Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Monthly Archives: Maj 2007

Czasu mauo, to i wpis krótki

Tym razem kategoria idealna wprost – życie całkiem codzienne. Pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że brakuje mi czasu, wszystko ze względu na codzienne (aż do soboty) przygotowania do bierzmowania – fakt, kiedyś trzeba.

Pojawiło się słoneczko, a jakość widoczków zdecydowanie się poprawiła. Aż miło patrzeć, jak osobniczki płci pięknej nie wstydzą się ujawnić swoje walory, oczywiście wszystko w ograniczonych ilościach, bez przesady, nie wybiegam za bardzo w odmętach mojej wyobraźni, wszak chodzę do szkoły katolickiej.

Herbata zdrowsza niż woda! Przynajmniej tak wykazały jakieś badania. Pierwszy raz przy okazji usłyszałem, że ponoć wg przesądów herbata ma właściwości odwadniające. Ja tego nie zauważyłem, a piję około 1,5 litra tego napoju dziennie (jedno z moich uzależnień :) ).

Z tego co donosi Francuz mieszkający w Polsce, wypowiadający się na forum o Korei Płn (link po prawej), na Politechnice w Pyongyang studiuje jeden Polak. Ciekawe jak doszło do tego, że tam się znalazł i jak tam się czuje.

Putra Krzysztof wąsy zgolił. Niesamowite, a jak cywilizowanie od razu wygląda. Aż szkoda, że ma zamiar dalej zapuszczać :) Jeśli chodzi o inne sprawy z Warszawy – Kuba Wojewódzki ponoć zamawiał od 20 do 30 gramów kokainy. Skomentował to dowcipnie („Ja biorę tyle, że nawet własnej matki nie poznaję”), ale w ostatnim programie dość zaskakująco się miotał. Niby dowcipnie, ale były dziwne momenty. Kolejna ciekawostka to zatrzymanie Joki, byłego członka zespołu Kaliber 44. Delikwent jest oskarżony o pobicie i zgwałcenie, za co grozi mu do 12 lat więzienia. Wszak to „kultura” hip-hopowa :)

Dziś w naszej klasie była ankieterka z PBS-u, mieliśmy do wypełnienia ankietę w sprawie agresji w szkole/domu/poza szkołą. Ciekawe było jedno pytanie – znajdowała się tam lista subkultur i organizacji, mieliśmy wyznaczyć, jaki mamy do nich stosunek i do których czujemy swoją przynależność. Ciekawostką byli niejacy poppersi, większość myślała że to słuchacze popu, ale mi wydawało się, że coś innego, więc zaznaczyłem, że nie znam takiej subkultury. Angielska wikipedia sugeruje, że to osoby wciągające opary różnych chemikaliów dla rekreacji :) Pomyśleć, że większość zaznaczyła, że nawet ich lubi, a niektórzy, że tam przynależą… :) Gdzie ja zaznaczyłem że przynależę? Ha. Gracze (komputerowi), to bez kontrowersji. Ale zaznaczyłem jeszcze rockersów i hakerów. Why? O ile do rockersów można jeszcze śmiało uzasadnić, to z hakerami miałem problem. Co to właściwie znaczy – być hakerem, identyfikować się z nimi? Ja z pewnością hakerem nie jestem. Ale jakąśtam wiedzę komputerową mam, a nie było kategorii „Uzależnieni od komputera/internetu, którzy nawet na matematyce rozwiązując zadania zastanawiają się, jakby to wyglądało w przełożeniu na warunki w programowaniu”. Nie, nie uznaję siebie za hakera. Co najwyżej popieram poglądy. To też można uznać za identyfikację z daną grupą.

EDIT – Poppersi jak się okazało to grupa dopiero ciekawa. Wąchacze to jedna sprawa, ale okazało się że „poppers” znaczy też coś innego:

POPPERSI, szpanerzy (dzieci zamoznych rodzin), subkultura ma rodowód angielski; w Polsce w latach 1981-85. Stanowili wyraz marzen mlodziezy z niskich klas spolecznych o “lepszym zyciu”. Grupy mlodziezy ubierajace sie w najmodniejsze i najdrozsze stroje okupowaly ekskluzywne lokale i imponowaly rówiesnikom pieniedzmi. Liczyl sie dyskotekowy szpan, muzyka new romantic oraz w Polsce zespoly takie jak “Kombi”, “Lady Pank”, ”Republika”.

