Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Tag Archives: gdańsk

Tramwaj na Morenę – pierwotne plany

Tramwaj na Morenę był planowany równo z powstawaniem osiedla. W kronice LWSM Morena znalazłem pierwotne plany, jak miała wyglądać trasa tramwaju i kiedy miał powstać.

tramwajmorena1

tramwajmorena2

Niestety, inwestycja zaliczyła lekkie opóźnienie. Tramwaje ruszyły dopiero na koniec sierpnia 2015 roku. Na plus jednak – powstała też druga odnoga na terenie Moreny :)

Wielki mecz

Już od pewnego czasu było wiadomo, że Wisła wraca. Po sześciu latach od założenia Gryfa, który w założeniu miał połączyć to, co najlepsze z obu tczewskich drużyn, grupa fanów związanych z dawną Wisłą zorganizowała od nowa klub. Nie byli pierwsi – dawni piłkarze Unii już od paru lat co roku startowali w Pucharze Polski. Trzeba więc było ich przebić. Wisła Tczew została zgłoszona do rozgrywek B-klasy w sezonie 2015/2016. Pierwszy mecz miał zostać rozegrany 29 sierpnia, a na rywala wylosowana została Mewa Gniew.

Było i wcześniejsze spotkanie. Wisła, chyba w innej formie, została też zgłoszona do rozgrywek pomorskiego Pucharu Polski. 16 sierpnia biało-czerwoni na stadionie miejskim na Bałdowskiej wygrali 4:2 z rezerwami Bałtyku Gdynia. Jak wynikało ze zdjęć na Facebooku, pojawiło się kilkaset osób. Pojawiły się też pierwsze tarcia – autor posta na fanpage “Wisła Tczew Fanatics” sugerował, że albo do młyna przychodzi się śpiewać, albo należy wyp…lać, zamiast “pozować na morderców”.

Jeszcze przed tym meczem w Tczewie trwała mobilizacja. Fani Wisły (i zaprzyjaźnionej Arki) uczestniczyli w konkursie na zabazgranie jak największej ilości miejsc klubowymi barwami. Niestety, nie były to estetyczne malunki, jakie czasami zdarza się spotkać na blokach i garażach Gdańska czy Gdyni. Sugerowały raczej, że mażący mają pierwszy raz spray w dłoni. Zaproszenia na pierwszą kolejkę były kierowane do całych rodzin, wydarzenie na Facebooku przyciągnęło około trzystu osób.

Na parę dni przed spotkaniem okazało się, że mecz odbywa się dokładnie w tym samym czasie, co pierwszoligowy mecz Arki w Gdyni. Niewykluczone, że właśnie to wywołało spięcie pomiędzy ultrasami Wisły a TPAG – tczewską grupą fanów Arki Gdynia, którzy domyślnie byli bazą, z której powstawała grupa wiślacka. Najprawdopodobniej ze względu na to, że osoby bliżej Wisły postanowiły, że w trakcie jej pierwszego meczu ligowego nie mają zamiaru wybierać się do Gdyni, “Tczewska Patologia Arka Gdynia” ogłosiła, że nie chce mieć nic wspólnego z lokalnym klubem. W odpowiedzi na to WTF ogłosiło zakaz wchodzenia w barwach Arki na mecz w Tczewie.

Pod względem podziałów kibicowskich Tczew to ciekawe miejsce. Stare Miasto i Zatorze, znane też jako Kozen, to bastion fanów Lechii Gdańsk. Nowe Miasto, Suchostrzygi i Czyżykowo to z kolei teren fanów Arki. O takich niuansach warto pamiętać, gdy przechadza się po mieście z wyglądem sugerującym, że można śmiało zaczepiać, bo zaczepiającemu nic nie grozi. Been there, done that.

Nadszedł w końcu dzień wielkiego meczu. W miejskim autobusie jadącym na Czyżykowo mniej więcej połowa ludzi wybierała się na stadion. Średnia wieku 16, może 18, duży odzew na wezwanie do ubrania się na biało-czerwono. Były też dziewczyny, które zadziwiająco nie wyglądały na stereotypowe Karyny. Faceci już bardziej w typie Seby, zdecydowanie włosy dłuższe niż jeden centymetr były w tym autobusie bardzo passe. Nawet komunikaty głosowe z systemu informacji pasażera ładnie wpisywały się w nastrój. “Plac Jana Pawła Drugiego”, mówił osobnik o głosie przechlanego dresa, a przy obu bokach czułem nabuzowane energią i niezrzuconym napięciem, spocone męskie ciała.

