Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Tag Archives: warszawa

Skoczmy do Mołdawii, bo czemu nie (Mołdawia i Naddniestrze, #1)

Od jakiegoś czasu męczył mnie taki drań, co to się travel bug nazywa. Łaził za mną i podszeptywał.

– No pojedź gdzieś, pojedź.

Wredna z niego bestia, to i w końcu mu uległem. Gdy zobaczyłem, że LOT w Szalonej Środzie oferował kilka wschodnioeuropejsko-bałkańskich kierunków, w tym Mołdawię za 399 zł w obie strony, puściłem SMS do znajomego, który natychmiast zapalił się do pomysłu. Jeden spontaniczny zakup później zostałem posiadaczem biletów na dni 5 i 7 czerwca na trasie Warszawa – Kiszyniów. Do zestawu były jeszcze potrzebne bilety na Pendolino. Bardzo przydatne jest przypomnienie na 30 dni przed odjazdem, by kupić bilety – to najwcześniej, jak da się je dorwać, a wtedy bilet studencki kosztuje 24 zł. W Warszawie byliśmy o 8:30, co jest wystarczającym zapasem jeśli chodzi o transfer i odprawę na Okęciu.

Warszawa z okna pociągu

Z Dworca Centralnego są dwa dobre sposoby na dostanie się na lotnisko:

  • Pociąg – na lotnisko jeżdżą pociągi SKM i Kolei Mazowieckich, w obu honorowane są bilety warszawskiego ZTM (z tym że w KM trzeba pójść do kierownika pociągu, by „skasował” bilet). Podróż trwa około 20-25 minut, więc potrzebny jest bilet jednorazowy przesiadkowy ważny 75 minut – 4,40 normalny, 2,20 ulgowy. Niektóre pociągi jadą z Centralnego, inne ze Śródmieścia (połączony z Centralnym, ale ok. 10 minut piechotą)
  • Autobus 175 odjeżdża sprzed Dworca Centralnego. Bez korków droga trwa 22 minuty. Cena ta sama co w przypadku pociągu, bilety też.

My wybraliśmy pociąg i wysiedliśmy na podziemnym peronie, z którego bezpośredni korytarz prowadzi do terminalu. Zaraz przy wyjściu z korytarza są od niedawna dwa McDonaldy z całkowicie normalnymi cenami. Odprawy na Okęciu są piętro wyżej i w przypadku LOT-u najpierw podchodzi się do któregoś z kiosków samodzielnej odprawy, by wydrukować sobie papierek pełniący funkcję karty pokładowej, a następnie do stanowiska odprawy, by tam zostawić bagaż.

Samoloty LOT i szwajcarskich linii lotniczych stoją przy bramkach po prawej stronie terminala.

Razem z otwarciem świeżo wyremontowanej części terminala lotniskowego, otwarto też taras widokowy. Wejście do niego jest spoza budynku, z lewej strony. Zdecydowanie nie polecam schodów w ciepłe dni, chyba że ktoś lubi spacer cztery piętra w dół w bardzo słabo wentylowanej klatce schodowej bez klimatyzacji. Sam taras jest bezpłatny i przyjemny.

Taras widokowy

Samolot Small Planet Airlines

Kontrola bezpieczeństwa jest prowadzona w dość standardowy sposób, choć załapałem się chyba pierwszy raz na przegląd absolutnie całej zawartości plecaka. Jako że lecimy poza strefę Schengen, po niej jeszcze kontrola paszportowa i można już czekać na samolot.

Strefa oczekiwania na samolot dla lotów non-Schengen

Na trasie do Kiszyniowa latają Bombardiery DHC-8-400, które są samolotami turbośmigłowymi i mieszczą na pokładzie 78 pasażerów. Do niedawna te samoloty należały do EuroLOT, teraz zostały przejęte przez spółkę-matkę (podobnie jak samo połączenie do Kiszyniowa). Zapewne wpływ na to mógł mieć trwający długi weekend, ale na pokładzie do Mołdawii leciało tylko ok. 30 osób.