EDIT 2 – utyłem, ważę teraz 47,5 kg, co i tak plasuje mnie wśród straszliwie chudych osób.

EDIT 3 – W Gdańsku odkryto groby średniowiecznych mistrzów krzyżackich – link .

Reklamy

Niepoprawny blogger, dres, a do tego pociąg przejechał z Korei Północnej do Południowej

Jak zapewne czytający tego bloga zauważyli, łamię tu większość zasad, o których każdy blogowicz pamiętać powinien, czyli krótko mówiąc lamię. Wpisy powinny mieć krótką, ciekawą nazwę – szczególnie to widać w poprzednim, same w sobie nie powinny być zbyt długie – moje przekraczają wszelkie rekordy wielkości, którą percepcja człowieka jest w stanie wytrzymać, a także dotyczyć jednego tematu, gdy ja nie jestem w stanie skupić się na jednej sprawie (ach, ta wielowątkowość… :)). Ale co z tego :)

Otóż, jedna z polonistek z naszej szkoły, stwierdziła że chłopacy przynależący do mojej klasy mają wielki talent komediowy i sami z siebie organizują happeningi (przedwczoraj jeden biegał po szkole w spódnicy, drugi w spodenkach od piżamy), więc tą aktywność twórczą pora ukierunkować i mamy przygotować spektakl o rodzącym się źle. Nie, nie będę małym satanistą, krzyczącym „zuooo”. Pierwotnie miałem być zastraszonym uczniem, któremu zabrane zostaną kanapki i drobniaki, ale w związku z tym, że potrafię wydobyć z siebie wiele różnych głosów a paru osób na lekcjach nie było, grałem na próbie trzy różne postaci. Mimo moich zapewnień, że jestem aktorskim drewnem, zbyt dobrze zagrałem niejakiego Kacpra i w związku z tym, będę w tym przedstawieniu dresem („ty się lepiej od mojej Sary odkoleguj, bo nie ręczę za siebie”), złodziejem (wg scenariusza ukradłem z kumplem komputery i CD z Domu Kultury), który „pożycza” koledze swoją dziewczynę na jeden wieczór. Nadaję się, prawda? :)

A w Korei wielkie wydarzenie. Jakimś cudem obie Koree dogadały się na tyle, by puścić pociągi w obie strony. Niby nic takiego, a nie wiadomo, czy i kiedy będzie można dojechać z Seulu do Pyongyang, ale zawsze coś, nawet jeśli te pociągi powolutku wjechały tylko po parę kilometrów w granice drugiego kraju. Jestem też ciekaw, ilu z tych północnych Koreańczyków na pokładzie pociągu miało zadania wywiadowcze w czasie podróży :)

Perspektywy na przyszłość, Aj Lern Korijan, nieco matmy, Jurowiżyn raz jeszcze, LP ciągle niezrecenzowane i co jest zawodem

Wpis może niespecjalnie długi, ale wynika to z tego, że w sumie niewiele przemyśleń mi się nasuwa, to normalne po powrocie do szkoły, gdzie trzeba się skupić na codziennej nauce itepe itede. Tak, wiem, to takie frazesy, a w praktyce zdarzają się dni, w których cały czas tylko leżę/siedzę w internecie i nic nie robię.

Temat 1 – przyszłość. Najbliższa przyszłość to w zasadzie liceum. Szykowała się bardzo ciekawa klasa, ale jak zwykle plany biorą w łeb (większość interesujących chętnych do klasy matematyczno-fizycznej wybiera sąsiednie liceum, o podobnym poziomie, co zaskakujące, bo część z nich w ogóle o tym nie myślała wcześniej) i zupełnie nie wiadomo, z kim przyjdzie mi się 3 lata męczyć, no może prócz paru osób, które z pewnością pójdą, niezależnie jakie mam do tego odczucia (do niektórych pozytywne, niektórych mniej). Można się spodziewać klasy złożonej z nowych osób, w większości mieszkających w dwóch miejscowościach 23 km od mojej mieściny, czyli 45 minut autobusem, ale skoro chcą się tak telepać to tylko im współczuć. Niby nowi ludzie, ale nie wiadomo właściwie, jacy. Dobrze, że chociaż nauczyciele zgodnie z planem… :)

