Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Category Archives: Życie codzienne

Z windy

Jadę windą. Mniej więcej w połowie drogi się zatrzymujemy. Wsiada facet, wiek może 50, może 55.

– Dzień dobry. – zaczynam.
– Dzień dobry, do szkoły?
– Nie, na uczelnię.
– O kurde, to współczuję.
– Nie ma czego, mam ze sobą książkę, poczytam na wykładzie.
– Ty lepiej poczytaj o naszym prezydencie, jak na stołek w Japonii wchodził.
– Panie, ja jestem na bieżąco.
– Taa, a potem będziesz tylko patrzył, jak się do dupy dobiorą.

Winda dociera na parter, wysiadamy. Każdy idzie w swoim kierunku.

Reklamy

Hello World, po 3 miesiącach

Ostanie trzy miesiące były ostre. Ostatni post pisałem w drodze do Warszawy i przed nami było jeszcze ładnych parę tygodni tam. Co zdarzyło się od tego czasu?

  • Byłem na Bemowie na pikniku lotniczym. Co prawda pogoda była taka sobie i część samolotów nie przyleciała, ale i tak cieszyłem się niemożliwie.
  • Pojechaliśmy na jeden dzień Polskim Busem do Berlina. Wyjazd opisała Kasia, używając przy okazji moich zdjęć. Dodałbym tylko, że komunikacja miejska w Berlinie, choć bardzo skutecznie nas wszędzie dowoziła, była zadziwiająco niezadbana.
  • Z Warszawy wróciliśmy do Tczewa i z pracy na studia zarazem. To był zadziwiająco intensywny semestr, jak na raptem 11 godzin tygodniowo, na których musiałem być. Zapewne w dużej mierze przez projekt inżynierski – napisaliśmy aplikację, która wymyśla neologizmy. Może nie robi wszystkiego, co miała robić, ale niekiedy wychodzą fajne rzeczy.
  • Nagle doszedłem do wniosku, że chce mi się kupować urządzenia elektroniczne. Zaopatrzyłem się więc w Kindla (świetny zakup!), programowalny zegarek (tu jeszcze nie wiem), a w ostatnich dniach w maksymalnie low-endowy tablet za 159 zł. Jak na wydaną kasę, jestem zadowolony.
  • Kupiłem nie-chcę-wiedzieć-ile ebooków. To uzależnia.

Przez ten czas w zasadzie nie miałem kiedy się zatrzymać i odpocząć. Ciągle w myślach było tylko „jeszcze wytrzymać ten tydzień”, a potem następny, i tak do świąt. W końcu jednak mam wolne i odpoczywamy z Kasią we Wrocławiu, korzystając z kolejnego superdługiego weekendu sponsorowanego przez Politechnikę Gdańską.

A co w tym roku? Trochę rzeczy się zmieni. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to już za niecały miesiąc przed personaliami będę miał „inż.”, ale na studia drugiego stopnia jak najbardziej pójdę, i to dziennie. I uczelnia nie będzie jedynym miejscem poza domem, gdzie będę spędzał godziny czasu dziennie, ale o tym później. W planach mam też razem z początkiem wiosny wrócić do biegania i pobiec w paru biegach.

Tradycji noworocznej musi stać się zadość, pora więc na garść statystyk z zeszłego roku:

  • Rower: 4 wyjścia, 55 minut, 10,2 km. Średnia prędkość: 11,09 km/h. Słabo.
  • Bieganie: 52 razy, 21 godzin 38 minut, 191,72 km. Średnie tempo: 6 minut 46 sekund na kilometr. Także mój pierwszy start w Biegu Powstania Warszawskiego. Plan na ten rok: biegać dalej.
  • Książki: 38 książek, 12 832 strony. O 5 książek mniej niż rok temu i o 2 mniej niż chciałem. Mniej więcej w listopadzie zaczęło iść niezgodnie z planem. Moje ulubione książki w tym roku: Syn zarządcy sierocińca i Księżniczka z lodu. Na ten rok też planuję 40 książek.
  • Filmy: 26 filmów. Najbardziej podobali mi się: Stażyści, Grawitacja i Sęp.
  • Postcrossing: 9 wysłanych, 8 odebranych kartek. Jakoś po podwyżce cen Poczty Polskiej się trochę odechciało.