Bombardier Dash 8 Q400, SP-EQC

W samym przelocie wyróżniało się tylko parę rzeczy. Jedno to oczywiście darmowy poczęstunek, którego na pokładzie tanich linii się nie uświadczy ;)

Poczęstunek - szklanka wody i Prince Polo

Kolejna kwestia – przy podchodzeniu do lądowania nieźle trzęsło. Swój wpływ na to oczywiście miał wiatr, ale myślę, że i rozmiar samolotu, porównując z A320 czy B737. Do tego samoloty turbośmigłowe to dużo wyższy poziom hałasu – na tyle, że części komunikatów załogi po prostu nie dało się zrozumieć.

Pas lotniska w Kiszyniowie

Mniej więcej w rozkładowym czasie wylądowaliśmy w Kiszyniowie. Budynek terminala jest właśnie rozbudowywany, więc nie cała powierzchnia jest dostępna. Autobus, który podjechał po nas do samolotu bardzo przypominał tczewskie pojazdy Meteora.

Terminal lotniska w Kiszyniowie

W autobusie lotniskowym

Jednej rzeczy na miejscu nie ogarnęliśmy – zaraz po wyjściu z samolotu część osób podchodziła do obsługi naziemnej, by odebrać od nich bagaż, który jak się okazało, był bagażem podręcznym włożonym do luku. Przez to na moment opóźniliśmy autobus lotniskowy, bo myśleliśmy, że też musimy odebrać nasz w ten sposób. Okazało się jednak, że bagaż rejestrowany powędrował w normalny sposób do terminala.

Jeszcze tylko kontrola paszportowa, dokonana przez niespecjalnie uśmiechniętą celniczkę i odtąd mogę mówić, że byłem w trzynastu krajach. A może już czternastu? Odnośnie tego można dyskutować, ale o tym w następnych częściach.

Tymczasem jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia, które jak japoński turysta strzelałem wszystkiemu, co było poniżej mnie i wyglądało jak rzeka, miasto lub przejście graniczne podczas lotu, polecam album na Imgurze. Tam też zapraszam tych, którym nie chce się czekać na kolejną część :)

Reklamy

Hello World, po 3 miesiącach

Ostanie trzy miesiące były ostre. Ostatni post pisałem w drodze do Warszawy i przed nami było jeszcze ładnych parę tygodni tam. Co zdarzyło się od tego czasu?

  • Byłem na Bemowie na pikniku lotniczym. Co prawda pogoda była taka sobie i część samolotów nie przyleciała, ale i tak cieszyłem się niemożliwie.
  • Pojechaliśmy na jeden dzień Polskim Busem do Berlina. Wyjazd opisała Kasia, używając przy okazji moich zdjęć. Dodałbym tylko, że komunikacja miejska w Berlinie, choć bardzo skutecznie nas wszędzie dowoziła, była zadziwiająco niezadbana.
  • Z Warszawy wróciliśmy do Tczewa i z pracy na studia zarazem. To był zadziwiająco intensywny semestr, jak na raptem 11 godzin tygodniowo, na których musiałem być. Zapewne w dużej mierze przez projekt inżynierski – napisaliśmy aplikację, która wymyśla neologizmy. Może nie robi wszystkiego, co miała robić, ale niekiedy wychodzą fajne rzeczy.
  • Nagle doszedłem do wniosku, że chce mi się kupować urządzenia elektroniczne. Zaopatrzyłem się więc w Kindla (świetny zakup!), programowalny zegarek (tu jeszcze nie wiem), a w ostatnich dniach w maksymalnie low-endowy tablet za 159 zł. Jak na wydaną kasę, jestem zadowolony.
  • Kupiłem nie-chcę-wiedzieć-ile ebooków. To uzależnia.

Przez ten czas w zasadzie nie miałem kiedy się zatrzymać i odpocząć. Ciągle w myślach było tylko „jeszcze wytrzymać ten tydzień”, a potem następny, i tak do świąt. W końcu jednak mam wolne i odpoczywamy z Kasią we Wrocławiu, korzystając z kolejnego superdługiego weekendu sponsorowanego przez Politechnikę Gdańską.

A co w tym roku? Trochę rzeczy się zmieni. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to już za niecały miesiąc przed personaliami będę miał „inż.”, ale na studia drugiego stopnia jak najbardziej pójdę, i to dziennie. I uczelnia nie będzie jedynym miejscem poza domem, gdzie będę spędzał godziny czasu dziennie, ale o tym później. W planach mam też razem z początkiem wiosny wrócić do biegania i pobiec w paru biegach.