Taa, uczym się nieco koreańskiego. Nareszcie znalazłem coś w rodzaju podstawowych rozmówek i kursu, ale bez nauczenia się draństwa zwanego Hangul (alfabet koreański) się nie obejdzie, cóż, i tak dobrze, że nie jest to alfabet japoński bądź chiński, o setkach, tysiącach różnych znaczków, bo koreański ma tylko 24, sposób zapisu już znam, ba, umiem wymówić większość głosek, co jest wręcz zadziwiające, jak się słucha rozmowy po koreańsku (powiedziałbym że to połączenie świstów z gulgotaniem indyka i różnych szelestów) :) Nawet się nie nastawiam, że będę się tego uczył jakoś konkretnie, to raczej rozrywka na wolny czas, tak samo jak C++, za które chwilowo nie mam ochoty dalej się brać, może dlatego że moja humanistyczna część osobowości całkiem miło się uaktywnia.

Ale skoro już o częściach osobowości, to zapewne wynika to z tego, że dziś bawiłem się w zabawę zwaną „moje pierwsze odkrycie”. Na sprawdzianie mieliśmy bardzo milutkie zadanie dodatkowe:

Różnica kwadratów dwóch liczb naturalnych wynosi 23. Podaj, co to za liczby.

Jak każdy nierasowy matematyk, zacząłem od ulubionej metody większości chcących rozwiązać takie zadanie jak najszybciej – wypisywania kwadratów kolejnych liczb naturalnych i sprawdzania, czy w końcu któreś podpasują, oczywiście po pół minuty miałem wynik – 12 i 11. Co to jednak za radocha, tak szybko skończyć, nie ma tak! Miałem jeszcze jakieś 20 minut czasu, więc patrzyłem na te liczby, gdy nagle coś zaczęło mi się układać. 12+11=23. Hmm. 6+5=11 6^2=36 [tak sie pisze 6 do kwadratu?], 5^2=25. 36-25=11. Mamy więc już jakąś prawidłowość! Dobra, ale co będzie jeśli weźmiemy dwie liczby, które NIE SĄ kolejne, a na przykład 5 i 3? 5+3=8 Tymczasem 5^2-3^2=25-9=16 Ale przecież 16=8*2 5=3+2, więc najwyraźniej ciągle mamy tu jakąś prawidłowość, ale w tym momencie przychodzi pora na użycie argumentu, który rozwieje wątpliwości. Zamieniamy liczby na x i y, a różnicę między x i y na n. Do czego doszedłem?
dla x-y=n, x,y należą do zbioru liczb naturalnych, x>y
x^2-y^2=n(x+y)

Ha! Oczywiście, to wszystko napisałem na mojej kartce ze sprawdzianem, choć w formie dużo bardziej nieczytelnej, zdaję sobię sprawę, że ciężko będzie się z tego rozczytać i zrozumieć, nawet tutaj. Niemniej, radość z tego była niesamowita, tylko jedno mi ją przysłoniło. Nie pomyślałem o prostym ruchu:

-/ x-y=n
{
-\ x^2-y^2=n(x+y)

zmienić na

x^2-y^2=(x-y)(x+y)
I miałbym te cyferki co na początku z uczonego równania. Niestety, aż taki inteligentny nie jestem, by na to od razu wpaść.

Co do Eurowizji – cóż, wygrała Serbia. Jak się wyłączy wizję i zostawi fonię, nawet da się wytrzymać. Niemniej popieram tutaj zdanie pewnej Moniki – Gruzja i Ukraina rządzą! Jak się później okazało, całkiem miłe etniczne rytmy miała też Bułgaria, a z różnych powodów podobały mi się jeszcze Izrael i Finlandia. Tym razem filmików nie daję, każdy może sobie sam znaleźć na youtube.

