Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Tag Archives: kiszyniów

Droga do Tyraspola (Mołdawia i Naddniestrze, #4)

Oczywiście tempo pisania mam jak zwykle niezłe. BTW, pisaniem tego prokrastynuję pisanie pracy magisterskiej. Nie dodawałem bezpośrednich linków do obrazków, ale w większości przypadków, gdy kliknie się na „otwórz obraz w nowym oknie”, dostępna jest większa wersja.

Obawiałem się trochę, że na pociąg o 7:30 możemy się spóźnić. W końcu pora wczesna, według czasu polskiego to była nawet 6:30. Obawy były jednak zupełnie niepotrzebne – stres zrobił swoje i najpierw do 1:30 nie mogłem zasnąć (choć miały na to wpływ też dźwięki dobiegające z przestrzeni wspólnej hostelu – dyżurujący pracownik puszczał jakąś folkowo-dubstepową muzykę, w której najbardziej przebijał się flet), a potem, już koło 5 rano, wybudziły mnie rozmowy. Gdy uznałem, że już nie zasnę, ożywiłem się herbatą i sam wyszedłem przed drzwi wejściowe hostelu.

Spotkałem tam Scotta. Scott jest Amerykaninem z Kalifornii, który po studiach przyjechał na dwuletni wolontariat w Korpusie Pokoju. Wolontariusze z USA zajmują się tu głównie edukacją – uczeniem języka, ochrony zdrowia, pomocą w rozwoju lokalnych społeczności i małych przedsiębiorstw. Razem z paroma innymi Amerykanami, przyjechali do Kiszyniowa z północnej Mołdawii, aby świętować dotarcie do połowy ich wolontariatu. Co ciekawe, był względnie zorientowany w historii Polski, bo jakimś cudem na ten temat nam dyskusja o 5:30 rano zeszła.

Ruszyliśmy coś koło 6:30. Po drodze znaleźliśmy otwarty sklep, w którym kupiliśmy sobie po placku z ziemniakami w środku (w tym wypadku był to wypiek przypominający bardzo bałkański burek), po czym, klucząc dość mocno pomiędzy domkami, do których nie prowadziła utwardzona droga, dotarliśmy na dworzec. W mieście wisiało sporo plakatów wyborczych. Kampanię dobrze opisuje blog republica air moldova, jest tam i Zinaida, którą i ja na plakacie złapałem.

Zinaida Greceani

Pomimo, że do odjazdu było jeszcze 45 minut, pociąg już stał na peronie. Zrobiliśmy sobie jednak najpierw małą przechadzkę po peronach. Idąc wzdłuż peronu pierwszego, w odległości kilkuset metrów dociera się na dworzec podmiejski, z którego jeżdzą lokalne pociągi. Podział jest swoją drogą zupełnie niepotrzebny – jeden dworzec spokojnie poradziłby sobie z całym ruchem. Koło budynku dworca rozstawił się też, chyba sezonowy, stragan z wszelkiego typu produktami chińskimi.

Peron 1 dworca w Kiszyniowie

Jak się okazało, przypadły nam miejsca w wagonie „barowym”. Aby wejść na pokład, musieliśmy na wejściu pokazać nasz bilet konduktorowi (dla każdego wagonu był osobny konduktor). Po jakimś czasie od startu sprawdził raz jeszcze bilety, zabierając je i oddając je dopiero, gdy zbliżaliśmy się do stacji docelowej (nie były to już jednak te same egzemplarze – trafił nam się nawet jeden do innej stacji końcowej ;))

Fotele w wagonie były ustawione w nietypowym dla mnie układzie 2 miejsca po jednej stronie, 3 po drugiej. Zapewne to przez większy rozstaw torów. Wagon był wypełniony w mniej więcej 30% – w większości jechali lokalni mieszkańcy, poza nami obcokrajowcami był jeszcze jeden starszy mężczyzna, który większość drogi przespał, a także grupka nastoletnich Ukraińców. Oni też byli najbardziej zachęcani przez prowadzącego sprzedaż przekąsek i napojów, żeby wypić sto gramów. Przez większość trasy w wagonie panowała dość kinowa atmosfera.

Droga prowadziła przez głównie rolnicze tereny, więc po drodze najbardziej napatrzeć mogliśmy się na kozy, krowy i okazyjną strzechę. Widać jednak, że prowincja jest dużo biedniejsza od stolicy.