Tradycji noworocznej musi stać się zadość, pora więc na garść statystyk z zeszłego roku:

  • Rower: 4 wyjścia, 55 minut, 10,2 km. Średnia prędkość: 11,09 km/h. Słabo.
  • Bieganie: 52 razy, 21 godzin 38 minut, 191,72 km. Średnie tempo: 6 minut 46 sekund na kilometr. Także mój pierwszy start w Biegu Powstania Warszawskiego. Plan na ten rok: biegać dalej.
  • Książki: 38 książek, 12 832 strony. O 5 książek mniej niż rok temu i o 2 mniej niż chciałem. Mniej więcej w listopadzie zaczęło iść niezgodnie z planem. Moje ulubione książki w tym roku: Syn zarządcy sierocińca i Księżniczka z lodu. Na ten rok też planuję 40 książek.
  • Filmy: 26 filmów. Najbardziej podobali mi się: Stażyści, Grawitacja i Sęp.
  • Postcrossing: 9 wysłanych, 8 odebranych kartek. Jakoś po podwyżce cen Poczty Polskiej się trochę odechciało.

Urwane sceny z pociągu

Koleś w koszulce z napisem „ten diabełek jest już zajęty”, który nie może ustać 3 sekund w jednym miejscu. Dwie dziewczyny, dyskutujące o rekolekcjach, znajomych księżach i wpływie Boga na ich życie. Dziecko, oglądające bajki na tablecie, gdy jego mama gra w pasjansa na laptopie. Jezioro na podłodze pokładowej łazienki.

I książka, która ruszyła.

image

Veturilo!

W Warszawie dostępne są rowery miejskie Veturilo. Od samego początku wyjazdu nakręcałem się, że będę z nich korzystał… po czym dopiero po miesiącu założyłem sobie konto w systemie. A pierwszy raz pojechałem jeszcze trzy tygodnie później.

System działa pod paroma względami podobnie jak tczewska karta miejska. Na początku trzeba przelać inicjalną opłatę 10 zł (do wyboru są płatności przelewem i kartą), po której aktywowane zostaje konto. Do zalogowania i wypożyczenia roweru potrzebny jest numer telefonu i sześciocyfrowy kod PIN, który samemu się sobie wybiera, można też zakodować konto na karcie miejskiej / legitymacji studenckiej. Inicjalna opłata jest do wykorzystania – ale bardziej teoretycznie. Przynajmniej przy płatności przelewem.

Zaraz po pierwszym przejeździe, który przekroczył nieco granicę 20 minut, tym samym stał się płatny (1 zł, nie majątek), dostałem maila o zablokowaniu konta. Po przeczytaniu regulaminu okazało się, że aby wypożyczyć rower, na koncie trzeba mieć minimum 10 zł, jeśli płaci się przelewem, a nie ma się podpiętej karty płatniczej.

Dzisiaj biegałem między innymi po Parku Łazienkowskim, obok którego mieści się parę stacji systemu. Przy tej stacji stało ponad 20 rowerów, jednak pierwszy z nich był zaczepiony na zamek, którego mimo wyboru odpowiedniego kodu nie mogłem odblokować. Szybko zwróciłem więc rower i wybrałem inny. Ten z kolei zamka w ogóle nie miał, ale to mi nie przeszkadzało – w planie miałem przejechać tylko kilka kilometrów od stacji do stacji.

Jadąc Rakowiecką, trochę się rozpędziłem, po czym… spadł mi łańcuch. Na szczęście, do stacji przy Polu Mokotowskim było już blisko.

Choć moje wszystkie 3 wypożyczenia roweru odbyły się z przygodami, bardzo podoba mi się system rowerów miejskich. Są świetnym sposobem przemieszczania się z miejsca na miejsce i mam nadzieję, że kiedyś pojawią się i w Gdańsku. A to, że przejazdy do 20 minut są darmowe, jeszcze bardziej zachęca.