Jeszcze tylko przejście przez szpaler mniej więcej dziesięciu panów z prewencji, z których jeden poprosił mnie grzecznie o otwarcie plecaka i pokazanie wiktuałów, które w środku wnoszę, i byłem na stadionie. Po nie do końca zatwierdzonej renowacji przeprowadzonej przez kibiców Wisły, zrobiło się tu bardzo biało-czerwono. Przy rozstawionym namiocie można było kupić żurek i inne polskie specjały, z okienka budynku klubowego sprzedawano koszulki i szaliki, wystawiono też głośniki, z których wydobywał się zadziwiająco dobry rock. Ewidentnie spora część widowni przyniosła ze sobą piwa, bo gdzie nie spojrzałem, widziałem kogoś raczącego się trunkiem ze szklanej butelki. To było chyba najbardziej B-klasowe w tym meczu.

Spokojnie przyszło z 300 osób. Sędzia – jak to na tym poziomie rozgrywkowym – przyjechał jeden, trzeba więc było zorganizować paru młodych działaczy do potrzymania chorągiewki na końcach boiska. Chłopak w szaliku, który w połowie był biało-czerwony, a w połowie żółto-niebieski, przyszedł w pobliże mnie i rzucił chorągiewką w kierunku krótkowłosego osobnika w okularach, który przyprowadził swoją dziewczynę.

– Będziesz sędziować. Wystarczy, że będziesz tam stał i trzymał chorągiewkę.

Ewidentnie nie było to w zakresie wymarzonych aktywności, które w tym momencie chciał robić, ale na drugą połowę dał się przekonać. Stał przy samej barierce, a jego dziewczyna tuż za nim zrzucała co jakiś czas nieistniejące pajęczyny z jego pleców.

– Ty, czaisz jaki telefon obczaiłem? MyPhone jakiśtam, cztery stówy jedyne, a bebechy takie, o których ty możesz tylko śnić. Osiem megapikseli aparat, chyba osiem gigabajtów pamięci, najnowszy Android!

Od pierwszego gwizdka rozpoczął się doping – od wystrzelenia papieru z tub, który na parę minut uniemożliwił grę. W połowie meczu pojawiły się też na chwilę race. Zaskoczył mnie brak wulgaryzmów. Chyba na poważnie potraktowali zaproszenie całych rodzin, bo najgorsze, co usłyszałem to “wygramy, wygramy, wygramy, wioskę pokonamy”. Śpiewane rzeczy nie bardzo jednak odnosiły się do tego, co działo się na boisku. Aż do sytuacji, w której piłkarz Wisły przestrzelił karnego. “Nic się nie stało, Wisełko, nic się nie stało!” – usłyszeli piłkarze i wtedy, i dziewięć minut później, gdy jeden z piłkarzy Mewy trafił do siatki. Odpowiedzieli dobrze – mecz skończył się wynikiem 3:1 dla Wisły.

Z pętli na Czyżykowie pierwszy autobus w kierunku Dworca to była siedemnastka, która jechała przez Stare Miasto. Choć odrobinę zestresowani, niektórzy fani wracający z meczu wsiedli w autobus.

– Jaki wynik? – zapytał na wejściu kierowca.

Zaraz za autobusem powoli potoczył się radiowóz.

Przejazd przez Stare Miasto z narracją paru bardziej doświadczonych w lokalnych rozgrywkach fanów był interesujący.

– O, tutaj jest najgorzej. – gdy w bramie jednej z kamienic można było dostrzec grupę osobników w wieku około trzydziestki, która z zafascynowaniem znad trunków obserwowała przejeżdżającą kawalkadę.

– Patrz, jak nas obserwują. Ale teraz, jak odjechaliśmy, to już nie mogą nic zrobić. – gdy na autobus patrzyła grupka może czternastoletnich dzieciaków.

Można było się poczuć, jakby przebijało się przez strefę wojny. A tu tak naprawdę nic, tylko paru lokalsów zamroczonych trunkami i tradycyjna staromiejska patologia.