Po drodze pociąg zatrzymał się jedynie na paru stacjach. Gdy jednak stawał, to na dłużej. Zwłaszcza parę razy – na stacji przed Benderami, potem na stacji Bendery-2, potem na stacji Bendery-2 kontrolowanej przez Naddniestrze. Na pierwszej z wymienionych było też coś w rodzaju mołdawskiej kontroli granicznej – na pokład wszedł policjant i przeszedł się po wagonie. Czuć było lekkie napięcie.

Ciekawe było też, że na samym wjeździe na teren kontrolowany przez Naddniestrze za drzewem chowali się ubrani w stroje moro pracownicy kolei mołdawskich. O ile sam strój jest typowy dla pracowników torowych CFM, to zastanawiało mnie, czemu chowają się za drzewem i co robią tak daleko wzdłuż linii. Jak się okazuje, obsługę techniczną linii nadal prowadzi CFM.

Wjechaliśmy w końcu na teren Naddniestrza. W trakcie postoju w Benderach obserwowaliśmy, co dzieje się na zewnątrz. Milicjant w szerokiej czapce tłumaczył coś wysiadającej kobiecie, parę osób przechadzało się po peronie, wokół stacji było zwyczajne blokowisko i silosy czegoś, co na wikimapii jest opisywane jako kombinat chlebproduktów. Właściwie nic nie sugerowałoby, że jesteśmy w nieuznawanym państwie, które ma tak złe opinie w Sieci. Stwierdziłem więc, że jest na tyle spokojnie, że mogę zrobić zdjęcie telefonem.

Ups, zapomniałem wyciszyć telefon. No więc pół wagonu usłyszało, że robione jest zdjęcie. Z końca wagonu wstał człowiek, którego opisałbym jako typowego bałkańskiego podstarzałego macho – biała, rozpięta do połowy koszula, odpowiedni brzuszek, opalenizna, owłosienie, wszystko pasowało. Przeszedł się po wagonie, rozglądając się w każdą stronę, dobrze przyglądając się i nam, ale zagadał tylko do Ukraińców, mówiąc jednemu z nich, że fajny ma telefon. Po chwili wrócił na swoje miejsce na końcu wagonu i już do samego Tyraspola siedział odwrócony w stronę pozostałych foteli, rozglądając się.

Parę minut później pociąg ruszył. Po drodze mijaliśmy twierdzę w Benderach, przejeżdżaliśmy też mostem nad Dniestrem, a następnie trasa prowadziła wzdłuż drogi Tyraspol – Bendery. Mijane samochody często były jakby gorsze niż to, co widzieliśmy w Kiszyniowie. Spokojnie można było trafić na auta z okresu Związku Radzieckiego – trzeba jednak przyznać, że bardzo zadbane.

Przed samym Tyraspolem mija się kompleks klubu sportowego Sheriff. Mogliście słyszeć tę nazwę – Sheriff Tyraspol regularnie uczestniczy w europejskich pucharach. W skład kompleksu wchodzi: 10 pełnowymiarowych boisk piłkarskich, w tym jedno w hali, stacja benzynowa „Sheriff”, supermarket „Sheriff” (jest to najczęściej spotykana w kraju sieć supermarketów) i hotel „Sheriff”. Trzeba przyznać, że robi wrażenie.

W Tyraspolu wysiadło całkiem sporo osób. Na peronie stało paru milicjantów, i choć mój rosyjski jest bardzo słaby, to miałem wrażenie, że z głośników słyszę, dwukrotnie powtórzone:

– Pasażerów z Polski prosimy o wejście do budynku stacji i udanie się do służby migracyjnej.

Zastanawialiśmy się później, czy to możliwe. W końcu nikomu nie mówiliśmy po drodze, że jesteśmy z Polski. Krzysiek jednak miał na sobie koszulę z logo AleBrowaru, na którym bardzo wyraźnie napisane jest Hop Heads of Poland, a po wagonie przechadzał się ktoś, co do kogo nie byliśmy pewni, czy nie jest przypadkiem pracownikiem jakichś naddniestrzańskich służb. Niewykluczone jednak, że to wszystko nam się wydawało ze względu na legendy, jakie o Naddniestrzu krążą.