Swoją drogą, po Warszawie jeździ się lepiej, niż spodziewałem się po poprzednich wizytach w tym mieście. Czasami zdarzają się ścieżki rowerowe, chociaż Gdańsk toto nie jest…

Kopanina w deszczu: RKS Okęcie Warszawa – Mazowsze Grójec 1:2

Data: 10.08.2013, 11:00
Miejsce: ul. Radarowa 1, Warszawa
Widzów: ok. 70
Liga (klasa rozgrywkowa): IV liga, grupa mazowiecka południe (5.)
Cena biletu: 0 zł

Nie fascynuje mnie zbytnio piłka na światowym poziomie. Nigdy jeszcze nie byłem na meczu wyższej klasy rozgrywkowej, niż trzecia, a gdy widzę mecz w telewizji, nieczęsto mam ochotę oglądać go do końca. To, co faktycznie jest dla mnie ciekawe w meczach piłki nożnej, to lokalny folklor – komentarze dziadków, uważających się za ekspertów w dziedzinie piłki nożnej, emocje ludzi, którzy często są bezpośrednimi krewnymi grających na boisku, śmieszne i dziwne sytuacje (pamiętacie „Daj kamienia”? Filmik został nagrany na stadionie w Tczewie, na meczu Unii – klubu, na którego spotkaniach byłem co najmniej kilkanaście razy). Interesują mnie drużyny skazane na porażkę, kluby, których piłkarze grają bardziej po to, żeby sobie pobiegać. Dlatego, gdy chciałem pójść na mecz w Warszawie, zamiast na stadion Legii, wybrałem się na Okęcie, gdzie swoją siedzibę ma klub RKS Okęcie Warszawa.

Stadion Okęcia przypomina nieco stadion Unii/Gryfa w Tczewie. Też ma trybunę o podobnej liczbie krzesełek, tutaj jednak boisko mieści się nieco dalej przez bieżnię, która prowadzi wokół niego. Raczej dawno nikt na niej nie biegał. Poza główną trybuną na stadionie znajduje się też specjalna trybuna dla VIP-ów.

Robotniczy Klub Sportowy Okęcie Warszawa ma długą tradycję – powstał już w 1928 roku. W poprzednim sezonie drużyna znalazła się na miejscu spadkowym z IV ligi, ale w związku z bankructwem Polonii Warszawa Mazowiecki Związek Piłki Nożnej postanowił o zwiększeniu obu grup IV ligi mu podlegających, tak by zmieścić w nich Polonię. Dzięki takiej decyzji Okęcie pozostało jednak w swojej dotychczasowej klasie rozgrywkowej.

W pierwszym spotkaniu sezonu 2013/2014 rywalem stołecznego klubu była drużyna Mazowsza Grójec, z którą w zeszłym sezonie Okęcie przegrało dwukrotnie. Piłkarze i działacze z Grójca przyjechali do Warszawy małym autobusem lokalnego PKS-u.

Przed meczem, w trakcie rozgrzewki, obsunęła się siatka na jednej z bramek. Działacze dzielnie walczyli z niesforną siatką.

Piłkarze Okęcia grali w niebiesko-białych strojach, goście z kolei przywdziali barwy żółto-niebieskie.

Drużyny i sędziowie wyszli na boisko, mecz się rozpoczął, a potem… zaczęło lać. I tak przez całą pierwszą połowę i duży kawałek drugiej. Wielu widzów schowało się do budynku klubowego i oglądało mecz przez okna.

Jak można się spodziewać, w pierwszej połowie działo się niewiele. Do przerwy wynik był bezbramkowy, z delikatną przewagą Mazowsza. W przerwie meczu obszedłem okolicę – jak się okazuje, zaraz obok stadionu mieści się ośrodek egzaminacyjny, który wygląda trochę inaczej niż gdański PORD. Przed meczem wciśnięto mi w ręce ulotkę jakiejś szkoły jazdy, z komentarzem „jeździmy też do Łomży”, tak, bym pamiętał na wypadek niezdanego egzaminu. Niestety, zdałem 3,5 roku temu ;)

W drugiej połowie działo się więcej – dość szybko samobójczą bramkę strzelił jeden z piłkarzy Okęcia.

Po bramce ożywili się dotąd milczący kibice Okęcia – okazało się, że drużyna ma swoich szalikowców! Na oko było ich około dziesięciu, zaczęli od rzutu petardą w stronę pola gry i okrzykami „Jesteśmy z wami, Okęcie jesteśmy z wami”. Później jeszcze parę razy się odzywali, z ich pieśni zapamiętałem przede wszystkim słowa „wiecznie najebani” i okrzyki „Legia Warszawa”. To tłumaczyło też, skąd logo Legii namazane sprayem na bramie wejściowej stadionu. Z kolei na kiosku swoją siedzibę miał spiker, który odzywał się, gdy akurat nie padało.

