Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Category Archives: Piłka nożna

Wielki mecz

Już od pewnego czasu było wiadomo, że Wisła wraca. Po sześciu latach od założenia Gryfa, który w założeniu miał połączyć to, co najlepsze z obu tczewskich drużyn, grupa fanów związanych z dawną Wisłą zorganizowała od nowa klub. Nie byli pierwsi – dawni piłkarze Unii już od paru lat co roku startowali w Pucharze Polski. Trzeba więc było ich przebić. Wisła Tczew została zgłoszona do rozgrywek B-klasy w sezonie 2015/2016. Pierwszy mecz miał zostać rozegrany 29 sierpnia, a na rywala wylosowana została Mewa Gniew.

Było i wcześniejsze spotkanie. Wisła, chyba w innej formie, została też zgłoszona do rozgrywek pomorskiego Pucharu Polski. 16 sierpnia biało-czerwoni na stadionie miejskim na Bałdowskiej wygrali 4:2 z rezerwami Bałtyku Gdynia. Jak wynikało ze zdjęć na Facebooku, pojawiło się kilkaset osób. Pojawiły się też pierwsze tarcia – autor posta na fanpage “Wisła Tczew Fanatics” sugerował, że albo do młyna przychodzi się śpiewać, albo należy wyp…lać, zamiast “pozować na morderców”.

Jeszcze przed tym meczem w Tczewie trwała mobilizacja. Fani Wisły (i zaprzyjaźnionej Arki) uczestniczyli w konkursie na zabazgranie jak największej ilości miejsc klubowymi barwami. Niestety, nie były to estetyczne malunki, jakie czasami zdarza się spotkać na blokach i garażach Gdańska czy Gdyni. Sugerowały raczej, że mażący mają pierwszy raz spray w dłoni. Zaproszenia na pierwszą kolejkę były kierowane do całych rodzin, wydarzenie na Facebooku przyciągnęło około trzystu osób.

Na parę dni przed spotkaniem okazało się, że mecz odbywa się dokładnie w tym samym czasie, co pierwszoligowy mecz Arki w Gdyni. Niewykluczone, że właśnie to wywołało spięcie pomiędzy ultrasami Wisły a TPAG – tczewską grupą fanów Arki Gdynia, którzy domyślnie byli bazą, z której powstawała grupa wiślacka. Najprawdopodobniej ze względu na to, że osoby bliżej Wisły postanowiły, że w trakcie jej pierwszego meczu ligowego nie mają zamiaru wybierać się do Gdyni, “Tczewska Patologia Arka Gdynia” ogłosiła, że nie chce mieć nic wspólnego z lokalnym klubem. W odpowiedzi na to WTF ogłosiło zakaz wchodzenia w barwach Arki na mecz w Tczewie.

Pod względem podziałów kibicowskich Tczew to ciekawe miejsce. Stare Miasto i Zatorze, znane też jako Kozen, to bastion fanów Lechii Gdańsk. Nowe Miasto, Suchostrzygi i Czyżykowo to z kolei teren fanów Arki. O takich niuansach warto pamiętać, gdy przechadza się po mieście z wyglądem sugerującym, że można śmiało zaczepiać, bo zaczepiającemu nic nie grozi. Been there, done that.

Nadszedł w końcu dzień wielkiego meczu. W miejskim autobusie jadącym na Czyżykowo mniej więcej połowa ludzi wybierała się na stadion. Średnia wieku 16, może 18, duży odzew na wezwanie do ubrania się na biało-czerwono. Były też dziewczyny, które zadziwiająco nie wyglądały na stereotypowe Karyny. Faceci już bardziej w typie Seby, zdecydowanie włosy dłuższe niż jeden centymetr były w tym autobusie bardzo passe. Nawet komunikaty głosowe z systemu informacji pasażera ładnie wpisywały się w nastrój. “Plac Jana Pawła Drugiego”, mówił osobnik o głosie przechlanego dresa, a przy obu bokach czułem nabuzowane energią i niezrzuconym napięciem, spocone męskie ciała.

Jeszcze tylko przejście przez szpaler mniej więcej dziesięciu panów z prewencji, z których jeden poprosił mnie grzecznie o otwarcie plecaka i pokazanie wiktuałów, które w środku wnoszę, i byłem na stadionie. Po nie do końca zatwierdzonej renowacji przeprowadzonej przez kibiców Wisły, zrobiło się tu bardzo biało-czerwono. Przy rozstawionym namiocie można było kupić żurek i inne polskie specjały, z okienka budynku klubowego sprzedawano koszulki i szaliki, wystawiono też głośniki, z których wydobywał się zadziwiająco dobry rock. Ewidentnie spora część widowni przyniosła ze sobą piwa, bo gdzie nie spojrzałem, widziałem kogoś raczącego się trunkiem ze szklanej butelki. To było chyba najbardziej B-klasowe w tym meczu.