Żywot licealisty

6:10. Budzę się o tej porze 3 razy w tygodniu, gdy mam lekcje na 7:30. Dzisiaj co prawda nie mam porannej matematyki, ale tylko dlatego, że nauczycielka jest na konkursie, na którym mam być i ja. W planach 7:30 Kangur, 9:00 powiatowy konkurs z angielskiego. Zdążę? Jak zwykle.

W ciągu 45 minut zdążyłem załatwić wszystkie czynności fizjologiczne, umyć się, ubrać, zjeść śniadanie, pozbierać swoje rzeczy. Plecak dziś nie jest ciężki – w praktyce idę na zaledwie jedną lekcję. Około 7 wychodzę z domu – o 7:06 autobus powinien być na przystanku.

10 minut w autobusie, kolejne 10 minut piechotą i jestem w szkole. Nauczycielka spieszy się z tłumaczeniem zasad Kangura, bym miał więcej czasu. Niestety, i tak ostatecznie pisać zaczynamy dopiero o 7:50. Mam 45 minut na rozwiązanie 30 zadań, gdybym mógł zostać, miałbym 75. Radzę sobie z 22 – ile z tego poprawnie? Gdy zostało mi 5 zadań do końca (3 po drodze pominąłem), patrzę na zegarek – jest 8:35. Pora kończyć. Szybko zbieram swoje rzeczy, oddaję kartę odpowiedzi i wychodzę. Ubieram się, wkładam słuchawki na uszy i spacerek do budynku CED-u na konkurs z angielskiego. Tutaj już nie muszę się spieszyć – następny punkt programu jest dostatecznie oddalony w czasie. W trakcie pisania opowiadania po angielsku czuję wibracje telefonu. Ktoś do mnie dzwoni. Jak zwykle zapomniałem na konkurs wyłączyć telefon, i zastanawiam się, kto to był i czego chciał. Nic, piszę dalej o moim pierwszym locie samolotem. Miało być 200-250 słów, było 258. Niemalże idealnie. O 10:20 kompletnie kończę pisać. Zostało jeszcze 20 minut siedzenia i czekania na koniec czasu. Piekielnie długie dwadzieścia minut, zwłaszcza, że jestem ciekaw, kto i co zawarł w treści, i po co dzwonił. Gdy słyszę, że możemy oddać prace, natychmiast wyjmuję telefon i… nic ważnego. Chyba pora wyłączać telefon, bo jestem zbytnio uzależniony.

Kolejny punkt wycieczki to parunastominutowy spacer do szkoły. Jest nieco wcześniej niż się spodziewałem i jednak jestem na wf-ie. Stroju oczywiście nie mam, bo po co? Na miejscu zaskoczenie – wuefistka wróciła z macierzyńskiego, jednak jak się okazuje tymczasowo tylko na jedną lekcję. Woźny natychmiast zagania wszystkich niećwiczących do roboty. Kończy się tym, że niesiemy przez kilkaset metrów sporą szafę i parę półek. Mi przypadają półki. Szafa jest dość szeroka, i nie zawsze między samochodami na chodniku się mieści, więc chłopacy udają samochód i idą środkiem ulicy. Dostarczamy ładunek do sióstr i wracamy.

Jeszcze tylko rozmowa na przerwie z dyrektorem odnośnie tegorocznego wyjazdu w Bieszczady. Trzeba będzie poszukać hosteli po drodze. Być może też tym razem uda się wyskoczyć do Lwowa. Przerwa się kończy, natychmiast idę na jedyną dzisiaj jeszcze lekcję – fizykę. A na fizyce… kartkówka. Zapowiedziana, ale zawsze. Trochę liczenia równań soczewki, trochę rysowania schematów, mnóstwo błędów, które na szczęście wychwytywałem na bieżąco i poprawiałem. Oddana też poprzednia kartkówka – dostałem piątkę. Wreszcie jakaś dobra wiadomość!