Strata bramki podziałała mobilizująco na piłkarzy stołecznej drużyny – nagle okazało się, że potrafią stworzyć zagrożenie dla bramki przeciwnika. Faktycznym katalizatorem okazała się jednak dopiero czerwona kartka dla jednego z graczy z Grójca. Tuż po niej po udanej akcji to grójecki bramkarz musiał wyciągać piłkę z siatki.

Jeden z piłkarzy Mazowsza najwyraźniej powiedział albo zrobił coś podczas fetowania strzelonej bramki, bo chwilę później otrzymał czerwoną kartkę i żółto-niebiescy tym samym musieli grać dalej w dziewięciu. Mimo tak dużej przewagi, gospodarze nie potrafili przekuć okazji w bramki. W doliczonym czasie gry udało się to jednak graczom Mazowsza.

Zaraz po bramce sędzia zakończył spotkanie. Drużyna z Grójca wróciła do domu z trzema punktami pomimo dwóch czerwonych kartek.

Na takich meczach nie dzieje się zbyt wiele ciekawego. Pomimo tego, bardzo lubię ich kameralną atmosferę. Nie pomyślałbym jednak o pójściu na mecz Okęcia, gdybym nie czytał ostatnio tak dużo o groundhoppingu – zwłaszcza na kartofliska.pl.

EDIT 21:19 – Tu zdjęcia z meczu zalinkowane na oficjalnej stronie klubu.

Bieg Powstania Warszawskiego

Mniej więcej w okolicach moich urodzin stwierdziłem, że zdecydowanie pora wziąć się za siebie w kwestii aktywności fizycznej. Przebiegnięcie przejścia dla pieszych, by zdążyć na zielonym, sprawiało, że czułem się zmęczony.

Trzeba było jednak jeszcze wybrać dyscyplinę. Rower odpadł ze względu na problemy z napompowaniem i lenistwo w zakresie doprowadzenia maszyny do jezdności, na rolki trzeba byłoby wydać kilkaset złotych, a do pływania ciągle usiłuję się przekonać. W szafie znalazłem cienką kurtkę sportową i dość znośne buty, więc bieganie stało się najlepszym wyborem. Pewnego dnia spontanicznie zdecydowałem, że dzisiaj idę biegać. Jak wcześniej sprawdziłem w Sieci, najlepszym na sam początek, żeby się nie zniechęcić, był marszobieg. Miałem mgliste pojęcie, jak to powinno wyglądać, więc za pierwszym razem pobiegłem po prostu przed siebie, starając się liczyć według ilości oddechów, co ile powinienem przełączać się z biegu na marsz i w drugą stronę. Odległość wymierzyłem na podstawie drogi od Kasi do mnie, więc nie był to szczyt mojego planowania.

Jak można było się spodziewać, łatwo nie było. Do domu dotarłem wykończony, spocony i zdyszany.

Po powrocie do domu zacząłem jednak czytać więcej. Znalazłem stronę z treningiem biegowym, który postanowiłem wdrożyć w życie, zmobilizowałem się też do kupienia dość drogiego numeru specjalnego Runner’s World, który również wdrażał początkujących do biegania. Dowiedziałem się, że to wcale nie chodzi o to, żeby zasuwać przed siebie jak motorek, a walka o szybkość na tym etapie wcale nie jest konieczna. Postawiłem sobie też dość ambitny plan, by biegać najlepiej 2-3 razy w tygodniu, a jeszcze w tym roku wystartować na jakichś zawodach biegowych. Po paru tygodniach dołączyła do mnie Kasia.

Plan się udawał. Motywacja była, udało się sprawić, by była to dla mnie część planu dnia, robiłem kolejne tygodnie planu, czasami powtarzając je, gdy nie czułem się jeszcze na siłach przejść do następnego. Przyjeżdżając do Warszawy, byłem właśnie na etapie, w którym byłem w stanie przemarszobiec około 4 km, robiąc to w turach: minuta marszu – 7 minut biegu.