Przy kupowaniu biletu do Gdańska system rezerwacji biletów się zawiesił. Tczew nie chciał mnie wypuścić ze swoich macek.

W 142 na Dworcu PKS dosiadł się do mnie starszy pan. Lekko łysiejący, przy sobie, ewidentnie szukał konwersacji. Zobaczył, że patrzę na areszt śledczy, zastanawiałem się przy tym, czemu nie wszystkie okna są przykryte blindami.

– Szósta blinda od prawej, tam siedziałem w roku siedemdziesiątym.

– Długo?

– Tak. W ogóle, jaka kanalia ten Wałęsa. Ja walczyłem i jak na tym wyszedłem? On z kolei skakał przez płot, chyba po alkohol tylko. Sam od jakiegoś czasu zbieram butelki z tamtego czasu i mam zamiar zanieść pod ten mur, przez który on niby skakał. Bolek… A potem miał taką okazję, a wszystko zniszczył, wszystko zaprzepaścił. Jak można być tak bardzo zakłamanym? No i ja na tym tyle straciłem. Właśnie zresztą wracam z tych obchodów, dobrze, że go tam nie zaprosili. Obchody były ładne, ładne piosenki grali, ale dla mnie to już było trochę za długo. Ten kraj jest straszny. Trzeba z niego wyjechać. Zresztą, ja sam też wyjeżdżałem, a moje dzieci to w ogóle wyprowadziły się za granicę, nie będę panu mówił do jakiego kraju, ale się wyprowadziły i żyją zupełnie inaczej. Jasne, na początku było ciężko, ale z czasem weszły na zupełnie inny standard. Ostatnio chciały, abym we wrześniu, to znaczy w następnym miesiącu, do nich przyjechał. I tak zapytali mnie, a dziadku, bo ja na siebie mówię dziadek, czy przyjechałbyś do nas we wrześniu? Bo my byśmy chcieli pojechać na wakacje do Hiszpanii, a nie ma kto nam popilnować dzieci. To ja im powiedziałem, że tak nie zrobię, i przyjadę dopiero po piętnastym września. A wie pan, ile ja lat już dziadek pracuje? Pandeset tri! Znaczy pięćdziesiąt trzy.

– Ładnie.

– Bo wie pan, czasem mam tak, że zaczynam mówić w innych językach. To pandeset tri to było akurat po czesku. Czeski i polski w ogóle są do siebie bardzo podobne.

– W końcu słowiańskie języki.

– To prawda, polski, czeski, słoweński, bo Słowacja to jest Slovensko, potem dalej słoweński i te inne jugosłowiańskie, ale grecki to już nie. Tak samo niemiecki, tam się mówi zupełnie inaczej, bo ajns cwaj draj fier fynf zeks ziben acht nojn i cin, a w greckim jest deka, i mówi się tak jak w niemieckim, że najpierw jeden, a potem dziesięć. Z kolei rosyjski ma zupełnie inne liczby, bo czterdzieści to sorok.

– No tak, ale rosyjski akurat ma inne dziesiątki podobne do polskiego.

– To prawda. Oj, żebym tylko nie przegapił swojego przystanku. O, tu się przesiądę. Tu odjeżdża taki autobus o bardzo ładnej liczbie, 162.

Nie pożegnał się ze mną, niestety.

Z windy

Jadę windą. Mniej więcej w połowie drogi się zatrzymujemy. Wsiada facet, wiek może 50, może 55.

– Dzień dobry. – zaczynam.
– Dzień dobry, do szkoły?
– Nie, na uczelnię.
– O kurde, to współczuję.
– Nie ma czego, mam ze sobą książkę, poczytam na wykładzie.
– Ty lepiej poczytaj o naszym prezydencie, jak na stołek w Japonii wchodził.
– Panie, ja jestem na bieżąco.
– Taa, a potem będziesz tylko patrzył, jak się do dupy dobiorą.

Winda dociera na parter, wysiadamy. Każdy idzie w swoim kierunku.

B-klasa to jest to. Rozstaje Gdańsk – Ogniwo Borkowo 0:3

Data: 14.09.2014, 11:00
Miejsce: ul. Meissnera, Gdańsk
Widzów: ok. 25
Liga (klasa rozgrywkowa): B-klasa Gdańsk III (8.)
Cena biletu: 0 zł

Przeglądając tegoroczne tabele rozgrywkowe, odkryłem, że w tym roku w Gdańsku pojawiła się nowa drużyna seniorska – Rozstaje Gdańsk. Nie jest to całkowicie nowy twór – drużyna istniała wcześniej, ale w sezonie 2013/14 nie zgłosiła zespołu seniorów do rozgrywek.

