Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Monthly Archives: Sierpień 2015

Wielki mecz

Już od pewnego czasu było wiadomo, że Wisła wraca. Po sześciu latach od założenia Gryfa, który w założeniu miał połączyć to, co najlepsze z obu tczewskich drużyn, grupa fanów związanych z dawną Wisłą zorganizowała od nowa klub. Nie byli pierwsi – dawni piłkarze Unii już od paru lat co roku startowali w Pucharze Polski. Trzeba więc było ich przebić. Wisła Tczew została zgłoszona do rozgrywek B-klasy w sezonie 2015/2016. Pierwszy mecz miał zostać rozegrany 29 sierpnia, a na rywala wylosowana została Mewa Gniew.

Było i wcześniejsze spotkanie. Wisła, chyba w innej formie, została też zgłoszona do rozgrywek pomorskiego Pucharu Polski. 16 sierpnia biało-czerwoni na stadionie miejskim na Bałdowskiej wygrali 4:2 z rezerwami Bałtyku Gdynia. Jak wynikało ze zdjęć na Facebooku, pojawiło się kilkaset osób. Pojawiły się też pierwsze tarcia – autor posta na fanpage “Wisła Tczew Fanatics” sugerował, że albo do młyna przychodzi się śpiewać, albo należy wyp…lać, zamiast “pozować na morderców”.

Jeszcze przed tym meczem w Tczewie trwała mobilizacja. Fani Wisły (i zaprzyjaźnionej Arki) uczestniczyli w konkursie na zabazgranie jak największej ilości miejsc klubowymi barwami. Niestety, nie były to estetyczne malunki, jakie czasami zdarza się spotkać na blokach i garażach Gdańska czy Gdyni. Sugerowały raczej, że mażący mają pierwszy raz spray w dłoni. Zaproszenia na pierwszą kolejkę były kierowane do całych rodzin, wydarzenie na Facebooku przyciągnęło około trzystu osób.

Na parę dni przed spotkaniem okazało się, że mecz odbywa się dokładnie w tym samym czasie, co pierwszoligowy mecz Arki w Gdyni. Niewykluczone, że właśnie to wywołało spięcie pomiędzy ultrasami Wisły a TPAG – tczewską grupą fanów Arki Gdynia, którzy domyślnie byli bazą, z której powstawała grupa wiślacka. Najprawdopodobniej ze względu na to, że osoby bliżej Wisły postanowiły, że w trakcie jej pierwszego meczu ligowego nie mają zamiaru wybierać się do Gdyni, “Tczewska Patologia Arka Gdynia” ogłosiła, że nie chce mieć nic wspólnego z lokalnym klubem. W odpowiedzi na to WTF ogłosiło zakaz wchodzenia w barwach Arki na mecz w Tczewie.

Pod względem podziałów kibicowskich Tczew to ciekawe miejsce. Stare Miasto i Zatorze, znane też jako Kozen, to bastion fanów Lechii Gdańsk. Nowe Miasto, Suchostrzygi i Czyżykowo to z kolei teren fanów Arki. O takich niuansach warto pamiętać, gdy przechadza się po mieście z wyglądem sugerującym, że można śmiało zaczepiać, bo zaczepiającemu nic nie grozi. Been there, done that.

Nadszedł w końcu dzień wielkiego meczu. W miejskim autobusie jadącym na Czyżykowo mniej więcej połowa ludzi wybierała się na stadion. Średnia wieku 16, może 18, duży odzew na wezwanie do ubrania się na biało-czerwono. Były też dziewczyny, które zadziwiająco nie wyglądały na stereotypowe Karyny. Faceci już bardziej w typie Seby, zdecydowanie włosy dłuższe niż jeden centymetr były w tym autobusie bardzo passe. Nawet komunikaty głosowe z systemu informacji pasażera ładnie wpisywały się w nastrój. “Plac Jana Pawła Drugiego”, mówił osobnik o głosie przechlanego dresa, a przy obu bokach czułem nabuzowane energią i niezrzuconym napięciem, spocone męskie ciała.