Spokojnie przyszło z 300 osób. Sędzia – jak to na tym poziomie rozgrywkowym – przyjechał jeden, trzeba więc było zorganizować paru młodych działaczy do potrzymania chorągiewki na końcach boiska. Chłopak w szaliku, który w połowie był biało-czerwony, a w połowie żółto-niebieski, przyszedł w pobliże mnie i rzucił chorągiewką w kierunku krótkowłosego osobnika w okularach, który przyprowadził swoją dziewczynę.

– Będziesz sędziować. Wystarczy, że będziesz tam stał i trzymał chorągiewkę.

Ewidentnie nie było to w zakresie wymarzonych aktywności, które w tym momencie chciał robić, ale na drugą połowę dał się przekonać. Stał przy samej barierce, a jego dziewczyna tuż za nim zrzucała co jakiś czas nieistniejące pajęczyny z jego pleców.

– Ty, czaisz jaki telefon obczaiłem? MyPhone jakiśtam, cztery stówy jedyne, a bebechy takie, o których ty możesz tylko śnić. Osiem megapikseli aparat, chyba osiem gigabajtów pamięci, najnowszy Android!

Od pierwszego gwizdka rozpoczął się doping – od wystrzelenia papieru z tub, który na parę minut uniemożliwił grę. W połowie meczu pojawiły się też na chwilę race. Zaskoczył mnie brak wulgaryzmów. Chyba na poważnie potraktowali zaproszenie całych rodzin, bo najgorsze, co usłyszałem to “wygramy, wygramy, wygramy, wioskę pokonamy”. Śpiewane rzeczy nie bardzo jednak odnosiły się do tego, co działo się na boisku. Aż do sytuacji, w której piłkarz Wisły przestrzelił karnego. “Nic się nie stało, Wisełko, nic się nie stało!” – usłyszeli piłkarze i wtedy, i dziewięć minut później, gdy jeden z piłkarzy Mewy trafił do siatki. Odpowiedzieli dobrze – mecz skończył się wynikiem 3:1 dla Wisły.

Z pętli na Czyżykowie pierwszy autobus w kierunku Dworca to była siedemnastka, która jechała przez Stare Miasto. Choć odrobinę zestresowani, niektórzy fani wracający z meczu wsiedli w autobus.

– Jaki wynik? – zapytał na wejściu kierowca.

Zaraz za autobusem powoli potoczył się radiowóz.

Przejazd przez Stare Miasto z narracją paru bardziej doświadczonych w lokalnych rozgrywkach fanów był interesujący.

– O, tutaj jest najgorzej. – gdy w bramie jednej z kamienic można było dostrzec grupę osobników w wieku około trzydziestki, która z zafascynowaniem znad trunków obserwowała przejeżdżającą kawalkadę.

– Patrz, jak nas obserwują. Ale teraz, jak odjechaliśmy, to już nie mogą nic zrobić. – gdy na autobus patrzyła grupka może czternastoletnich dzieciaków.

Można było się poczuć, jakby przebijało się przez strefę wojny. A tu tak naprawdę nic, tylko paru lokalsów zamroczonych trunkami i tradycyjna staromiejska patologia.

Przy kupowaniu biletu do Gdańska system rezerwacji biletów się zawiesił. Tczew nie chciał mnie wypuścić ze swoich macek.

W 142 na Dworcu PKS dosiadł się do mnie starszy pan. Lekko łysiejący, przy sobie, ewidentnie szukał konwersacji. Zobaczył, że patrzę na areszt śledczy, zastanawiałem się przy tym, czemu nie wszystkie okna są przykryte blindami.

– Szósta blinda od prawej, tam siedziałem w roku siedemdziesiątym.

– Długo?