Aż tu znaleźliśmy informację, że 27 lipca odbywa się Bieg Powstania Warszawskiego. Wpisowe co prawda 50 zł, ale w ramach wpisowego koszulka Asicsa, więc… plan się nagle zmienił. Kluczowym stało się w tym momencie, aby móc przebiec 5 km bez zatrzymania. Mniej więcej na 1,5 tygodnia przed biegiem okazało się to wykonalne.

Nadeszła sobota, 27 lipca. Już na stacji metra zobaczyliśmy pierwszą osobę w koszulce Biegu. W wagonie chyba połowa ludzi miała na sobie koszulki lub numery startowe.

Start i meta biegu zostały zlokalizowane obok stadionu Polonii Warszawa. Przed stadionem stała też scena, z której przez większość czasu słychać było spikera, ale wystąpił tam też zespół Hemp Gru. Wokół jednak przewijało się ponad 6 tysięcy biegaczy, więc chcąc nie chcąc, zamieszanie było spore. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu do startu biegu, więc od razu ruszyliśmy zanieść plecak do depozytu, został włożony do twarzowego worka na śmieci, na którym napisano mój numer biegowy, ten z kolei został położony na właściwej kupce na hali koszykówki na terenie stadionu.

To takie tłumy poboczne.

Potem tylko przebić się przez tłumy i dotrzeć na linię startu, gdzie razem z nami na dystansie 5 km pobiegło 2150 osób. Ale najpierw rozgrzewka.

Rozgrzewka

Potem jeszcze wideoklip Hemp Gru, trochę przemówień, życzenia z Afganistanu, śpiewanie „Roty” (dlaczego akurat „Rota”?) i w końcu, około 20:45, właściwy start. A raczej spacer niemal do linii startu i dopiero wtedy bieg.

Postanowiliśmy wcześniej, że pobiegniemy razem i nastawimy się na pokonanie całych pięciu kilometrów w mniej więcej równym tempie. To udało się nam bardzo dobrze. Po drodze mijaliśmy (i byliśmy mijani przez) różnych ludzi – dwoje starszych biegaczy, którzy biegli, trzymając razem taśmę i wspierając się nawzajem, parę, biegnącą z wózkiem z dzieckiem, żołnierza w mundurze, matkę z około dziesięcioletnią córką, które robiły marszobieg… Cały czas atmosfera była świetna. Ludzie nie byli spięci, to była dla nich autentyczna przyjemność. Wzdłuż większości trasy ustawiali się też ludzie, którzy starali się mobilizować ludzi do dalszego biegu. To również było bardzo fajne i motywujące, nawet jeśli nie bardzo była energia, by wchodzić z nimi w interakcję.

Trasa prowadziła przez ulice Miodową, Krakowskie Przedmieście, Karową, nad Wisłą z powrotem w stronę Konwiktorskiej. Na mostach i w tunelu na ulicy Karowej przygotowano głośniki, które symulowały ostrzał. Trochę dalej ustawiona była kurtyna wodna – bardzo odświeżający pomysł. Mimo zamknięcia ulic, zdarzyło się po drodze parę incydentów z rowerzystami, którzy jednak byli przeganiani przez policję z trasy. Mniej więcej po 4 km zaczęli nas wyprzedzać najszybsi biegacze z biegu na 10 km, którzy wystartowali 20 minut później ;)

Tuż przed ostatnią prostą czekał nas jeszcze spory podbieg na ulicę Konwiktorską, który jednak też udało się pokonać. Na ostatnich metrach nam obojgu starczyło jeszcze energii na rozpędzenie się i wyprzedzenie paru osób. Ostatecznie, na metę wbiegliśmy niemal równo, Kasia tuż przede mną, zajmując odpowiednio 2004 i 2005 miejsce, z czasem 38:07.

My

Jeszcze małe rozciąganie, napój (AA Drink, smaczny i faktycznie przydatny po biegu) i posiłek regeneracyjny w postaci banana i można było iść po depozyt i ruszać do domu.

Jak na pierwszy raz, biegło mi się świetnie. Podobała mi się atmosfera, trasa, możliwość biegania po zamkniętych ulicach i masowość wydarzenia. Mimo tylu tysięcy osób, organizacja była zaskakująco dobra. W pakiecie startowym była mapka całego terenu i trasy, która pozwalała na spokojne opanowanie okolicy.