Jeszcze tylko przejście przez szpaler mniej więcej dziesięciu panów z prewencji, z których jeden poprosił mnie grzecznie o otwarcie plecaka i pokazanie wiktuałów, które w środku wnoszę, i byłem na stadionie. Po nie do końca zatwierdzonej renowacji przeprowadzonej przez kibiców Wisły, zrobiło się tu bardzo biało-czerwono. Przy rozstawionym namiocie można było kupić żurek i inne polskie specjały, z okienka budynku klubowego sprzedawano koszulki i szaliki, wystawiono też głośniki, z których wydobywał się zadziwiająco dobry rock. Ewidentnie spora część widowni przyniosła ze sobą piwa, bo gdzie nie spojrzałem, widziałem kogoś raczącego się trunkiem ze szklanej butelki. To było chyba najbardziej B-klasowe w tym meczu.

Spokojnie przyszło z 300 osób. Sędzia – jak to na tym poziomie rozgrywkowym – przyjechał jeden, trzeba więc było zorganizować paru młodych działaczy do potrzymania chorągiewki na końcach boiska. Chłopak w szaliku, który w połowie był biało-czerwony, a w połowie żółto-niebieski, przyszedł w pobliże mnie i rzucił chorągiewką w kierunku krótkowłosego osobnika w okularach, który przyprowadził swoją dziewczynę.

– Będziesz sędziować. Wystarczy, że będziesz tam stał i trzymał chorągiewkę.

Ewidentnie nie było to w zakresie wymarzonych aktywności, które w tym momencie chciał robić, ale na drugą połowę dał się przekonać. Stał przy samej barierce, a jego dziewczyna tuż za nim zrzucała co jakiś czas nieistniejące pajęczyny z jego pleców.

– Ty, czaisz jaki telefon obczaiłem? MyPhone jakiśtam, cztery stówy jedyne, a bebechy takie, o których ty możesz tylko śnić. Osiem megapikseli aparat, chyba osiem gigabajtów pamięci, najnowszy Android!

Od pierwszego gwizdka rozpoczął się doping – od wystrzelenia papieru z tub, który na parę minut uniemożliwił grę. W połowie meczu pojawiły się też na chwilę race. Zaskoczył mnie brak wulgaryzmów. Chyba na poważnie potraktowali zaproszenie całych rodzin, bo najgorsze, co usłyszałem to “wygramy, wygramy, wygramy, wioskę pokonamy”. Śpiewane rzeczy nie bardzo jednak odnosiły się do tego, co działo się na boisku. Aż do sytuacji, w której piłkarz Wisły przestrzelił karnego. “Nic się nie stało, Wisełko, nic się nie stało!” – usłyszeli piłkarze i wtedy, i dziewięć minut później, gdy jeden z piłkarzy Mewy trafił do siatki. Odpowiedzieli dobrze – mecz skończył się wynikiem 3:1 dla Wisły.

Z pętli na Czyżykowie pierwszy autobus w kierunku Dworca to była siedemnastka, która jechała przez Stare Miasto. Choć odrobinę zestresowani, niektórzy fani wracający z meczu wsiedli w autobus.

– Jaki wynik? – zapytał na wejściu kierowca.

Zaraz za autobusem powoli potoczył się radiowóz.

Przejazd przez Stare Miasto z narracją paru bardziej doświadczonych w lokalnych rozgrywkach fanów był interesujący.

– O, tutaj jest najgorzej. – gdy w bramie jednej z kamienic można było dostrzec grupę osobników w wieku około trzydziestki, która z zafascynowaniem znad trunków obserwowała przejeżdżającą kawalkadę.

– Patrz, jak nas obserwują. Ale teraz, jak odjechaliśmy, to już nie mogą nic zrobić. – gdy na autobus patrzyła grupka może czternastoletnich dzieciaków.

Można było się poczuć, jakby przebijało się przez strefę wojny. A tu tak naprawdę nic, tylko paru lokalsów zamroczonych trunkami i tradycyjna staromiejska patologia.

Przy kupowaniu biletu do Gdańska system rezerwacji biletów się zawiesił. Tczew nie chciał mnie wypuścić ze swoich macek.

W 142 na Dworcu PKS dosiadł się do mnie starszy pan. Lekko łysiejący, przy sobie, ewidentnie szukał konwersacji. Zobaczył, że patrzę na areszt śledczy, zastanawiałem się przy tym, czemu nie wszystkie okna są przykryte blindami.