Lekcje kończą się o 13. Idę do domu, zjeść obiad i nieco odpocząć. Czytam Skrzydlatą Polskę, a następnie magazyn samorządu studentów Politechniki Gdańskiej „PUNKT G” który dostałem na wczorajszych dniach otwartych Politechniki. Potem jeszcze „Samodzielnik pierwszaka” – też z PG. Coraz bardziej mi się tam podoba, mimo opowieści o wojnach o przetrwanie, zwłaszcza na pierwszych semestrach. Potem godzinka przy komputerze i dalszy bieg.

Tym razem na 15:30 na jazdę. Kurs na prawo jazdy przeszedł już do części praktycznej – to była moja druga jazda. Jak na zamówienie, nieco po wejściu do samochodu zaczęło się przejaśniać. Z czasem było to nawet niekomfortowe, gdy słońce świeciło prosto w oczy. O ile za pierwszym razem miałem wrażenie, że idzie całkiem nieźle, tak tym razem miałem wrażenie, że poszło tragicznie. Może to wina godziny (poprzednio jeździłem o 21, teraz o 16, w godzinach szczytu) Udało mi się nawet na chwilę zatamować ruch na jednej z głównych ulic miasta, bo silnik mi zgasł. Tym razem instruktor był dużo żywszy – co chwila musiał, zresztą całkowicie słusznie, mnie opieprzać. Mam nadzieję, że się nauczę wreszcie porządnie puszczać sprzęgło, ruszać i zmieniać biegi. Po 1,5 godziny jazdy podjechałem pod moją klatkę schodową i wysiadłem z samochodu. Kolejna jazda w poniedziałek. Jeśli nadal będzie szło tak cudownie, to uważajcie lepiej na mieście na czerwone Grande Punto.

Powróciłem do domu, ochłonąłem, usiadłem do komputera i nadal siedzę. Ponosi mnie jeszcze do tego wena, czego efektem jest poprzedni i ten wpis na blogu, jak również inne prace. Za chwilę umyję włosy, wtedy pouczę się teorii na prawko (przydałoby się wreszcie pójść zdać ten wewnętrzny!), może pobawię się chwilę w programowanie w pythonie (ciekawi mnie wielowątkowość ;]) i pójdę spać. Lekcje dopiero na 10:15, i to godzina wychowawcza, więc nie muszę się specjalnie spieszyć. Aczkolwiek angielski przydałoby się rano zrobić…

Nieźle, na razie.

No i rozpoczął się rok szkolny. Na razie parę przemyśleń odnośnie planu lekcji (2 liceum):

  • 35 lekcji tygodniowo. Nieźle – rok temu było 37 + kółko informatyczne. W tym roku zobaczymy co z kółkiem.
  • Rozkład – 9,8,6,6,6. Też nieźle – zaraz po weekendowym odpoczynku zapieprz, potem z każdym dniem spokojniej.
  • 3x w tygodniu na 7:30 – spodziewałem się, że 5. Raz nawet mam na 10:15, i jest to… środa.
  • Piątek bez przedmiotów rozszerzonych – za to z 2 polskimi i 2 wf-ami. Do tego angielski i biologia. Nie ma to jak przyspieszony weekend. Są plotki o basenie w piątek – raczej wątpię.
  • W klasie matematyczno-fizycznej mam 5 godzin polskiego w tygodniu. Niby nic takiego, ale matematyki też. Do tego trzy fizyki, i – jednak – informatyka – dwie godziny w tygodniu.
  • Mieliśmy mieć już tylko jedną biologię i jedną chemię w tygodniu, a mamy tylko jedną chemię i dwie biologie.

Mimo wszystko, jest nieźle. Wygląda na to, że będę się wyrabiał ze wszystkim, nawet z jeżdżeniem do Sopotu 3x w tygodniu na rehabilitację, co robię od zeszłego tygodnia (o tym więcej kiedy indziej). Milutko.