Co do Linkin Parku – cóż, jakoś nie mam ochoty pędzić po płytę póki co, te mp3 rozbestwiają. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że większość płyty mi się widzi :)

Jako, że dwa poprzednie akapity zacząłem od „co do”, tym razem inny początek :) Miała miejsce pierwsza minidyskusja w moich komentarzach, a raczej odpowiedz komentarzem na jeden komentarz, pomiedzy Walkerem a Kerin. Chodziło o poczciwego hakera. Czy haker to zawód? Owszem, zgodzę się z Walkerem, to jest pasja, która jednak może być zawodem. Wszystko, za co można dostawać pieniądze to zawód :) Tak samo polityka, piłka nożna, czy nawet testowanie gier na komórkę (tak, za to też można zarabiać! :D). Krótko mówiąc – pasja i zawód się nie wykluczają, a jeśli jeszcze się łączą, to tym lepiej, większa przyjemność zarówno dla ducha jak i kieszeni.

A miał być krótki wpis…

Siplasplas, Łorsoł, TiViPi i Jurowiżyn

Coś zaczyna trzymać mnie przy tym blogu. Może to jego prostota i wygoda, może to, że troszeczkę się starzeję, a chcę mieć miejsce, gdzie mogę pisać sobie takie ciekawostki, to co myślę, odczuwam, a i tak wiem, że kto będzie chciał to przeczyta…

Otóż wczoraj na Dniu Otwartym miało miejsce jedno pozytywne przebudzenie. Widząc, jak sobie nasza kochana informatyczka szkolna radośnie programuje (w sumie nie zrobiła nic takiego) w C++, uznałem że ten język jednak jest w miarę wygodny i zrozumiały! Niesamowite :) Mimo tego, że przez dwa dni byłem nieobecny na lekcjach, okazało się, że nie mam specjalnych zaległości, więc miałem dziś dużo wolnego czasu, czego efektem jest również ten wpis. Tak więc uruchomiłem Ubuntu i znalazłem kurs C++. Konkretniej ten kurs. Całkiem przyjemny, krok po kroczku, a co ciekawe, nie zaczyna się od „Hello World”, tylko od razu przechodzimy do konkretnej zabawy, a że troszeczkę doświadczenia z podstaw Pascala wyniosłem, wbrew pozorom nawet ten język może czegoś nauczyć. Co mnie początkowo lekko denerwowało, to to, że pisałem w czymś w rodzaju ubuntowego notatnika – gedicie, a kompilowałem przez konsolę, więc troszkę to wszystko inne, niż to, z czym miałem do czynienia dotąd, ale uznałem, że taki sposób podoba mi się zdecydowanie bardziej :) Fakt, że nie widzę od razu błędów w kodzie, ale to też pozwala czegoś człeka nauczyć. Jedno tylko jest ważne, by ręcznie pisać przykłady, a nie używać kopiuj-wklej. W ten sposób zdecydowanie więcej się zapamięta :)