– Szósta blinda od prawej, tam siedziałem w roku siedemdziesiątym.

– Długo?

– Tak. W ogóle, jaka kanalia ten Wałęsa. Ja walczyłem i jak na tym wyszedłem? On z kolei skakał przez płot, chyba po alkohol tylko. Sam od jakiegoś czasu zbieram butelki z tamtego czasu i mam zamiar zanieść pod ten mur, przez który on niby skakał. Bolek… A potem miał taką okazję, a wszystko zniszczył, wszystko zaprzepaścił. Jak można być tak bardzo zakłamanym? No i ja na tym tyle straciłem. Właśnie zresztą wracam z tych obchodów, dobrze, że go tam nie zaprosili. Obchody były ładne, ładne piosenki grali, ale dla mnie to już było trochę za długo. Ten kraj jest straszny. Trzeba z niego wyjechać. Zresztą, ja sam też wyjeżdżałem, a moje dzieci to w ogóle wyprowadziły się za granicę, nie będę panu mówił do jakiego kraju, ale się wyprowadziły i żyją zupełnie inaczej. Jasne, na początku było ciężko, ale z czasem weszły na zupełnie inny standard. Ostatnio chciały, abym we wrześniu, to znaczy w następnym miesiącu, do nich przyjechał. I tak zapytali mnie, a dziadku, bo ja na siebie mówię dziadek, czy przyjechałbyś do nas we wrześniu? Bo my byśmy chcieli pojechać na wakacje do Hiszpanii, a nie ma kto nam popilnować dzieci. To ja im powiedziałem, że tak nie zrobię, i przyjadę dopiero po piętnastym września. A wie pan, ile ja lat już dziadek pracuje? Pandeset tri! Znaczy pięćdziesiąt trzy.

– Ładnie.

– Bo wie pan, czasem mam tak, że zaczynam mówić w innych językach. To pandeset tri to było akurat po czesku. Czeski i polski w ogóle są do siebie bardzo podobne.

– W końcu słowiańskie języki.

– To prawda, polski, czeski, słoweński, bo Słowacja to jest Slovensko, potem dalej słoweński i te inne jugosłowiańskie, ale grecki to już nie. Tak samo niemiecki, tam się mówi zupełnie inaczej, bo ajns cwaj draj fier fynf zeks ziben acht nojn i cin, a w greckim jest deka, i mówi się tak jak w niemieckim, że najpierw jeden, a potem dziesięć. Z kolei rosyjski ma zupełnie inne liczby, bo czterdzieści to sorok.

– No tak, ale rosyjski akurat ma inne dziesiątki podobne do polskiego.

– To prawda. Oj, żebym tylko nie przegapił swojego przystanku. O, tu się przesiądę. Tu odjeżdża taki autobus o bardzo ładnej liczbie, 162.

Nie pożegnał się ze mną, niestety.

Reklamy

Droga do Tyraspola (Mołdawia i Naddniestrze, #4)

Oczywiście tempo pisania mam jak zwykle niezłe. BTW, pisaniem tego prokrastynuję pisanie pracy magisterskiej. Nie dodawałem bezpośrednich linków do obrazków, ale w większości przypadków, gdy kliknie się na „otwórz obraz w nowym oknie”, dostępna jest większa wersja.

Obawiałem się trochę, że na pociąg o 7:30 możemy się spóźnić. W końcu pora wczesna, według czasu polskiego to była nawet 6:30. Obawy były jednak zupełnie niepotrzebne – stres zrobił swoje i najpierw do 1:30 nie mogłem zasnąć (choć miały na to wpływ też dźwięki dobiegające z przestrzeni wspólnej hostelu – dyżurujący pracownik puszczał jakąś folkowo-dubstepową muzykę, w której najbardziej przebijał się flet), a potem, już koło 5 rano, wybudziły mnie rozmowy. Gdy uznałem, że już nie zasnę, ożywiłem się herbatą i sam wyszedłem przed drzwi wejściowe hostelu.

