 r.] Paluszki Mikado pojawiły się oficjalnie w Polsce. Więcej o nich w tym poście.