Chociaż plan, jaki wymyśliłem w związku z bieganiem na ten rok został już wykonany, nie mam zamiaru przestawać. Spodobało mi się bieganie zarówno rekreacyjnie, jak i na zawodach, i myślę, że 5 kilometrów to jeszcze nie moje ostatnie słowo.

Trochę więcej zdjęć z nami jest w miniaturkach na fotomaraton.pl, jakby komuś chciało się oglądać. Swoją drogą, sprytny pomysł na biznes – robić zdjęcia biegaczom na trasie, a potem sprzedawać online pakiety :D

Wieczór dla dorosłych

Parę (dokładniej 11) dni temu mieliśmy okazję być w Centrum Nauki Kopernik na wieczorze dla dorosłych. W aparacie zalegało mi kilka zdjęć z tego wydarzenia.

Pokaz w planetarium – chyba najciekawszy, na jakim dotąd byłem. Błędnik wariował, a niebo wyglądało realistycznie.

To gdzieś tak 1/4 tego, co steruje projektorem gwiazd. Na projektorze było logo japońskiej agencji kosmicznej.

Przed spektaklem Teatru Improwizowanego Klancyk w sali Teatru Wysokich Napięć.

Dwa tygodnie

Jak zauważyłem, bardzo szybko się przyzwyczajam. A było do czego.

Całe mieszkanie zdaje się być z innej epoki. Niektóre meble są chyba z okresu międzywojennego, a na półce leży „Ogniem i mieczem” z 1939 r., wydane przez Zakład Narodowy imienia Ossolińskich we Lwowie. Nie mam też nieograniczonego dostępu do internetu – do czasu, aż doczekam się karty z Aero2, na zmianę korzystamy z jednego modemu 3G od Play. Prędkość takiego łącza mi nie przeszkadza, bo niewiele różni się od tego, co miałem w domu, ale limity transferu są, więc nie ma mowy o słuchaniu muzyki ze Spotify. Spędzam 40 godzin tygodniowo w pracy, ale dojazd w obie strony już nie zajmuje mi ponad 3 godzin, a jedynie 45 minut. Na początku nie było paru tak oczywistych rzeczy jak choćby kosz na śmieci, nadal też nie mamy żadnej patelni. Gazowy piekarnik zapalany zapałką ostatnio widziałem jakieś 10 lat temu. Telewizji jakoś specjalnie chętnie dotąd nie oglądałem i nadal tak jest, ale teraz wybór mam tylko pomiędzy kanałami naziemnej telewizji cyfrowej, a i one nie cały czas działają idealnie, bo antenka pokojowa nie jest najlepiej działającym urządzeniem.

Wiele rzeczy jest więc zupełnie innych. Zacząłem jednak więcej czytać, co bardzo mi się podoba. Obawiałem się, że bez możliwości czytania w pociągach po drodze na uczelnię moje czytelnictwo kompletnie zaniknie. Próbuję też nowych rzeczy i na nowe sposoby odkrywam stare, na przykład znam już dwa lokale, które serwują świetne Ćevapcici. Jestem też oczarowany wyborem piw w marketach w pobliżu. Jeśli chodzi o domowe obowiązki, choć nie zawsze się chce, czuję, że nie mam z nimi żadnego problemu. Już po paru dniach czułem się tu całkowicie naturalnie.

Tym, co najbardziej oczarowuje mnie w Warszawie, jest olbrzymi wybór. Gdy chcemy zamowić coś do domu, na samym Pizzaportalu mamy około trzydziestu lokali, dostarczających jedzenie do naszego mieszkania. Awaria tramwaju na Służewcu, gdy musiałem dojechać do Śródmieścia? Mogłem wsiąść w autobus, podjechać do stacji metra i dalej pojechać metrem albo cofnąć się do przystanku SKM i wsiąść w pociąg, jadący prosto na Dworzec Centralny, wszystko w ramach mojej karty miejskiej, na którą zresztą też mogłem zakodować kartę biblioteczną do wszystkich bibliotek Mokotowa. Kino? Żaden problem, w promieniu 20 minut komunikacją miejską mam 3 kina sieciowe i kino Iluzjon. Zakupy spożywcze? Maksymalnie 7 minut piechotą (posortowane względem długości spaceru): ABC, kiosk z pieczywem i kanapkami, Lewiatan, budka z pysznymi warzywami i owocami, bliżej nieokreślony spożywczy, Mokpol, Groszek. W niemal każdym z nich ciekawe produkty charakterystyczne dla miejsca. Większe supermarkety też są i da się do nich dotrzeć w rozsądnym czasie.