Sprzedam rower

Rowerzysta może jechać chodnikiem tylko w dwóch przypadkach:
– kiedy opiekuje się osobą w wieku do 10 lat
– szerokość chodnika wzdłuż drogi, po której ruch pojazdów jest dozwolony z prędkością większą niż 50 km/h, wynosi co najmniej 2 m i brakuje wydzielonej drogi dla rowerów

Naruszenie przepisów o korzystaniu z chodnika – 50 zł

za http://www.rower.com/archiwum.php?art=3768

Sprzedam rower. Ewentualnie zmienię papiery na bycie poniżej 10 lat. Cokolwiek. Bo na cholerę mi rower, jak nie mogę jeździć po mieście po chodnikach, a przy moich umiejętnościach rowerowych skończę pod kołami jakiegoś samochodu?

Odnośnie testu religijności; Brak ciepłej wody

Parę dni temu dałem na blogu post odnośnie testowania religijności. Pisałem tam też, że jednocześnie wrzuciłem link do tego testu na wykop. Co prawda na stronę główną nie poszło (w tej chwili 17 wykopów), za to, tak jak się spodziewałem, w komentarzach rozpoczął się istny flamewar. Typowe przy wstawianiu linków kontrowersyjnych, szczególnie związanych z religią, ale jak widać sama bitwa w komentarzach nie wystarczy na stronę główną.

Z innych ciekawostek:

A myślałem, że takie rzeczy już się nie zdarzają, tymczasem po dwóch latach przerwy znowu nie będę miał ciepłej wody w domu, i to tym razem na 16 dni. Jak w takiej sytuacji poradzić sobie z myciem? Proste – grzać wodę w garnkach. Może i proste, ale czasochłonne, szczególnie jak czyjeś włosy wymagają codziennego mycia, jak w moim wypadku. Cóż, z większymi problemami sobie jakoś radziło.

Dziwny poranek

Dziwny ten poranek. Nie dość, że poszedłem spać o północy, to jeszcze obudziłem się samodzielnie o 5:55, a powinienem o 6:45, co gorsza byłem wyspany.

Zaraz po ubraniu się spacer. Nieco wymuszony przez okoliczności, ale bardzo przydatny. Jest całkiem ciepło, ale widać chmury na północ. Z której wieje wiatr? Północnej. Niezbyt przyjemnie, może padać. Trudno, wezmę kurtkę i jakoś to przetrwam. Tyle chodzę, że dla mnie lepszy byłby odpowiednik serwisu bikestats.pl , ale jako walkstats.pl, może nawet taki jest, nie sprawdzałem. Bułgarzy na bazarze dopiero się rozkładają, jeszcze nie widać vana z nagą pamelopodobną kobietą na masce.

Po chwili wracam. Na bazarze rozłożyły się już handlarki kwiatami. „Pani, kwiatuszki na dzień matki”. Ja mój prezent już dałem.

Pakuję plecak, mp3 nie biorę, mimo że ładowałem przed chwilą. Wkładam marynarkę, kurtkę, podręczniki… aparat. Może się przydać. Myję zęby i zaraz wychodzę. Po co tak wcześnie, nie wiem. Wiem, że przez to będę w szkole o jakieś 55 minut za szybko. Trudno, ktoś z moich znajomych na pewno już będzie. To tylko ja zwykle jestem takim śpiochem…

Wojny śmietnikowe, koniec ferii i takie tam

Kilka dni temu ze zdziwieniem stwierdziłem, że przy śmietniku widzianym przeze mnie z okna majstrują robotnicy. Następnego dnia okazało się, że montują drzwiczki. Zastanawiałem się, po co drzwiczki do ceglano-blaszanej wiateczki z trzema pojemnikami na śmieci. Odpowiedź poznałem dwa dni później, a zarazem dwa dni temu, wynosząc tam śmieci. Otóż, drzwiczki były już niemalże gotowe, a w środku stała sprzątaczka z bloku obok. Wyrzuciłem śmieci, i grzecznie spojrzałem na nią, jako że obserwowała mnie z odległości około jednego metra. Zapytała, z którego bloku jestem, wskazałem więc na miejsce, z którego piszę notkę, po czym rozmowa potoczyła się dalej:

Sprzątaczka: Nie będziecie już tu przychodzić wyrzucać śmieci.
Ja: A przepraszam, z jakiego powodu?
Sprzątaczka: Właśnie montowane są drzwiczki i śmietnik będzie zamykany.
Ja: Po co?
Sprzątaczka: Ten śmietnik należy do TEGO bloku. [wskazała przy tym na blok obok] Wy macie swój śmietnik gdzieś tam. Odtąd tam będziecie chodzić.
Ja: Hmm… Głupie, ale cóż.

Sprzątaczka uśmiechnęła się, cała radosna z tego, że udało jej się pokazać mi moje miejsce w szeregu. Wybyłem zatem, zmierzając w kierunku babci, z którą miałem iść na zakupy, śmiejąc się coraz bardziej. Wyjaśniłem jej, co się stało, po czym wyruszyliśmy na zakupy. Najwyraźniej ta kwestia niesamowicie ją zajmowała, ponieważ co chwila wracała do niej w dyskusji. Stwierdziłem, że mam dość rozmowy o tym, chcę po prostu wiedzieć, gdzie ja w końcu do cholery mam te śmieci wyrzucać? Zrozumiała.

Zaraz po powrocie do domu usiadłem do komputera, by zająć się kolejnym niesamowicie ważnym przelotem (o tym później), wyjrzałem jednak przez okno, by zobaczyć, że śmietnik już zamknięty, najwyraźniej na klucz (nie wiem, nie dotarłem tam jeszcze), a przed śmietnikiem stoi już pierwszy worek z czyjąś produkcją zbędną. Poinformowałem o tym babcię, i podczas mojego przelotu na trasie, której już nie pamiętam (zapewne Pruszcz Gdański – Wilno, albo Wilno – Mińsk, o ile dobrze kojarzę daty) usłyszałem rozmowę telefoniczną, dobiegającą z przedpokoju. Była ona bardzo emocjonalna, ale zawierała kilka tez i postulatów, z którymi się zgadzam, a mianowicie:

    • – Do czego to dochodzi, by śmietniki zamykać.
      – Śmietnik, do którego teraz podobno mamy chodzić, znajduje się o 50 metrów dalej, i jest współdzielony z jednym lub dwoma blokami (aż tak dokładnie nie znam rozkładu śmietników na osiedlu :D), podczas gdy większość bloków ma własne śmietniki, niektóre nawet dwa.
      – Do czasu rozwiązania tej kwestii pod drzwiczkami nowozamkniętego śmietnika będą pojawiać się kolejne worki.
  • Pojawiły się też odpowiedzi i usprawiedliwienia:

    • – Administracja dowiedziała się o tym dopiero dzisiaj, jako że okazuje się, że blok stojący 30 m stąd należy do innej spółdzielni.
      – Jak wynika z informacji administracji naszej spółdzielni, tamten śmietnik został zamknięty z powodu regularnego przepełniania go przez okoliczne: sklep spożywczy, aptekę, solarium, salon fryzjerski, kebabownię, a także nasz blok.
      – Kluczyki do śmietnika posiadają wyłącznie mieszkańcy sąsiedniego bloku.
  • Wnioski wyszły takie, że nasz blok powinien mieć swój śmietnik. Aby jednak tego dokonać, musiałoby znaleźć się na niego miejsce, co oznacza ograniczenie miejsca na plac zabaw. Bardzo przyjemna sytuacja, nieprawdaż? Niemniej, co za różnica, do którego śmietnika kto wyrzuca śmieci, skoro i tak trafiają w to samo miejsce?