– Tak. W ogóle, jaka kanalia ten Wałęsa. Ja walczyłem i jak na tym wyszedłem? On z kolei skakał przez płot, chyba po alkohol tylko. Sam od jakiegoś czasu zbieram butelki z tamtego czasu i mam zamiar zanieść pod ten mur, przez który on niby skakał. Bolek… A potem miał taką okazję, a wszystko zniszczył, wszystko zaprzepaścił. Jak można być tak bardzo zakłamanym? No i ja na tym tyle straciłem. Właśnie zresztą wracam z tych obchodów, dobrze, że go tam nie zaprosili. Obchody były ładne, ładne piosenki grali, ale dla mnie to już było trochę za długo. Ten kraj jest straszny. Trzeba z niego wyjechać. Zresztą, ja sam też wyjeżdżałem, a moje dzieci to w ogóle wyprowadziły się za granicę, nie będę panu mówił do jakiego kraju, ale się wyprowadziły i żyją zupełnie inaczej. Jasne, na początku było ciężko, ale z czasem weszły na zupełnie inny standard. Ostatnio chciały, abym we wrześniu, to znaczy w następnym miesiącu, do nich przyjechał. I tak zapytali mnie, a dziadku, bo ja na siebie mówię dziadek, czy przyjechałbyś do nas we wrześniu? Bo my byśmy chcieli pojechać na wakacje do Hiszpanii, a nie ma kto nam popilnować dzieci. To ja im powiedziałem, że tak nie zrobię, i przyjadę dopiero po piętnastym września. A wie pan, ile ja lat już dziadek pracuje? Pandeset tri! Znaczy pięćdziesiąt trzy.

– Ładnie.

– Bo wie pan, czasem mam tak, że zaczynam mówić w innych językach. To pandeset tri to było akurat po czesku. Czeski i polski w ogóle są do siebie bardzo podobne.

– W końcu słowiańskie języki.

– To prawda, polski, czeski, słoweński, bo Słowacja to jest Slovensko, potem dalej słoweński i te inne jugosłowiańskie, ale grecki to już nie. Tak samo niemiecki, tam się mówi zupełnie inaczej, bo ajns cwaj draj fier fynf zeks ziben acht nojn i cin, a w greckim jest deka, i mówi się tak jak w niemieckim, że najpierw jeden, a potem dziesięć. Z kolei rosyjski ma zupełnie inne liczby, bo czterdzieści to sorok.

– No tak, ale rosyjski akurat ma inne dziesiątki podobne do polskiego.

– To prawda. Oj, żebym tylko nie przegapił swojego przystanku. O, tu się przesiądę. Tu odjeżdża taki autobus o bardzo ładnej liczbie, 162.

Nie pożegnał się ze mną, niestety.

Reklamy

B-klasa to jest to. Rozstaje Gdańsk – Ogniwo Borkowo 0:3

Data: 14.09.2014, 11:00
Miejsce: ul. Meissnera, Gdańsk
Widzów: ok. 25
Liga (klasa rozgrywkowa): B-klasa Gdańsk III (8.)
Cena biletu: 0 zł

Przeglądając tegoroczne tabele rozgrywkowe, odkryłem, że w tym roku w Gdańsku pojawiła się nowa drużyna seniorska – Rozstaje Gdańsk. Nie jest to całkowicie nowy twór – drużyna istniała wcześniej, ale w sezonie 2013/14 nie zgłosiła zespołu seniorów do rozgrywek.

Co ciekawe, nigdzie w sieci nie było informacji o tym, w którym miejscu Rozstaje grają. Napisałem więc na mail kontaktowy i do Pomorskiego ZPN, dostałem odpowiedź, że mecze odbywają się na boisku przy ZSO nr 8 na ulicy Meissnera.

Standardowo, przyszły głównie rodziny zawodników, ale pojawili się też czterej młodzieńcy, którzy w przerwach między raczeniem się złocistym trunkiem postanowili urozmaicić mecz. Na samym jego początku pokrzyczeli chwilę „Rozstaje!” i rzucili petardę, ale ciekawiej zrobiło się po przerwie, gdy znaleźli się na… dachu szkoły, gdzie odpalili racę, pokrzyczeli chwilę i rzucili jeszcze jedną petardę. Zawodnicy wyglądali na zaskoczonych, że ktoś im kibicuje ;)

A jak było na boisku? Zaczęło się katastrofalnie dla Rozstajów, bo w 20 minut stracili 3 bramki. Wyglądało na to, że wynik końcowy może być dwucyfrowy. Później grali znacznie lepiej, pojawiały się składne akcje, ale żadna z drużyn nie trafiła już ani razu do siatki.

Po 4 kolejkach, Rozstaje są jedną z 3 drużyn, które jeszcze nie mają ani jednego punktu w tej grupie B-klasy. Ciekawe, kiedy uda im się wygrać pierwszy raz po reaktywacji.