Spotkałem tam Scotta. Scott jest Amerykaninem z Kalifornii, który po studiach przyjechał na dwuletni wolontariat w Korpusie Pokoju. Wolontariusze z USA zajmują się tu głównie edukacją – uczeniem języka, ochrony zdrowia, pomocą w rozwoju lokalnych społeczności i małych przedsiębiorstw. Razem z paroma innymi Amerykanami, przyjechali do Kiszyniowa z północnej Mołdawii, aby świętować dotarcie do połowy ich wolontariatu. Co ciekawe, był względnie zorientowany w historii Polski, bo jakimś cudem na ten temat nam dyskusja o 5:30 rano zeszła.

Ruszyliśmy coś koło 6:30. Po drodze znaleźliśmy otwarty sklep, w którym kupiliśmy sobie po placku z ziemniakami w środku (w tym wypadku był to wypiek przypominający bardzo bałkański burek), po czym, klucząc dość mocno pomiędzy domkami, do których nie prowadziła utwardzona droga, dotarliśmy na dworzec. W mieście wisiało sporo plakatów wyborczych. Kampanię dobrze opisuje blog republica air moldova, jest tam i Zinaida, którą i ja na plakacie złapałem.

Zinaida Greceani

Pomimo, że do odjazdu było jeszcze 45 minut, pociąg już stał na peronie. Zrobiliśmy sobie jednak najpierw małą przechadzkę po peronach. Idąc wzdłuż peronu pierwszego, w odległości kilkuset metrów dociera się na dworzec podmiejski, z którego jeżdzą lokalne pociągi. Podział jest swoją drogą zupełnie niepotrzebny – jeden dworzec spokojnie poradziłby sobie z całym ruchem. Koło budynku dworca rozstawił się też, chyba sezonowy, stragan z wszelkiego typu produktami chińskimi.

Peron 1 dworca w Kiszyniowie

Jak się okazało, przypadły nam miejsca w wagonie „barowym”. Aby wejść na pokład, musieliśmy na wejściu pokazać nasz bilet konduktorowi (dla każdego wagonu był osobny konduktor). Po jakimś czasie od startu sprawdził raz jeszcze bilety, zabierając je i oddając je dopiero, gdy zbliżaliśmy się do stacji docelowej (nie były to już jednak te same egzemplarze – trafił nam się nawet jeden do innej stacji końcowej ;))

Fotele w wagonie były ustawione w nietypowym dla mnie układzie 2 miejsca po jednej stronie, 3 po drugiej. Zapewne to przez większy rozstaw torów. Wagon był wypełniony w mniej więcej 30% – w większości jechali lokalni mieszkańcy, poza nami obcokrajowcami był jeszcze jeden starszy mężczyzna, który większość drogi przespał, a także grupka nastoletnich Ukraińców. Oni też byli najbardziej zachęcani przez prowadzącego sprzedaż przekąsek i napojów, żeby wypić sto gramów. Przez większość trasy w wagonie panowała dość kinowa atmosfera.

Droga prowadziła przez głównie rolnicze tereny, więc po drodze najbardziej napatrzeć mogliśmy się na kozy, krowy i okazyjną strzechę. Widać jednak, że prowincja jest dużo biedniejsza od stolicy.

Po drodze pociąg zatrzymał się jedynie na paru stacjach. Gdy jednak stawał, to na dłużej. Zwłaszcza parę razy – na stacji przed Benderami, potem na stacji Bendery-2, potem na stacji Bendery-2 kontrolowanej przez Naddniestrze. Na pierwszej z wymienionych było też coś w rodzaju mołdawskiej kontroli granicznej – na pokład wszedł policjant i przeszedł się po wagonie. Czuć było lekkie napięcie.

Ciekawe było też, że na samym wjeździe na teren kontrolowany przez Naddniestrze za drzewem chowali się ubrani w stroje moro pracownicy kolei mołdawskich. O ile sam strój jest typowy dla pracowników torowych CFM, to zastanawiało mnie, czemu chowają się za drzewem i co robią tak daleko wzdłuż linii. Jak się okazuje, obsługę techniczną linii nadal prowadzi CFM.

Wjechaliśmy w końcu na teren Naddniestrza. W trakcie postoju w Benderach obserwowaliśmy, co dzieje się na zewnątrz. Milicjant w szerokiej czapce tłumaczył coś wysiadającej kobiecie, parę osób przechadzało się po peronie, wokół stacji było zwyczajne blokowisko i silosy czegoś, co na wikimapii jest opisywane jako kombinat chlebproduktów. Właściwie nic nie sugerowałoby, że jesteśmy w nieuznawanym państwie, które ma tak złe opinie w Sieci. Stwierdziłem więc, że jest na tyle spokojnie, że mogę zrobić zdjęcie telefonem.