Co ciekawe, nigdzie w sieci nie było informacji o tym, w którym miejscu Rozstaje grają. Napisałem więc na mail kontaktowy i do Pomorskiego ZPN, dostałem odpowiedź, że mecze odbywają się na boisku przy ZSO nr 8 na ulicy Meissnera.

Standardowo, przyszły głównie rodziny zawodników, ale pojawili się też czterej młodzieńcy, którzy w przerwach między raczeniem się złocistym trunkiem postanowili urozmaicić mecz. Na samym jego początku pokrzyczeli chwilę „Rozstaje!” i rzucili petardę, ale ciekawiej zrobiło się po przerwie, gdy znaleźli się na… dachu szkoły, gdzie odpalili racę, pokrzyczeli chwilę i rzucili jeszcze jedną petardę. Zawodnicy wyglądali na zaskoczonych, że ktoś im kibicuje ;)

A jak było na boisku? Zaczęło się katastrofalnie dla Rozstajów, bo w 20 minut stracili 3 bramki. Wyglądało na to, że wynik końcowy może być dwucyfrowy. Później grali znacznie lepiej, pojawiały się składne akcje, ale żadna z drużyn nie trafiła już ani razu do siatki.

Po 4 kolejkach, Rozstaje są jedną z 3 drużyn, które jeszcze nie mają ani jednego punktu w tej grupie B-klasy. Ciekawe, kiedy uda im się wygrać pierwszy raz po reaktywacji.

A z balkonu widzę morze

Zmieniłem ostatnio trochę widok z okna. Teraz też patrzę na inny blok, tyle że blok jakby wyższy. I jakby kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ. A nad nim w tej chwili widzę sierp księżyca.

Gdy wyjdę na balkon, to jestem w stanie zobaczyć morze. A wygląda to mniej więcej tak:

Jak klikniecie na zdjęcie, otworzy się większe. Czy jesteście w stanie dostrzec, w którym miejscu jest morze? ;)

Mam na tyle blisko, że w weekend wybrałem się na mały spacer w tamtą stronę. Z bliska trochę łatwiej dotrzec, gdzie jest woda.

Przy okazji, z powodów światopoglądowych i finansowych, postanowiłem zrobić mały eksperyment. Na dzień dobry nie instaluję sobie żadnego stałego połączenia internetowego, a działam jedynie na Aero2 i pakiecie netu w telefonie. Co z tego wyjdzie, zobaczymy. Póki co, odkryłem, że autowznawianie połączenia na windowsie działa perfekcyjnie.

Jeden dzień w Gdańsku

Gdańsk Główny, godzina 7:55.

Z pociągu Regio relacji Laskowice Pomorskie – Gdynia Główna wysypuje się właśnie fala podróżnych. Jestem częścią tej fali. Zarówno przede mną, jak i za mną, parę setek osób schodzi po schodach do tunelu pod dworcem. Część idzie prosto, w kierunku Śródmieścia i przystanków tramwajowych, część skręca w lewo, na SKM w kierunku Gdyni. Tym razem Regio przyjechał z zaledwie parominutowym opóźnieniem, co znacznie ułatwia paru dziesiątkom studentów Politechniki Gdańskiej dotarcie na zajęcia na czas. Wyraźnie czuć upał – mimo porannej pory, jest już 27 stopni i słońce nie ma zamiaru chować się za chmurami.