Piłkarski sezon 2013/2014 – rozkład klubów na województwa

W ciągu długiego weekendu przygotowałem trochę statystyk na temat klubów piłkarskich grających w rozgrywkach seniorów w Polsce w tym sezonie razem z mapami rozkładu klubów na województwa.

Jeśli chcesz dowiedzieć się, jakie województwo ma najwięcej klubów na 10 000 mieszkańców albo na 100 kilometrów kwadratowych, albo ciekawi Cię, gdzie jest najmniej drużyn piłkarskich w Polsce, zapraszam na:

http://mat.mikronacje.info/kluby/1314/

Enjoy!

Latający piłkarze: Gryf 2009 Tczew – Orlęta Reda 1:0

Data: 15.08.2013, 11:00
Miejsce: ul. Ceglarska 5j, Tczew
Widzów: ok. 100 (ok. 20 za płotem)
Liga (klasa rozgrywkowa): IV liga, grupa pomorska (5.)
Cena biletu: 3 zł ulgowy

W związku z awarią pieca i brakiem ciepłej wody na stadionie przy ul. Elżbiety, mecz Gryfa Tczew z Orlętami Reda został przeniesiony na dawne boisko Wisły Tczew, mieszczące się przy ul. Ceglarskiej. Od 4 lat nie odbywały się tu mecze czwartoligowe, a szkoda.

Pójście na mecz Gryfa w tym sezonie kosztuje 5 zł za bilet normalny i 3 zł za bilet ulgowy. Tradycyjnie, część widzów stała za płotem. Rozglądając się, naliczyłem jednak ponad 90 osób w środku.

Od 2009 roku, gdy ostatnie mecze na Ceglarskiej rozgrywała Wisła, niewiele zmieniło się przy głównym boisku. Budynek klubowy nadal przypomina o tym, że kiedyś istniała tu sekcja piłkarska.

Mecz był dużo ciekawszy niż ten w Warszawie – po części na pewno przez pogodę. Piłkarze obu drużyn nie oszczędzali przeciwników, w pewnym momencie sędzia musiał rozdzielać rozwścieczonych rywali.

Pod koniec pierwszej połowy zdarzyła się też pyskówka, po której jeden z graczy z Redy został wyrzucony z boiska. Nie spodobało mu się to – w przerwie meczu starał się dotrzeć do sędziów, by powiedzieć im, co o tym sądzi. Powstrzymali go gracze jego własnej drużyny.

Jeszcze w pierwszej połowie piłkarze Gryfa zdobyli prowadzenie, które utrzymali aż do końca meczu. Dużą rolę w tym miał bramkarz Gryfa, który kilkukrotnie popisał się bardzo dobrymi interwencjami.

A mi udało się zrobić trochę zdjęć latających i tańczących piłkarzy.

Trochę więcej zdjęć tym razem wrzuciłem na imgura. Do tego, relacjonowałem na żywo mecz na regiowyniki.pl – ciekawy startup, który przy odrobinie zainteresowania może stać się bardzo dobrym źródłem wyników na żywo.

Kopanina w deszczu: RKS Okęcie Warszawa – Mazowsze Grójec 1:2

Data: 10.08.2013, 11:00
Miejsce: ul. Radarowa 1, Warszawa
Widzów: ok. 70
Liga (klasa rozgrywkowa): IV liga, grupa mazowiecka południe (5.)
Cena biletu: 0 zł

Nie fascynuje mnie zbytnio piłka na światowym poziomie. Nigdy jeszcze nie byłem na meczu wyższej klasy rozgrywkowej, niż trzecia, a gdy widzę mecz w telewizji, nieczęsto mam ochotę oglądać go do końca. To, co faktycznie jest dla mnie ciekawe w meczach piłki nożnej, to lokalny folklor – komentarze dziadków, uważających się za ekspertów w dziedzinie piłki nożnej, emocje ludzi, którzy często są bezpośrednimi krewnymi grających na boisku, śmieszne i dziwne sytuacje (pamiętacie „Daj kamienia”? Filmik został nagrany na stadionie w Tczewie, na meczu Unii – klubu, na którego spotkaniach byłem co najmniej kilkanaście razy). Interesują mnie drużyny skazane na porażkę, kluby, których piłkarze grają bardziej po to, żeby sobie pobiegać. Dlatego, gdy chciałem pójść na mecz w Warszawie, zamiast na stadion Legii, wybrałem się na Okęcie, gdzie swoją siedzibę ma klub RKS Okęcie Warszawa.

