Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Lwów mój w wielu odsłonach

Wpis z roku 2008, pisany w Solinie, urwany i niewysłany przez nagłą awarię połączenia internetowego z Orange Free, z którego tam korzystałem.

Byłem dzisiaj we Lwowie. Była to moja pierwsza wizyta na wschód od Polski, bardzo mi się spodobało, mimo że te tereny są wyjątkowe i specyficzne dla kogoś, kto dorastał w kraju, w którym już czegoś takiego nie ma. Zobaczyłem to miasto (i okolice) w kilku różnych odsłonach, skupiałem się na samym mieście i jego życiu, a nie zabytkach, dlatego raczej nie będę tu zbyt wiele pisał o konkretnych miejscach geograficznych, a raczej o klimacie, charakterze.

Lwów religijny

Tak się złożyło, że dzisiaj akurat u prawosławnych i grekokatolików była Wielkanoc, dlatego sporo sklepów i innych tym podobnych było zamkniętych. Można było za to na ulicach spotkać wielu ludzi idących w odświętnych strojach gdzieś – i były to zazwyczaj cerkwie prawosławne i grekokatolicka. Do tych pierwszych nie zawędrowaliśmy, za to w drugiej znaleźliśmy się dokładnie w momencie rozpoczęcia mszy. Na środku cerkwi stało 8 dziewczyn w strojach ludowych (całkiem ładnych) z chorągwiami – co jakiś czas w odpowiednich momentach schylały głowy i opuszczały lekko chorągiew. Gdy już zbliżaliśmy się do wyjścia, śpiewać zaczął słynny chór męski, który tam rezyduje. Zbyt długo go nie posłuchałem, ale warto było – taka msza ma w sobie znacznie więcej klimatu, szkoda że nie czuję zbytnio żadnych przeżyć duchowych, może to coś by mi dało, niemniej było ciekawie. Odwiedziliśmy też jeszcze 2 katedry – jedną katolicką, w której ruch co prawda był, nawet parę osób się modliło, ale przez zniszczenia dokonane wcześniej była nawet nieco brzydsza niż tczewska Fara, drugą z kolei ormiańską, która ma swój specyficzny klimat, podobnie jak grekokatolicka, choć w wypadku Ormian bliżej im chyba do Koptów. Również bardzo przyjemna, chociaż niewielka i dość ciemna katedra, ale za to w tym specyficznym stylu.

Lwów (i okolice) z dreszczykiem emocji

Jak wiadomo, na wschodzie paliwo jest tanie – około 6 hrywien (3 zł) za litr. Trzeba do niego jednak doliczyć „koszty dodatkowe” przejazdu. Otóż, przejazd przez przejście graniczne z kosztami dodatkowymi (wiadomo o czym mowa ;]) trwał w naszym wypadku 2 godziny, ale nie był to koniec. Tuż przed samym Lwowem, na dawnym pasie lotniska (budowanym podobno przez Polaków, którzy poddali Lwów w II wojnie światowej), które obecnie sluży jako gigantyczna ulica wjazdowa, przy której stoi pełno marszrutek, zatrzymał nas policjant. Coś mu się nie spodobało, zabrał do siebie kierowcę, zabrał pilotkę, a tymczasem w pobliżu autobusu pojawiło się kilku rosłych osobników płci męskiej, dzwoniących radośnie przez telefony komórkowe i obserwujących autokar. Cóż, wyglądał zbyt ładnie (choć wcale świetny nie jest, o czym pisałem wcześniej), więc wiadomo – w środku turyści, turyści mają diengi, a pensje na Ukrainie niskie… W końcu jakimś sposobem kierowca i pilot do nas wrócili. Ile poszło, nie wiem. Niektóre osoby przez to dotąd nie mogą opanować emocji i są w szoku, jakie zbójectwo uprawia się zaledwie 120 km na wschód od Polski, ale co w tym dziwnego? Każdy chce dorobić, a to że w tym kraju za 4 lata mają być mistrzostwa Europy, cóż… da się zarobić więcej ;]

Lwów transportowy

Pierwszym znakiem, że jesteśmy w strefie Lwowa, są pierwsze marszrutki (autobusiki, które zatrzymują się dosłownie w każdym miejscu gdzie tylko sobie podróżny zażyczy, co korkuje całe miasto, tym bardziej że jest ich pełno), które ruszają z Sambora. Przy wjeździe do Lwowa zapamiętanym przeze mnie dzięki policjantowi, tych busików stoi już naprawdę sporo. Jeżdżą sobie po całym mieście, w różnym stanie technicznym, niektóre z „wyrzutniami” – czyli kilkoma butlami gazowymi, które służą do napędu masziny, inne zaś po co najmniej kilkunastoletniej praktyce na Zachodzie, z numerkami maksymalnie trzycyfrowymi. Zatrzymują się dosłownie wszędzie, a przy tym są straszliwie tanie, zwykle prowadzą mężczyźni.
Kobiety prowadzą zaś większość tramwajów. Te jeżdżą tylko po torach, gdzie mają mało miejsca, które chętnie jest im zabierane przez pozostałych użytkowników ruchu, co tylko pogarsza sytuację w centrum. Często w pobliżu znajduje się akurat trolejbus – te są w najgorszym stanie, zwykle hałasują niczym czołg, mają wybite szyby i niewielu pasażerów, ale jeżdżą. Są przynajmniej efektowne.
Do Lwowa można dolecieć też samolotem – codziennie latają z Moskwy, Kijowa i Warszawy. Pas lotniska widoczny jest przy wjeździe do miasta po prawej stronie.

Dalej, zdaje się, miałem napisać o jedzeniu na miejscu i tym podobnych drobiazgach. Napiszę, gdy kiedyś jeszcze pojadę do Lwowa, bo aktualnie nie jestem sobie w stanie przypomnieć, co 2,5 roku temu miałem na myśli.

Reklamy

3 responses to “Lwów mój w wielu odsłonach

  1. terraustralis 24 października 2010 o 11:34

    Niezbyt zachecajace do odwiedzin Lwowa. Pieprze ta koniecznosc dawania lapowek.To nie dla mnie. Jestem zbyt nerwowy na to. :(
    http://terraustralis.wordpress.com

  2. Walker 24 października 2010 o 11:35

    I oczywiście najciekawsze (jedzenie i tego typu drobiazgi) zapomniane! :D

  3. tuluttut 24 października 2010 o 22:55

    @terraustralis: Bo ja wiem, czy łapówki aż takie stresujące? Wystarczy potraktować to jako lokalny koloryt – nawet z nimi i tak jest taniej, niż u nas.

    @Walker: O jedzeniu pamiętam tyle, że jadłem coś lokalnego w Puzatej Chacie, i pełen, sycący obiad kosztował mnie coś koło 8 zł. :D O inne drobiazgi zawsze możesz pytać mnie na privie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s