Mała falka wysypuje się z SKM, która przyjechała z Gdańska Głównego. Dosłownie parę chwil wcześniej z kolejki od strony Gdyni wysiadło wielu ludzi. W tym momencie fala jest największa. Idąc ulicą Trubadurów, mijamy:

– stoisko z garmażem – o tej porze jeszcze nieczynne;

– 3 różne budy piekarni i cukierni, w tym pyszne pączki trójkątne, które już czekają na półkach na zgłodniałych studentów;

– zamkniętą o tej porze budkę z kanapkami na gorąco z ciągłą, trwającą już od kilku tygodni promocją 3,99 zł za kanapkę na ciepło 16 cm;

– również zamknięty kebab z czerwonymi, skórzanymi siedzeniami, przed którym regularnie przesiaduje biały, leniwy kot;

– sklep spożywczy, w którym można kupić świetne cukierki z Turcji, których nazwa („Tofix”) jest pisana tym samym fontem, co nazwa Toffifee;

– zakłady bukmacherskie;

– kolejny sklep spożywczy, specjalizujący się w różnorodnych piwach dla niskobudżetowego klienta;

– po drugiej stronie ulicy pub Max, w którym chyba o każdej porze dnia i nocy można spotkać ludzi raczących się piwem i niemal zawsze jest włączony telewizor, najczęściej na jakimś kanale sportowym;

– sklep z e-papierosami;

– kiosk z gazetami;

– kasę biletową SKM, mimo że automaty do zakupu biletów są 50 metrów dalej;

– parę pustych boksów. Nad jednym z nich nadal wisi szyld babeczkarni „Magnolia”, która istniała w tym miejscu przez parę miesięcy. Tym razem rolety antywłamaniowe są podniesione i widać, że wprowadza się tam jakiś nowy biznes.

Na tym etapie fala zaczyna się rozdzielać. Na początek, w lewo skręcają studenci zmierzający na WF i pracownicy biurowca Opera Office. Oni nie mijają już cukierni Dekera, która mieści się za przejściem dla pieszych, w budynku Opery Bałtyckiej. To tam można dostać najlepszą tartę porzeczkową w okolicy. Fala przechodzi w całości jeszcze przez przejście dla pieszych, po czym zaczyna rozdzielać się – część w lewo, w stronę wydziału chemicznego, Centrum Nanotechnologii i szpitala akademickiego, większość w prawo, przez Park Akademicki na główną część kampusu Politechniki. Przed bramą główną od głównego nurtu odbijają kolejne odnogi, aż cała fala się rozmywa.

Kończę zajęcia i wychodzę z budynku ETI. Tak jasno nie było już chyba dawno. Koło Gmachu B nagłośnienie, stoiska z piwem i watą cukrową. Trwają zawody, w których głównym zadaniem uczestników było bieganie i jedzenie kiełbaski. Dzień WILiŚ.

Idę znowu ulicą Trubadurów i widzę, jak fala nadchodzi z przeciwnej strony. Niewiele się zmieniło, poza tym, że otworzyły się zamknięte lokale, a starszy pan, jak co dzień, rozstawia swoje stoisko z przecenionymi gazetami.

Jest godzina 15:40. W Biowayu na rogu Alei Grunwaldzkiej i Miszewskiego tworzy się za nami kolejka. Piętro niżej, w pubie nie ma zupełnie nikogo. Zaczyna robić się szaro i wieje zimniejszy wiatr.

Siedzimy za ETI, opierając się o szklaną szybę. Jest cicho, spokojnie, tylko chmury nadchodzą zza wzgórz. Już za chwilę zacznie się ulewa, która przerodzi się w burzę.

Dostałem specyficzną misję i wychodzę z Gmachu Głównego. Przed głównym wejściem stoją ludzie, chroniący się przed deszczem. Co jakiś czas słychać grzmot. Park Akademicki w trakcie deszczu pachnie wręcz obłędnie. Nawet sznur samochodów na Alei Grunwaldzkiej wydaje się jakiś przyjaźniejszy. W SKM ciemno i buro. Po szybie leje się woda, pociągiem jadą tylko ci, którzy muszą.

W Gdańsku Głównym wita mnie zapach brudnej, nieumytej toalety. W tunelu praktycznie cała podłoga jest pokryta wodą. We wszystkie strony chodzą tłumy ludzi, rozdawane są ulotki kredytów-chwilówek, pechowi turyści zastanawiają się, co da się zobaczyć w takiej pogodzie, maturzyści przytulają się i żegnają przed wejściem na przystanek tramwajowy.

Ja tymczasem znajduję to, po co przybyłem do tunelu dworcowego. Wiecie, że wśród tych wszystkich bud i obskurnych stoisk w przejściu podziemnym jest jedno, na którym można kupić duże lizaki? Konsultuję się telefonicznie i wybieram taki, na jaki dostałem zlecenie.  Misja wykonana, można wracać na PG.

Gdańsk w deszczu jest piękny.