Stadion Okęcia przypomina nieco stadion Unii/Gryfa w Tczewie. Też ma trybunę o podobnej liczbie krzesełek, tutaj jednak boisko mieści się nieco dalej przez bieżnię, która prowadzi wokół niego. Raczej dawno nikt na niej nie biegał. Poza główną trybuną na stadionie znajduje się też specjalna trybuna dla VIP-ów.

Robotniczy Klub Sportowy Okęcie Warszawa ma długą tradycję – powstał już w 1928 roku. W poprzednim sezonie drużyna znalazła się na miejscu spadkowym z IV ligi, ale w związku z bankructwem Polonii Warszawa Mazowiecki Związek Piłki Nożnej postanowił o zwiększeniu obu grup IV ligi mu podlegających, tak by zmieścić w nich Polonię. Dzięki takiej decyzji Okęcie pozostało jednak w swojej dotychczasowej klasie rozgrywkowej.

W pierwszym spotkaniu sezonu 2013/2014 rywalem stołecznego klubu była drużyna Mazowsza Grójec, z którą w zeszłym sezonie Okęcie przegrało dwukrotnie. Piłkarze i działacze z Grójca przyjechali do Warszawy małym autobusem lokalnego PKS-u.

Przed meczem, w trakcie rozgrzewki, obsunęła się siatka na jednej z bramek. Działacze dzielnie walczyli z niesforną siatką.

Piłkarze Okęcia grali w niebiesko-białych strojach, goście z kolei przywdziali barwy żółto-niebieskie.

Drużyny i sędziowie wyszli na boisko, mecz się rozpoczął, a potem… zaczęło lać. I tak przez całą pierwszą połowę i duży kawałek drugiej. Wielu widzów schowało się do budynku klubowego i oglądało mecz przez okna.

Jak można się spodziewać, w pierwszej połowie działo się niewiele. Do przerwy wynik był bezbramkowy, z delikatną przewagą Mazowsza. W przerwie meczu obszedłem okolicę – jak się okazuje, zaraz obok stadionu mieści się ośrodek egzaminacyjny, który wygląda trochę inaczej niż gdański PORD. Przed meczem wciśnięto mi w ręce ulotkę jakiejś szkoły jazdy, z komentarzem „jeździmy też do Łomży”, tak, bym pamiętał na wypadek niezdanego egzaminu. Niestety, zdałem 3,5 roku temu ;)

W drugiej połowie działo się więcej – dość szybko samobójczą bramkę strzelił jeden z piłkarzy Okęcia.

Po bramce ożywili się dotąd milczący kibice Okęcia – okazało się, że drużyna ma swoich szalikowców! Na oko było ich około dziesięciu, zaczęli od rzutu petardą w stronę pola gry i okrzykami „Jesteśmy z wami, Okęcie jesteśmy z wami”. Później jeszcze parę razy się odzywali, z ich pieśni zapamiętałem przede wszystkim słowa „wiecznie najebani” i okrzyki „Legia Warszawa”. To tłumaczyło też, skąd logo Legii namazane sprayem na bramie wejściowej stadionu. Z kolei na kiosku swoją siedzibę miał spiker, który odzywał się, gdy akurat nie padało.

Strata bramki podziałała mobilizująco na piłkarzy stołecznej drużyny – nagle okazało się, że potrafią stworzyć zagrożenie dla bramki przeciwnika. Faktycznym katalizatorem okazała się jednak dopiero czerwona kartka dla jednego z graczy z Grójca. Tuż po niej po udanej akcji to grójecki bramkarz musiał wyciągać piłkę z siatki.

Jeden z piłkarzy Mazowsza najwyraźniej powiedział albo zrobił coś podczas fetowania strzelonej bramki, bo chwilę później otrzymał czerwoną kartkę i żółto-niebiescy tym samym musieli grać dalej w dziewięciu. Mimo tak dużej przewagi, gospodarze nie potrafili przekuć okazji w bramki. W doliczonym czasie gry udało się to jednak graczom Mazowsza.

Zaraz po bramce sędzia zakończył spotkanie. Drużyna z Grójca wróciła do domu z trzema punktami pomimo dwóch czerwonych kartek.

Na takich meczach nie dzieje się zbyt wiele ciekawego. Pomimo tego, bardzo lubię ich kameralną atmosferę. Nie pomyślałbym jednak o pójściu na mecz Okęcia, gdybym nie czytał ostatnio tak dużo o groundhoppingu – zwłaszcza na kartofliska.pl.

EDIT 21:19 – Tu zdjęcia z meczu zalinkowane na oficjalnej stronie klubu.