Warszawa – miejsce, gdzie byłem ponad miesiąc temu, tylko przez trzy dni, ale dzięki miłej opiece Kancelarii Senatu zdążyłem w tym czasie naprawdę wiele, w tym zrobić sobie zdjęcie z Janem Marią Władysławem Piotrem Rokitą (ciekawostka – imię Piotr pochodzi z bierzmowania, w takim razie jakim cudem ma jeszcze trzy imiona? Wyjaśnienia należy szukać na wikipedii – wg przypisów odnośnie jego imion, nie wiadomo jakie prawo w tej sprawie było w Polsce w czasie jego narodzin, albo po prostu nikomu nie chce się go szukać). Wracam jednak do tematu. Co najbardziej z Wawy zapamiętałem? To nie jest spokojne miasto, jak nasza ukochana prowincja. Przy wjeździe pełno reklam agencji ochrony, zupełnie jakby coś sugerowały. Jadąc Wisłostradą od północy po prawej (Targówek?) widać pełno bloków, wieżowców. To tam pierwszego dnia mojego pobytu znaleźli ciało Grobelnego. Z drugiej strony, spokojna, zachęcająca do dalszego poznania dzielnica rządowa (nie wiem czemu, ale te dzielnice w każdej stolicy mnie interesują, jeśli chodzi o zabudowania, bo zawsze tam można odnaleźć pewien smak i styl, albo chociaż monumentalność). Ciekawi ludzie – sporo osób na rowerach, ze względu na odległości. Można zrozumieć styl ubioru Toli z Blog 27 – w Wawie to norma (no, może nieco lżejsza wersja), sporo alternatywnych. Widać nalepki „Solidarność z Białorusią” na chodnikach, śmietnikach i światłach drogowych. Ot, taka aktywność młodych. Przejeżdżając koło Liceum Batorego (z „Kamieni na szaniec”) widzi się, że to niespecjalnie duża szkółka, ale po jej zauważeniu i zidentyfikowaniu czuć historię. Tak samo przy tablicach z informacjami, że tu doszło do bitwy powstańców w ’44. Informacje zresztą bardzo konkretne, pobudzające wyobraźnię. Dużo drogich samochodów. Futurystyczne ambasady – francuska i kanadyjska, zresztą obok siebie. Hotel sportowy, niby trzy gwiazdki, a już czuje się wysoki standard, zupełnie nie to co wycieczki szkolne. W nocy słychać uliczne wyścigi – silniki o naprawdę dużej mocy, to da się wyczuć. A w Parlamencie – politycy wszędzie. Ludzie dotąd widziani tylko w telewizji na wyciągnięcie ręki. Widać, że realni – z krwi i kości, jak każdy człowiek, choć niektórzy budzą podziw. Sam budynek mniejszy niż się wydaje w telewizji, ale i tak spory. Kible bardzo zwyczajne, widoki z ichnich okien już nie. Tu też wystrój ze smakiem. Jedzenie w sejmowych restauracjach pyszne, a przy tym zwyczajne. Jednocześnie, ma się wrażenie, że to miasto wcale nie jest aż takie wspaniałe. Owszem, duże miasto, ale to jeszcze nie jest City, moim zdaniem nie umywa się do Pragi, a nawet Wrocławia (a już nie wspomnę, że Sopot wydaje mi się przyjemniejszy). Ale fakt, styl życia może wciągać. Tak samo luksusy. Dobrze jednak wiem, że zwykły człowiek za wiele takiego stylu nie dostanie. A nawet jeśli, to nie na zawsze. Na dodatek życie nie jest tak spokojne i bezstresowe, jak tutaj.

O co z TVP chodzi, jaki mam znowu problem? Otóż obejrzałem fragment programu „Podróże z żartem” poświęconego, jak napisali, Korei, czyli obu Koreom. Tymczasem, jeśli chodzi o ROK (Koreę Południową), zaproszono takie osoby jak Michał Milowicz czy Andrzej Grabowski, z całym szacunkiem dla nich, ale jedyne co łączy ich z ROK, to to, że kiedyś (najprawdopodobniej zresztą jeden raz) tam byli i niewiele zapamiętali. Jeśli chodzi o DPRK (Koreę Północną po angielsku), byli pan Jerzy Kapuściński, podróżnik, a także Bartek Pataląg (chyba tak się pisze jego nazwisko, tak przynajmniej wynika z googli, bo na stronie iTVP jest pisownia Patalong), znany na forum o Korei Północnej (link po prawej) jako kim_bar_tek – oni przynajmniej coś wiedzieli. Sam program można znaleźć na stronie itvp, jeśli ta akurat działa poprawnie, co jest rzadkością. Osoby niezorientowane po obejrzeniu tego programu będą myślały, że Korea jest jedna, rządzi nią Kim Ir Sen (który notabene nie żyje od 13 lat), a Seul to jej stolica, gdzie da się dolecieć z Amsterdamu albo dojechać pociągiem z Pekinu. Tyle w każdym razie zapamiętałem z dziesięciominutowego urywka, dalej tego oglądać po prostu nie byłem w stanie.

Jeśli chodzi o Eurowizję, to właśnie trwa, aż dziwne, że taka festyniarska piosenka, jaką uraczył nas The Jet Set nie dostała się do finału (a szkoda, bo piosenka nie dość że zabawna, to jeszcze miłe względy estetyczne). Przedostał się za to debiutant – Gruzja – której piosenka nawet mi się podoba :) A śpiewająca nawet kojarzy mi się z jedną osobą, którą znam.

Piosenka Gruzji:

Te wpisy coraz dłuższe, ech…

Zdrowy uczeń niehakier.

Jakoś tak złożyło się, iż niestety nie miałem bądź czasu, bądź możliwości na napisanie kolejnego słitaśnego wpisu. Podejrzewam, że w niedługim czasie postaram się zrecenzować nową płytę LP – Minutes To Midnight, płytę już słyszałem, ale chcę poczekać na oryginał, z wkładką, pudełkiem, bo jak sam zespół twierdzi, same piosenki to tylko część tego, co zespół ma zamiar przekazać.