W holu stał wielki telewizor, na którym puszczany był pierwszy program telewizji rosyjskiej. W trakcie naszego pobytu na stacji akurat była to długa przemowa jakiegoś popa. Po drugiej stronie powieszony był rozkład jazdy pociągów, na którym zdecydowana większość pociągów była zawieszona ze względu na problemy finansowe.

Do okienka migracyjnej służby stała już spora kolejka. Udało się jednak dość szybko dostać karty migracyjne i je wypełnić. Karty mają opis po rosyjsku i po angielsku, więc z tym nie było żadnego problemu. W związku z tym, że byliśmy na terenie Naddniestrza mniej niż 10 godzin, celniczka powiedziała nam, by na kartach zaznaczyć tranzyt. Poprosiła też o przeczytanie na głos imienia, nazwiska i podanie otczestwa, które obok zapisu w łacince dopisała sobie obok cyrylicą. Do innych ludzi z kolejki faktycznie zwracali się otczestwem, więc gdyby coś ode mnie chcieli, byłbym Mateuszem Mirosławowiczem ;) Jedną część karty migracyjnej zabrano od razu na miejscu, drugą miałem mieć przy sobie i oddać na przejściu granicznym przy wyjeździe.

Cała procedura poszła jednak dość szybko. Dostaliśmy potrzebny stempel na karcie migracyjnej i od tego momentu byliśmy oficjalnie na terytorium Naddniestrza.

Reklamy

Kiszyniowski transport i pocztówki (Mołdawia i Naddniestrze, #2)

Gdy już wylądujemy w Kiszyniowie, pojawia się problem, jak dostać się do miasta. Przydatne w tym może być zdobycie lokalnej waluty. Na lotnisku mamy do wyboru kilka bankomatów i kantorów, które wymieniają euro, dolary, franki szwajcarskie i rosyjskie ruble. Orientacyjny kurs w momencie naszego wyjazdu wynosił około 5 lei za jedną złotówkę.

Z lotniska do miasta mamy do wyboru 3 opcje:
– Taksówki – cena przejazdu to około 80-120 lei (16-24 zł). Nie korzystaliśmy.
– Autobus linii A – tu istnieje nawet coś takiego, jak rozkład, z którego można wywnioskować, ze autobus jest średnio co godzinę i przejazd do centrum miasta zajmuje około 40 minut. Bilet kosztuje 3 lei (~60 gr). Autobus przejeżdża główną ulicą przez całe centrum miasta i próbowaliśmy go użyć w drodze powrotnej. Niestety, w centrum miasta akurat trwały demonstracje i dwa kursy z rzędu nie przyjechały.
– Marszrutka linii 165 – ich parking jest po prawej stronie po wyjściu z terminala. Jeżdżą co 10 minut i, jak to marszrutki, zatrzymują się w zasadzie w dowolnym miejscu po drodze. Bilet też kosztuje 3 lei, a po drodze przejeżdża się między innymi obok stadionu Zimbru Chisinau i dworca kolejowego. Busy dojeżdżają do ulicy (str.) Ismail po tej trasie.

Po drodze minęliśmy Tu-134 należącego kiedyś do Air Moldova.

Tu-134

Około 40 minut jazdy w zatłoczonym, solidnie nagrzanym Mercedesie Sprinterze i dotarliśmy na przystanek końcowy. Jako, że rozkłady są rzadkością i nie są zbyt szczegółowo przestrzegane, chyba najlepszym sposobem na opanowanie lokalnej komunikacji miejskiej jest Easyway – odpowiednik naszego jakdojadę dla kilku krajów Europy Wschodniej. Posiada aplikację na Androida i iPhone, ceny przejazdów, właściwie wszystko, czego potrzeba. Dopóki jednak kręcimy się w miarę w centrum, komunikacja miejska nie jest zbytnio potrzebna – całą ulicę Stefana cel Mare da się spokojnie przejść w godzinę. Polecam jednak przejażdżkę trolejbusem – bilet kosztuje jedyne 2 lei (~40 gr). Co ciekawe, w większości trolejbusów są głosowe zapowiedzi przystanków. Kierowca ma też do dyspozycji mikrofon, którego często używa, by informować, że jedzie np. na skróconej trasie. Tabor jest różnorodny – od starych ZiU po całkiem nowe maszyny.