Byłem dziś na Gryfie

Wpadłem dzisiaj z tatą na mecz tczewskiej drużyny piłkarskiej – Gryfa 2009 Tczew. Spadkowicz z III ligi grał dzisiaj z jednym ze średniaków ligowych – GKS Przodkowo. Poszedłem po części, żeby zobaczyć, co się zmieniło na ulicy Elżbiety od czasu, gdy grała tam Unia Tczew.

Płyta boiska została minimalnie poszerzona, a operator i dziennikarz lokalnej telewizji Tetka zostali wyposażeni w daszek, chroniący ich przed deszczem.

Kibice zespołu gości zostali przeniesieni w inne miejsce, gdzie stworzono im klatkę. Oczywiście, na mecze IV ligi kibice z takiego np. Przodkowa zbyt chętnie się nie fatygują, a na fanów drużyny z Gdańska albo Gdyni klatka byłaby zbyt mała.

Trochę historii – w Tczewie od wielu lat istniały dwa kluby piłkarskie – Wisła i Unia Tczew. Każdy z nich miał swoich fanów (a sympatia do któregoś z tczewskich klubów wiązała się z sympatią do ich trójmiejskich pobratymców – odpowiednio Arki Gdynia i Lechii Gdańsk), którzy nie przepadali za sobą nawzajem. Obie drużyny grały różnie, lecz zazwyczaj nie dzieliła ich więcej niż jedna klasa rozgrywkowa. Przykładowo, gdy pierwszy raz szedłem na mecz, Unia grała w III lidze, a Wisła w IV. Teraz, gdy mówi się, że jakiś klub gra w IV lidze, to znaczy, że na tamte warunki gra w piątej, bo polska druga liga została przemianowana na pierwszą i tak dalej w dół.

W 2009 roku postanowiono o połączeniu dla oszczędności dwóch tczewskich klubów, tworząc twór o nazwie Gryf 2009 Tczew. Efekt? Powstała drużyna, która obecnie spadła z III do IV ligi i od której odwrócili się kibice zarówno Wisły, jak i Unii. Obecnie na mecze Gryfa przychodzą głównie emeryci, którzy zawsze są ekspertami ds. każdego zagrania biegających po boisku, a także dziewczyny i wannabe dziewczyny piłkarzy. Na stadion przy ul. Elżbiety przychodzi mniej ludzi, niż przychodziło na mecze szóstoligowej Subkovii Subkowy, gdy ta walczyła o awans do wyższej klasy rozgrywkowej.

Są oczywiście tego plusy – chodzenie na mecze Gryfa stało się kompletnie bezstresowe. Nie ma się po prostu czego bać – osoby, które jakkolwiek mogłyby być zagrożeniem kompletnie straciły zainteresowanie chodzeniem na mecze piłkarskie w Tczewie. Chyba, że akurat w Tczewie grają rezerwy Lechii.

A jak wygląda gra drużyny, która po spadku z III ligi nie zmieniła zbytnio składu? Zadziwiająco kiepsko. Po kilku dość przyzwoitych akcjach na początku pierwszej połowy po boisku przechadzał się tylko marazm. Co było dość oczywiste, Gryf stracił bramkę.

Druga połowa była niewiele lepsza. Udało się jednak wyrównać na 1:1.

Radość była krótka, bo niedługo zajęło piłkarzom Gryfa stracenie dwóch kolejnych bramek. Fakt, nagle wstąpiła w nich potem energia, udało się nawet strzelić jeden gol, ale mecz zakończył się wynikiem 2:3.

Po pięciu kolejkach Gryf ma 4 punkty i w tabeli zajmuje 14. miejsce na 18 drużyn. Wszystko wskazuje na to, że i w tym sezonie może mieć miejsce spadek i najlepsza tczewska drużyna może już za rok znajdować się na szóstym poziomie polskiej hierarchii rozgrywek. Poziomów w województwie pomorskim razem jest osiem.

RIP, Webpark.pl

Od małego chciałem współtworzyć treść w Internecie. Dzięki podstawowym umiejętnościom HTML, których nauczyłem się z pomocą mojego taty, zafascynowanego wówczas możliwości publikacji swojej twórczości w Sieci, już w wieku 11 lat byłem w stanie stworzyć moją pierwszą stronę internetową. Opisywała ona historię dzikiej drużyny piłkarskiej, którą założyłem z kolegami z podstawówki. Wystąpiliśmy nawet na paru turniejach, zyskując niechlubną sławę jednej z najgorszych dzikich drużyn w okolicy, przetrwaliśmy kilka rozpadów (za jednym razem koledzy postanowili stworzyć drużynę beze mnie i świetnie się zorganizowali – kupili nawet jednakowe bordowe koszulki za 3,99 zł w Biedronce – ich drużyna przetrwała około 8 godzin, po czym wrócili do mnie, ja kupiłem sobie taką samą koszulkę i zadawaliśmy szyk na następnych turniejach), niewielu z nas potrafiło jakkolwiek grać w piłkę, ale świetnie się bawiliśmy.