Najbliżej do ABC.

Mieszkamy na Mokotowie, w dość leciwym wieżowcu. Plusami mieszkania z pewnością są cena (za dwupokojowe mieszkanie płacimy kwotę podobną do ceny wynajmu kawalerki w Trójmieście), świetna lokalizacja (5-6 minut zarówno do stacji metra, jak i przystanku tramwajowego na Służewiec/Śródmieście), cicha, zielona okolica. Większość minusów opisałem już parę akapitów wyżej, prócz nich jedyne, co rzuca się jeszcze w oczy to ciekawe rozwiązania instalacji zarówno hydraulicznej, jak i elektrycznej.

Swoje ścieżki w Warszawie tworzymy na kilka sposobów. Po pierwsze, odwiedzamy interesujące nas przybytki, tak trafiliśmy do biblioteki na Sadybie, CH Arkadia (bo o odpowiedniej porze był w kinie film, który nas interesował), CH Wola Park, gdzie z kolei chcieliśmy odwiedzić trzeci z czterech oddziałów Yogen Früz (a przy okazji odkryliśmy, że oferta Auchan najlepiej nam odpowiada ze wszystkich hipermarketów), czy Halę Mirowską (ciekawy bazar, na którym tanio dostałem kilka artykułów codziennego użytku, wracając z badania wstępnego do pracy). Przy okazji odkryliśmy też, że w Bageterie Boulevard, choć mieszanki smakowe są bardzo specyficzne, da się zjeść ciekawe rzeczy, takie jak na przykład Patatas. Przy okazji czasem natykamy się na stoiska, na których zbierane są podpisy do referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz.


Jeszcze Sopot i odwiedzimy wszystkie polskie oddziały Yogen Früz ;)

Po drugie, kolejną ciekawą dla mnie metodą poznawania miasta jest bieganie – gdy biegnę, odnajduję nowe miejsca, takie, które nawet i mogłem zobaczyć z pokładu tramwaju, ale o ich istnieniu nie zdawałem sobie sprawy. Dzięki bieganiu mam też wrażenie, że miasto łączy mi się w całość, bo na własnych nogach przemierzam kolejne jego odcinki. Podobnie jest ze spacerami.

Dwa tygodnie w Warszawie za mną. Dużo nowych wrażeń, ludzi i miejsc, ale jeszcze więcej przede mną. Jedno wiem na pewno – coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że lubię duże miasta.

Fell in love with a city

Ostatnie 5 tygodni było szalone. Było w nich miejsce na 3 wyjazdy, z których żaden nie trwał dłużej niż dwie doby, a razem dały jakieś 2100 kilometrów, rozmowa o pracę najpierw Kasi, potem moja, dziesiątki telefonów, maili, oglądanie setek ogłoszeń, oglądanie mieszkań, wyrabianie sobie karty miejskiej, podejmowanie wielu decyzji, opuszczanie egzaminu tylko po to, by zdać go kilka dni później, całą przedsesję i sesję, pewnie już dziesiątki godzin spędzone na ogarnianiu map Google, jakdojade.pl, wspólne zamawianie pizzy na Pizzaportalu, zmiany terminów, największe pakowanie w życiu…

Jaki jest efekt tego wszystkiego?

Jutro razem z Kasią wyruszamy do Warszawy, gdzie spędzimy najbliższe 3 miesiące. Oboje wskakujemy w zupełnie inny tryb życia, z pracą 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu, mieszkaniem w kilkadziesiąt razy większym mieście, zakupami między innymi w sieci, o której istnieniu jeszcze tydzień temu nie miałem pojęcia

Realizujemy jednak razem coś, o czym mówiliśmy już w poprzednie wakacje. Spróbujemy życia w mieście, które urzekło nas poprzedniego lata. Zobaczymy, jak żyje się na własny rachunek.

Warszawo, nadchodzimy.

Wakacje 2012 vol. 1 [30 zdjęć]