    Kończą się ferie zimowe w moim województwie. Zaliczam je do udanych, jako że 20 godzin spędziłem grając w Microsoft Flight Simulator 2004, co zaliczam do czasu zmarnowanego, niemniej było fajnie, rozbiłem w tym czasie około sześciu samolotów, nie licząc gry multiplayer z kolegą, w trakcie której dokonaliśmy chyba czterech czy pięciu zderzeń (nie zapomnę tego „O fuck, zrzuciłem paliwo!!!” nad Zatoką Gdańską podczas przelotu na trasie Babie Doły – Kaliningrad ;]). Swoją drogą, w tym czasie miejsce miała również jedna katastrofa realna (wypadek samolotu CASA w Mirosławcu – chciałem tam polecieć, ale lotniska w Mirosławcu nie ma w FS2004), cóż, samoloty czasem spadają, zdarza się. A że ILS był niesprawny – cóż, można uznać, że nigdy go tam właściwie nie było, skoro stał od sześciu lat nieruszany. Jest też jedna pozytywna strona żałoby narodowej – strony w odcieniach szarości wyglądają moim zdaniem wyjątkowo dobrze (ma ktoś stary czarno-biały monitor na stanie? :D) i niektóre przynajmniej mogłyby takimi pozostać. W trakcie ferii wpadłem też przynajmniej na kilka szaleńczych pomysłów, ale o tym niewykluczone, że opowiem później. Na dzisiaj wystarczy ;)

    Złomiarz / Lubię Czyżykowo.

    Dnia dzisiejszego przeniosłem z dwoma osobami 17 kg żelaza (najprawdopodobniej) do skupu oddalonego o 2 km, a to wszystko podczas lekcji wf-u. Jak do tego doszło? Otóż szkoła zakupiła nowy budynek, na którego poddaszu prowadzone są prace remontowe, których ostatecznego efektu jeszcze nie jestem w stanie pojąć. Niemniej, dyrygujący pracami Pan Rysiu (szkolny woźny/konserwator) kazał niećwiczącym wyrzucić nieco metalowych szyn (nie mylić z kolejowymi) na śmietnik. Dzięki kreatywności jednego z nich, trójka osobników (w tym ja) udała się za zgodą nauczyciela z nimi do skupu złomu, oddalonego o 500 m od szkoły. Niestety, skup był zamknięty i zaistniała koniecznośc przeniesienia ich do następnego. Śnieg zawiewał, deszcz padał, było zimno, ale donieśliśmy. Skup numer 2, jak nazwę go tutaj, bo nie znam się specjalnie na tym, był położony przy torach kolejowych, w obrębie kompleksu dworca kolejowego i okolic. Na ostatnich dwustu metrach trasy mogliśmy obserwować pociąg osobowy, którego podróżni z zaciekawieniem obserwowali nas. Pomachałbym, ale niestety miałem obie ręce zajęte. Ciekawie to musiało wyglądać, trzech nastolatków niesie pełno metalowych prętów do skupu w środku dnia, częściowo przemoczeni, bądź też, jak w moim wypadku, ubrudzeni od wiadra, w którym niosłem „ładunek”. Nie powinno jednak robić to większej różnicy przez większość trasy, którą się poruszaliśmy, jako że szkoła położona jest w części miasta, w której takie sytuacje wydają się całkiem normalne.

    Poznałem dzięki temu dziś coś dla mnie nowego, też na swój sposób ciekawego. A efekt? 7,50 zł za 17 kg, czyli po 2,50 na osobę. Opłacało się?