Nazwa, którą przyjęliśmy dla drużyny – Gryf Tczew – nawiązywała do herbu miasta. Obecnie nazwa jest używana przez najlepszy (bo jedyny) tczewski klub piłkarski, który powstał z połączenia Unii i Wisły Tczew.

Gdzie jest Wally?

Drużyna oczywiście rozpadła się po paru latach razem z zakończeniem edukacji w podstawówce, obecnie każdy z nas poszedł zupełnie inną drogą i pomimo mieszkania na tym samym osiedlu widzimy się raz na kilka miesięcy, ale nadal pamiętam chwile chwały, gdy okazało się, że na pewnym turnieju nie zajęliśmy akurat ostatniego miejsca, co było szokujące. Stworzyłem dla naszej drużyny stronę internetową – nie była jedyną – mój drugi kolega też nauczył się podstaw HTML i stworzył drugą (która, niestety, jutro zniknie z Sieci – spróbuję też ją później gdzieś wrzucić, jak dostanę zgodę).

Kilkanaście dni temu, wchodząc przypadkiem na matikula.webpark.pl, natrafiłem na następujący komunikat.

Uprzejmie informujemy, iż z dniem 31 maja kończymy świadczenie usługi Webpark.pl.
W zamian oferujemy Państwu profesjonalną usługę hostingu w rewelacyjnej cenie 61,19 PLN lub darmowy hosting u naszego partnera Orangespace.pl.

Napisałem o tym na blipie, po czym… od razu zapomniałem. Dziś przypadkiem wszedłem na mojego blipa (nie pisałem tam przez ostatnich kilka ładnych dni) – w samą porę. Już jutro moja pierwsza strona internetowa uległaby anihilacji.

Webpark był jednym z pierwszych darmowych hostingów w Polsce. Na samym początku dla darmowych użytkowników oferowali niebotyczną pojemność 3 MB, dało się też wykupić konto chyba 50 MB za kilkadziesiąt zł rocznie, z czego później korzystał mój tata.

Teraz jest jednak zamykany, a wraz z nim wiele stron z ery przedblogowej. Szkoda, ale rozumiem decyzję.

Moja strona pozostała jednak w sieci, z tym, że teraz jest na moim hostingu. Jeśli chcesz zobaczyć, jakie tragiczne strony tworzyłem w 2002-2003 roku, zapraszam – Gryf Tczew.

Na tym samym hostingu znalazłem też nigdy oficjalnie nieopublikowaną gazetkę szkolną, którą opracowałem ze znajomymi z rocznika w pierwszej gimnazjum…

Niedziela w Dortmundzie

19.09.2010 r., Dortmund, Niemcy

Niedziela jest w Niemczech dniem zwolnionego tempa. Zdecydowana większość sklepów, w tym supermarkety, są dziś zamknięte. Ciężko też, przynajmniej rankiem, znaleźć cokolwiek ciekawego w telewizji (gdy przeglądałem, wszystkie kanały zdawały się własnie puszczać blok programów dla dzieci lub dokumentalne o Jezusie / Ziemii Św.). Wbrew pozorom, wydaje się też, że religijność w okolicy – choć rozbita na różne wyznania – jest całkiem spora. Taką przynajmniej iluzję tworzy duża ilość programów religijnych w telewizji w niedzielę i lokalny Turek, jeżdżący z Koranem włożonym za deskę rozdzielczą swojego VW Transportera.

Niewiele zajęć pozostaje w takim razie na niedzielne popołudnie, dlatego wielu ludzi wybiera spacer, jogging lub przejażdżkę rowerem. Ścieżki dla rowerzystów są wszechobecne, dobrze oznakowane i prowadzą do bardzo konkretnych miejsc, jak na przykład oddalone o 25 km Hagen. Ta akurat została stworzona wzdłuż autostrady. Dziwiło mnie, że przecinała zjazdy z niej jak na normalnym skrzyżowaniu.