Zanim jeszcze udało mi się rozchorować (dwudniowe choróbsko, pewnie dłużej by mnie trzymało gdyby nie cud-tabletki i to, że chciałem koniecznie przybyć na Dzień Otwarty mojej szkoły, na którym siedzę sobie właśnie w pracowni informatycznej (nie jest jednak tak ciekawie, jak myślałem, że będzie, ale cóż), zapewne potrwałoby to dłużej. Mniejsza jednak z tym, w końcu czuję się dobrze i to jest ważne.

Kilka dni temu obejrzałem film „Hakerzy” na TVP2, film bardzo przyjemny. Fakt, że z ’95 roku, ale nadal jest to bardzo ciekawe. Jedyna zabawna rzecz to wizualizacje, które starały się pokazać komputery jako wirtualne budynki, które są atakowane trójwymiarowymi pakietami danych :) Jedno trzeba przyznać – film był na tyle ciekawy, że miałem ochotę po nim zostać małym hakerem :) Po jednym dniu mi przeszło. Czemu? Pierwsza rzecz, nie mam zamiaru być script kiddie, bo moim zdaniem takie podejście do sprawy jest zdecydowanie nieodpowiednie – jak ktoś jest lamerem, to często nim pozostaje, niezależnie ile skryptów posiada na pokładzie swojego komputera. Z kolei nie mam zamiaru na uczenie się architektury systemów i programowania poświęcać całego życia, dlatego zostanę taki jaki jestem, bez specjalnej wiedzy ale za to z dobrym samopoczuciem. To tyle na dziś :)

No to pora coś napisać.

Skoro już dałem sobie radę jakoś z konfiguracją tego słit blogaska, to pora koniecznie coś napisać. O sobie pisałem już w dziale O mnie – przejść do niego można klikając na tą zakładkę u góry. Jako, że to pierwszy wpis, nie będę bawił się w jakieś niesamowite ilości ciekawostek, a jedynie opiszę, co tu mniej więcej ma w przyszłości być i wrzucę to, co najnowsze w twórczości zespołu, który lubię – Linkin Parku.

Jeśli chodzi o przyszłość, proszę się nie martwić. Nie znajdziecie tu niesamowitych opowieści, jak to uchlałem się ze znajomymi, straciłem po raz siedemnasty cnotę czy tekstów w stylu „Idę się powiesić, zaraz wracam”, ani peanów na cześć jakiegokolwiek zespołu w stylu „Jaki ten Billu$ słitaśny”, co najwyżej podzielę się tym, co mi się podoba i jest według mnie ciekawe, jeśli się nie podoba, cóż, to w końcu mój blog, więc i moje zainteresowania. Chcesz dzielić się swoimi – proszę bardzo. Rejestracja w WordPress.com nic nie kosztuje. I proszę – nie kompromitujcie się reklamami swoich blogów w komentarzach – to naprawdę nie spowoduje, że tam zajrzę. A teraz pora na powrót do tematu tego akapitu – czyli co tu się znajdzie. Możliwe, że moje przemyślenia. Możliwe, że klipy. Możliwe, że ciekawostki i dziwaczne newsy. Możliwe, że nic się nie znajdzie, jeśli blogowanie mi się znudzi.

Co do Linkin Parku – dla tych, którzy nie wiedzą, 14 maja premiera najnowszej płyty LP – Minutes To Midnight. Miejsce miały celowe wycieki pojedynczych kawałków (oczywiście jedynie ich fragmenty), a także koncert LP w Berlinie (28 kwietnia 2007 roku), na którym zostały zagrane dwie piosenki – Given Up i No More Sorrow. Ci, którzy słyszeli What I’ve Done i nie spodobał im się tam prezentowany styl, nie powinni od razu się zniechęcać. Given Up to kawałek bardziej punkowy, a No More Sorrow w rytmie marszowym również wpada w ucho. Wszystkich tylko zastanawia, gdzie jest Mike? Jeśli chcecie te piosenki live w formacie mp3, polecam ten adres. Filmiki są pokazem slajdów z dźwiękiem, bo razem z obrazem wszystkie są zbyt słabej jakości.

Given Up:

No More Sorrow:

To tyle na dziś, pozdrawiam wszystkich czytających.