    Jadąc dzisiaj ze szkoły w kierunku może tym samym, ale z pewnością przeciwnym zwrocie, stwierdziłem, że jazda autobusem na osiedle Czyżykowem się zwące jest może krótsza, ale z pewnością ciekawsza. Zaraz po zajęciu miejsca w autobusie ujrzała mnie w nim stojąca na zewnątrz znajoma, która zaczęła pokazywać na mnie palcem i śmiać się do swoich znajomych. Odwróciłem uprzejmie głowę, by nie dostarczać jej powodów do niekontrolowanego ćwiczenia mięśni brzucha, a autobus, inny zresztą niż na trasie przez Suchostrzygi, gdzie jeżdżą prawie same Mercedesy i Volvo (3 lub 4, obie z Dworca przez Suchostrzygi na Czyżykowo), bo tym razem jechałem bodajże Jelczem (trasa nr 8, prowadząca też z Dworca, też na Czyżykowo, też przejeżdżająca przez Stare Miasto, ale wcześniej jeszcze przez Nowe Miasto, zamiast nieco dłużej przez Suchostrzygi, toteż mniej uczęszczana, jako że Suchostrzygi stanowią 1/3 całej ludności Tczewa, tak to jest z blokowiskami). Siedzi się praktycznie tak samo wygodnie, więc dużej różnicy nie ma, może poza tym, że hałas większy i jakość podróży też nieco, ale przejeżdża się przez zupełnie inne tereny. Nie bloki, a kamienice, później szpital, cmentarz, fabryka Eaton, domki, Lidl (to akurat na obu trasach), potem niemalże jednakowe domy wielorodzinne, różniące się tylko kolorem, które podobno powstały w latach 40. w czasie okupacji niemieckiej albo i wcześniej, w jednym z nich zresztą mieszkałem, a teraz mieszka moja babcia, do której właśnie jechałem. Spokojniej, mimo że na Czyżykowie trzy wiodące grupy społeczne które zdążyłem zaobserwować to:
    a) kibole
    b) emeryci
    c) menele.
    Mimo wszystko, to właśnie Suchostrzygi są uznawane za najniebezpieczniejsze osiedle, co może tłumaczyć to, że średnio parę razy w tygodniu słyszę okrzyki „Arka Gdynia” w pobliżu bloku. Gdy zaś przyjeżdżam na Czyżykowo, to dojazd na Stare Miasto i z niego jest cudowny (praktycznie co 2 minuty jakiś autobus, na Suchostrzygi co 8), samochodów jeździ mniej, ma się wrażenie, jakby przyjechało się do jakiegoś odrębnego miasteczka. Co z tego, że jedyny sklep z ubraniami to lumpeks, co z tego, że większość spożywczych utrzymuje się z gałęzi monopolowej, co z tego, że są tu raptem 2 kioski i salon prasowy w księgarence, która z książek się nie utrzymała, więc dorzuciła gazety, zabawki, papeterię i artykuły biurowe. Co z tego, że moja babcia nie ma łącza internetowego, a nawet komputera (kiedyś był jeden z moich dawniejszych komputerów, który po zamianie mieszkań był używany tylko przeze mnie, ale wywieźliśmy go), a w telewizorze ma tylko 19 kanałów, w tym z muzycznych Vivę Polska, a z informacyjnych BBC World i TVP Info (lubię, ale mimo wszystko w ostatnim czasie wolę tvn24 :)) Tam jest jakoś inaczej, miło, spokojnie, a może to po prostu moje wspomnienia z dzieciństwa biorą górę.

    Aha, i jeszcze jedno. Kupiłem ten kurs rosyjskiego z Gazety Wyborczej. Może się czegoś nauczę :)

    Krew, LP i Sikorski

    Nasza służba zdrowia jest cudowna… Czekać godzinę na pobranie krwi, by się okazało że w tym laboratorium nie przyjmują krwi na badania specjalistyczne, przejechać 2 km do drugiego w ulewnym deszczu przy użyciu komunikacji miejskiej (czyli przejść ponad 300 m i przy okazji kompletnie się zmoczyć), tam czekać kolejną godzinę, by w końcu ledwo co dali radę wycisnąć potrzebną ilość krwi…

    Skoro już o krwi, to informacja z lpzion.org:

    Razem z wypuszczeniem singla Bleed It Out, w Malezji ruszyła kampania krwiodawstwa, która została zorganizowana przez tamtejszy oddział Warnera. Cała akcja odbędzie się 6 sierpnia.

    Piękna promocja, mi też dzisiaj podczas pobrania „grało w głowie”.

    Przeczytałem już książkę Sikorskiego, i, jako że nie mam zbyt wiele czasu, to po prostu polecam lubiącym czytać reportaże i/lub tematykę Afganistanu.