My również wybralismy przechadzkę, odwiedzając położone niedaleko stąd parki Rombergpark i Westfalenpark. Pierwszy z nich był naszym celem przez parę ostatnich wyjazdów, lecz za każdym razem coś uniemożliwiało dotarcie tam. Tym razem się udało i muszę przyznać, że było warto. Idealne miejsce do spokojnego wypoczynku pomiędzy różnymi gatunkami roślin.

Westfalenpark odwiedzam z kolei niemal za każdym razem. Oswojone ptactwo, dużo dzikich wiewiórek czy myszy, różne jeszcze niezidentyfikowane alejki, każda inna od pozostałych. Tym razem na przykład przeszedłem się ogrodem urządzonym w stylu azjatyckim, wywarł na mnie duże wrażenie.

Przypadkiem też trafiliśmy pod sam Westfalenstadion – gdzie swoje mecze gra Borussia Dortmund, której kibicuje tu całe miasto – i to akurat w trakcie derbowego meczu z Schalke. Co prawda na wyjeździe, ale kibice zdecydowali tym razem, że nie wybierają się do Gelsenkirchen ze względu na podwyższone ceny biletów (50 euro). Zamiast tego zebrali się na własnym stadionie i oglądali mecz na telebimach – doping słychać było z odległości kilkuset metrów. Borussia wygrała 3:1.

Jeśli chodzi o kanały telewizyjne, mam tu dostęp do naziemnej telewizji cyfrowej – aż 25 kanałów niekodowanych, w tym anglojęzyczne CNN! To i tak mniej, niż w Wielkiej Brytanii, ale więcej, niż w Tczewie (0, z perspektywą ok. 16 w ciągu najbliższego roku). Brak jednak kanału, który zajmowałby się wyłącznie dostarczaniem informacji (dwa „informacyjne” – ZDFinfokanal i N24 – prezentują głównie filmy dokumentalne).

Było to zwłaszcza widoczne w ostatnich godzinach, gdy o strzelaninie w szpitalu w Badenii-Wirtembergii (w chwili, gdy to piszę, mam informacje, że zginęła napastniczka i 3 inne osoby) dowiedziałem się z CNN. Żaden kanał nie przerwał z tej okazji swojego programu, jedynie na N24 widoczny był pasek informacyjny na dole. Życie toczy się dalej.

kto mówił, że wszyscy Niemcy żyją w świetnych warunkach? ;>

A właśnie! Mówiłem, że poszukiwałem w Polsce tych paluszków, maczanych w czekoladzie, będących przysmakiem Japończyków – Pocky Sticks. W Niemczech znalazłem ich licencjonowaną europejską wersję pod nazwą Mikado. Jedna paczka za 1,19 euro. Są dobre, ale mało ich…

[UPDATE 26.05.2012 r.] Paluszki Mikado pojawiły się oficjalnie w Polsce. Więcej o nich w tym poście.

Nigdy nie uważałem siebie za patriotę, ale

…gdy słyszę „polskich kibiców”, śpiewających na stadionie w San Marino „PZPN, PZPN, jebać, jebać PZPN” w trakcie, gdy orkiestra gra hymn Polski, wściekłość mnie ogarnia.

Może to dlatego, że dzisiaj znowu słuchałem Sabatonu.

Nie wiem czemu, ale to jest jedyny patriotyczny klip, który mi się podoba.

A i tak kibicuję San Marino. Ze względu na to, że zawsze wolę takie drużyny, które nie mają żadnych szans, a czasem sprawiają niespodziankę.

Znalazłem się na Joggerze! :D

Przy okazji pierwszej bramki strzelonej Polsce na Euro, na blogu Kultura na Joggerze jego twórca skopiował wiadomości które otrzymał z Blipa w ciągu dwóch sekund. I ja tam się znalazłem :)

(…)
pagenoare: #euro2008 ja p********
yano: #euro2008 :((((((((((((((((((((((((((((
hani: #euro2008 O W P*****
jouki: #euro2008 Gol.
klisiu: #euro2008 k****, gol ?!
flameman: #euro2008 ch**
ubik: #euro2008 fck
mmiller: #euro2008 nieeeeee\
przemcio: #euro2008 FAK
felinity: #euro2008 nieeeeeeeeeeeeeeeeee
picek6000: #euro2008 K***********AAAAAAAAa
kashmir: #euro2008 K***A!
heavygunner: #euro2008 K****AAAA
mmkay: #euro2008 Jeee!
eirena: #euro2008 k***a jego mać
panr: #euro2008 no i po meczu, czesc!
komar: #euro2008
pyza: #euro2008 #k***a
(…)

I tak przegramy. Trzeba w końcu szerzyć optymizm w społeczeństwie, nie?