Spacer na Szubieniczną Górę

Tu jest mapa, chciałem wrzucić embeda, ale WordPress się zbiesił.

Tuż za Politechniką Gdańską mieści się wzgórze, które od swojego przeznaczenia w latach 1529-1804 nazywane jest Szubieniczną Górą. Również i później to miejsce było związane ze śmiercią. W latach 20. XX wieku znajdującemu się u stóp wzgórza cmentarzowi krematoryjnemu zaczęło brakować miejsca, więc logicznym było stawianie kolejnych nagrobków w najbliższej wolnej lokalizacji – czyli na szczycie góry. Krematorium przestało funkcjonować w 1945 roku, od tego czasu wzgórze jest odwiedzane jedynie przez spacerowiczów i amatorów piwa. Parę tygodni temu, korzystając z pierwszych dni ładniejszej pogody, wybrałem się tam na spacer.

Ze szczytu widok jest podobny, jak z dziewiątego piętra gmachu Oceanotechniki i Okrętownictwa.

Jest tam jednak niesamowicie cicho, zwłaszcza gdy odejdzie się od zbocza. Jedyne dźwięki wydają ptaki, skaczące z drzewa na drzewo powyżej. Na cmentarzu zachowało się około kilkunastu nagrobków, w różnym stanie. Duża część z nich jest przewrócona albo połamana.

Zdarzają się polsko brzmiące nazwiska. Wszystkie nagrobki, które zauważyłem, miały daty śmierci z lat 30.

Niektóre z nagrobków się zapadły.

Na innych wyryto symbole, mające zapewne tłumaczyć, kim była pochowana tam osoba.

Pomiędzy drzewami dość dobrze widać stary stadion Lechii. Podejrzewam, że w dniach meczowych w niektórych punktach ustawiały się tu grupki fanów, chcących obejrzeć mecz za darmo. Było to jedno z boisk, na których trenowała reprezentacja Niemiec podczas mistrzostw Euro 2012, wydaje mi się, że z tego powodu postawiono wzdłuż całego stadionu nowe ogrodzenie.

Teraz już tylko droga w dół… Miałem na sobie niezbyt nadające się do takich spacerów buty, więc i trzy poślizgi zakończone lądowaniem na rękach nie dziwią.

A na dole, w dawnym kompleksie domu pogrzebowego, znajduje się prawosławna cerkiew św. Mikołaja.

Po szpalerach drzew widać też, którędy prowadziły alejki cmentarza.

Na wzgórzu nagrałem też krótki film, pokazujący przede wszystkim, jak spokojnie tam było. Poza ptakami nie było słychać praktycznie niczego innego, a znajdowałem się cały czas w środku 400-tysięcznego miasta.

Więcej informacji o Szubienicznej Górze można znaleźć na stronie Muzeum Akademii Rzygaczy, gdzie jest opisana dokładniej procedura wieszania tam skazańców. Przy tworzeniu tego posta wspomagałem się też Wikipedią i Wikimapią, z której dowiedziałem się, jak właściwie to „wzgórze za PG” się nazywa.

Jak mi się dzisiaj wracało do Tczewa

image

image

image

image

Jak powiedział kierownik pociągu, „połamało nam patyki”. Kilkaset metrów pomiędzy torami, zapchany na maksa pociąg do Tczewa, w końcu praktycznie pełny autobus linii nr 50, który kosztował 8 zł. A teraz jeszcze autobus musi przedostać się przez korki na wyjeździe z Gdańska. Ot, urokliwe marcowe zamieszanie.

Komórkowa zima

Tak tę zimę widzi mój telefon.

Gdańsk z 9. piętra OiO

W tym semestrze lektorat z języka angielskiego mam w budynku wydziału Oceanotechniki i Okrętownictwa, na dziewiątym piętrze. Z sali widać dużą część Gdańska. Przy dobrej pogodzie, przez okno da się zauważyć statki, pływające po Zatoce Gdańskiej. Dzisiaj z kolei był to świetny punkt obserwacyjny testów nowego Dreamlinera LOTu, który latał dość nisko nad Gdańskiem.

Spróbowałem zrobić parę zdjęć moim telefonem, by pokazać jeden z najciekawszych widoków, jaki miałem w życiu z okna. Jak wyszło, sami możecie zobaczyć.