Trolejbus linii 4 w Kiszyniowie

Z przystanku poszliśmy zrzucić bagaże w naszym hostelu – Funky Mamaliga Hostel. Za noc w pokoju wieloosobowym zapłaciliśmy około 33 zł za osobę, rezerwując przez hostelbookers.com. W cenie pokoju jest „śniadanie” składające się z bochenka chleba położonego w kuchni, marmolady i masła, a także dostęp do WiFi. Hostel mieści się na ulicy Mihail Kogalniceanu 16, w miarę blisko głównej ulicy. Jest czysta pościel, łazienka, kuchnia, więc w zasadzie wszystko, czego potrzeba. Aby korzystać z zamykanej na kluczyk szafki, trzeba zostawić depozyt 50 lei.

Patio hostelu

Ogródek hostelu

Pocztówki i znaczki można kupić na centralnej poczcie, która mieści się przy ulicy Ștefan cel Mare și Sfînt 134. Sam urząd jest czynny codziennie od 7 do 19, ale część filatelistyczna w soboty zamyka się o 16, a w niedzielę jest w ogóle nieczynna, a tam jest największy wybór pocztówek. Znaczek priorytetowy do Polski kosztuje 11 lei (~2,20 zł), a ekonomiczny 9,50 lei (~1,90 zł). List wysłany w piątek priorytetowym we wtorek już był w Gdańsku, na ekonomiczne nadal czekam.

Budynek centralnej poczty

Przy wejściu do poczty jest też mały salon Orange, ale gdy zapytałem o język angielski, sprzedawca przekierował mnie do większego salonu, znajdującego się może z 50 metrów na lewo od wejścia do poczty. Działa tam system numerków, jak w naszych salonach. Po odczekaniu około 40 minut dogadałem się bez problemu ze sprzedawczynią i wyszedłem z mołdawską pre-paidową kartą sim.

Starter kosztował mnie 30 lei (6 zł) i na koncie od razu było 30 lei. Aby aktywować numer, musiałem zadzwonić na jakikolwiek inny numer. Wtedy miałem możliwość wyboru języka – dostępny był też angielski i wybór ten oznaczał, że wszystkie komunikaty odtąd dostawałem po angielsku. Doładować konto można choćby w automatach, które są w bardzo wielu punktach stolicy. Rozmowa do Polski kosztuje 4,50 lei za minutę (~90 gr). W ofercie są też pakiety 500 MB internetu ważne na 24 godziny, które kosztują 10 lei (2 zł). Są też do wyboru pakiety trzydziestodniowe. Na lokalne numery komórkowe dzwoni się, dodając 0 przed numerem.

Przydatne kody:
*133# – sprawdzenie stanu konta
*100*32# – aktywowanie pakietu internetowego.

W kolejnej części opiszę lokalne piwa i sposoby na dotarcie do Naddniestrza.

Skoczmy do Mołdawii, bo czemu nie (Mołdawia i Naddniestrze, #1)

Od jakiegoś czasu męczył mnie taki drań, co to się travel bug nazywa. Łaził za mną i podszeptywał.

– No pojedź gdzieś, pojedź.

Wredna z niego bestia, to i w końcu mu uległem. Gdy zobaczyłem, że LOT w Szalonej Środzie oferował kilka wschodnioeuropejsko-bałkańskich kierunków, w tym Mołdawię za 399 zł w obie strony, puściłem SMS do znajomego, który natychmiast zapalił się do pomysłu. Jeden spontaniczny zakup później zostałem posiadaczem biletów na dni 5 i 7 czerwca na trasie Warszawa – Kiszyniów. Do zestawu były jeszcze potrzebne bilety na Pendolino. Bardzo przydatne jest przypomnienie na 30 dni przed odjazdem, by kupić bilety – to najwcześniej, jak da się je dorwać, a wtedy bilet studencki kosztuje 24 zł. W Warszawie byliśmy o 8:30, co jest wystarczającym zapasem jeśli chodzi o transfer i odprawę na Okęciu.

Warszawa z okna pociągu

Z Dworca Centralnego są dwa dobre sposoby na dostanie się na lotnisko:

  • Pociąg – na lotnisko jeżdżą pociągi SKM i Kolei Mazowieckich, w obu honorowane są bilety warszawskiego ZTM (z tym że w KM trzeba pójść do kierownika pociągu, by „skasował” bilet). Podróż trwa około 20-25 minut, więc potrzebny jest bilet jednorazowy przesiadkowy ważny 75 minut – 4,40 normalny, 2,20 ulgowy. Niektóre pociągi jadą z Centralnego, inne ze Śródmieścia (połączony z Centralnym, ale ok. 10 minut piechotą)
  • Autobus 175 odjeżdża sprzed Dworca Centralnego. Bez korków droga trwa 22 minuty. Cena ta sama co w przypadku pociągu, bilety też.