Ups, zapomniałem wyciszyć telefon. No więc pół wagonu usłyszało, że robione jest zdjęcie. Z końca wagonu wstał człowiek, którego opisałbym jako typowego bałkańskiego podstarzałego macho – biała, rozpięta do połowy koszula, odpowiedni brzuszek, opalenizna, owłosienie, wszystko pasowało. Przeszedł się po wagonie, rozglądając się w każdą stronę, dobrze przyglądając się i nam, ale zagadał tylko do Ukraińców, mówiąc jednemu z nich, że fajny ma telefon. Po chwili wrócił na swoje miejsce na końcu wagonu i już do samego Tyraspola siedział odwrócony w stronę pozostałych foteli, rozglądając się.

Parę minut później pociąg ruszył. Po drodze mijaliśmy twierdzę w Benderach, przejeżdżaliśmy też mostem nad Dniestrem, a następnie trasa prowadziła wzdłuż drogi Tyraspol – Bendery. Mijane samochody często były jakby gorsze niż to, co widzieliśmy w Kiszyniowie. Spokojnie można było trafić na auta z okresu Związku Radzieckiego – trzeba jednak przyznać, że bardzo zadbane.

Przed samym Tyraspolem mija się kompleks klubu sportowego Sheriff. Mogliście słyszeć tę nazwę – Sheriff Tyraspol regularnie uczestniczy w europejskich pucharach. W skład kompleksu wchodzi: 10 pełnowymiarowych boisk piłkarskich, w tym jedno w hali, stacja benzynowa „Sheriff”, supermarket „Sheriff” (jest to najczęściej spotykana w kraju sieć supermarketów) i hotel „Sheriff”. Trzeba przyznać, że robi wrażenie.

W Tyraspolu wysiadło całkiem sporo osób. Na peronie stało paru milicjantów, i choć mój rosyjski jest bardzo słaby, to miałem wrażenie, że z głośników słyszę, dwukrotnie powtórzone:

– Pasażerów z Polski prosimy o wejście do budynku stacji i udanie się do służby migracyjnej.

Zastanawialiśmy się później, czy to możliwe. W końcu nikomu nie mówiliśmy po drodze, że jesteśmy z Polski. Krzysiek jednak miał na sobie koszulę z logo AleBrowaru, na którym bardzo wyraźnie napisane jest Hop Heads of Poland, a po wagonie przechadzał się ktoś, co do kogo nie byliśmy pewni, czy nie jest przypadkiem pracownikiem jakichś naddniestrzańskich służb. Niewykluczone jednak, że to wszystko nam się wydawało ze względu na legendy, jakie o Naddniestrzu krążą.

W holu stał wielki telewizor, na którym puszczany był pierwszy program telewizji rosyjskiej. W trakcie naszego pobytu na stacji akurat była to długa przemowa jakiegoś popa. Po drugiej stronie powieszony był rozkład jazdy pociągów, na którym zdecydowana większość pociągów była zawieszona ze względu na problemy finansowe.

Do okienka migracyjnej służby stała już spora kolejka. Udało się jednak dość szybko dostać karty migracyjne i je wypełnić. Karty mają opis po rosyjsku i po angielsku, więc z tym nie było żadnego problemu. W związku z tym, że byliśmy na terenie Naddniestrza mniej niż 10 godzin, celniczka powiedziała nam, by na kartach zaznaczyć tranzyt. Poprosiła też o przeczytanie na głos imienia, nazwiska i podanie otczestwa, które obok zapisu w łacince dopisała sobie obok cyrylicą. Do innych ludzi z kolejki faktycznie zwracali się otczestwem, więc gdyby coś ode mnie chcieli, byłbym Mateuszem Mirosławowiczem ;) Jedną część karty migracyjnej zabrano od razu na miejscu, drugą miałem mieć przy sobie i oddać na przejściu granicznym przy wyjeździe.

Cała procedura poszła jednak dość szybko. Dostaliśmy potrzebny stempel na karcie migracyjnej i od tego momentu byliśmy oficjalnie na terytorium Naddniestrza.