My wybraliśmy pociąg i wysiedliśmy na podziemnym peronie, z którego bezpośredni korytarz prowadzi do terminalu. Zaraz przy wyjściu z korytarza są od niedawna dwa McDonaldy z całkowicie normalnymi cenami. Odprawy na Okęciu są piętro wyżej i w przypadku LOT-u najpierw podchodzi się do któregoś z kiosków samodzielnej odprawy, by wydrukować sobie papierek pełniący funkcję karty pokładowej, a następnie do stanowiska odprawy, by tam zostawić bagaż.

Samoloty LOT i szwajcarskich linii lotniczych stoją przy bramkach po prawej stronie terminala.

Razem z otwarciem świeżo wyremontowanej części terminala lotniskowego, otwarto też taras widokowy. Wejście do niego jest spoza budynku, z lewej strony. Zdecydowanie nie polecam schodów w ciepłe dni, chyba że ktoś lubi spacer cztery piętra w dół w bardzo słabo wentylowanej klatce schodowej bez klimatyzacji. Sam taras jest bezpłatny i przyjemny.

Taras widokowy

Samolot Small Planet Airlines

Kontrola bezpieczeństwa jest prowadzona w dość standardowy sposób, choć załapałem się chyba pierwszy raz na przegląd absolutnie całej zawartości plecaka. Jako że lecimy poza strefę Schengen, po niej jeszcze kontrola paszportowa i można już czekać na samolot.

Strefa oczekiwania na samolot dla lotów non-Schengen

Na trasie do Kiszyniowa latają Bombardiery DHC-8-400, które są samolotami turbośmigłowymi i mieszczą na pokładzie 78 pasażerów. Do niedawna te samoloty należały do EuroLOT, teraz zostały przejęte przez spółkę-matkę (podobnie jak samo połączenie do Kiszyniowa). Zapewne wpływ na to mógł mieć trwający długi weekend, ale na pokładzie do Mołdawii leciało tylko ok. 30 osób.

Bombardier Dash 8 Q400, SP-EQC

W samym przelocie wyróżniało się tylko parę rzeczy. Jedno to oczywiście darmowy poczęstunek, którego na pokładzie tanich linii się nie uświadczy ;)

Poczęstunek - szklanka wody i Prince Polo

Kolejna kwestia – przy podchodzeniu do lądowania nieźle trzęsło. Swój wpływ na to oczywiście miał wiatr, ale myślę, że i rozmiar samolotu, porównując z A320 czy B737. Do tego samoloty turbośmigłowe to dużo wyższy poziom hałasu – na tyle, że części komunikatów załogi po prostu nie dało się zrozumieć.

Pas lotniska w Kiszyniowie

Mniej więcej w rozkładowym czasie wylądowaliśmy w Kiszyniowie. Budynek terminala jest właśnie rozbudowywany, więc nie cała powierzchnia jest dostępna. Autobus, który podjechał po nas do samolotu bardzo przypominał tczewskie pojazdy Meteora.

Terminal lotniska w Kiszyniowie

W autobusie lotniskowym

Jednej rzeczy na miejscu nie ogarnęliśmy – zaraz po wyjściu z samolotu część osób podchodziła do obsługi naziemnej, by odebrać od nich bagaż, który jak się okazało, był bagażem podręcznym włożonym do luku. Przez to na moment opóźniliśmy autobus lotniskowy, bo myśleliśmy, że też musimy odebrać nasz w ten sposób. Okazało się jednak, że bagaż rejestrowany powędrował w normalny sposób do terminala.

Jeszcze tylko kontrola paszportowa, dokonana przez niespecjalnie uśmiechniętą celniczkę i odtąd mogę mówić, że byłem w trzynastu krajach. A może już czternastu? Odnośnie tego można dyskutować, ale o tym w następnych częściach.

Tymczasem jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia, które jak japoński turysta strzelałem wszystkiemu, co było poniżej mnie i wyglądało jak rzeka, miasto lub przejście graniczne podczas lotu, polecam album na Imgurze. Tam też zapraszam tych, którym nie chce się czekać na kolejną część :)