Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Żywot licealisty

6:10. Budzę się o tej porze 3 razy w tygodniu, gdy mam lekcje na 7:30. Dzisiaj co prawda nie mam porannej matematyki, ale tylko dlatego, że nauczycielka jest na konkursie, na którym mam być i ja. W planach 7:30 Kangur, 9:00 powiatowy konkurs z angielskiego. Zdążę? Jak zwykle.

W ciągu 45 minut zdążyłem załatwić wszystkie czynności fizjologiczne, umyć się, ubrać, zjeść śniadanie, pozbierać swoje rzeczy. Plecak dziś nie jest ciężki – w praktyce idę na zaledwie jedną lekcję. Około 7 wychodzę z domu – o 7:06 autobus powinien być na przystanku.

10 minut w autobusie, kolejne 10 minut piechotą i jestem w szkole. Nauczycielka spieszy się z tłumaczeniem zasad Kangura, bym miał więcej czasu. Niestety, i tak ostatecznie pisać zaczynamy dopiero o 7:50. Mam 45 minut na rozwiązanie 30 zadań, gdybym mógł zostać, miałbym 75. Radzę sobie z 22 – ile z tego poprawnie? Gdy zostało mi 5 zadań do końca (3 po drodze pominąłem), patrzę na zegarek – jest 8:35. Pora kończyć. Szybko zbieram swoje rzeczy, oddaję kartę odpowiedzi i wychodzę. Ubieram się, wkładam słuchawki na uszy i spacerek do budynku CED-u na konkurs z angielskiego. Tutaj już nie muszę się spieszyć – następny punkt programu jest dostatecznie oddalony w czasie. W trakcie pisania opowiadania po angielsku czuję wibracje telefonu. Ktoś do mnie dzwoni. Jak zwykle zapomniałem na konkurs wyłączyć telefon, i zastanawiam się, kto to był i czego chciał. Nic, piszę dalej o moim pierwszym locie samolotem. Miało być 200-250 słów, było 258. Niemalże idealnie. O 10:20 kompletnie kończę pisać. Zostało jeszcze 20 minut siedzenia i czekania na koniec czasu. Piekielnie długie dwadzieścia minut, zwłaszcza, że jestem ciekaw, kto i co zawarł w treści, i po co dzwonił. Gdy słyszę, że możemy oddać prace, natychmiast wyjmuję telefon i… nic ważnego. Chyba pora wyłączać telefon, bo jestem zbytnio uzależniony.

Kolejny punkt wycieczki to parunastominutowy spacer do szkoły. Jest nieco wcześniej niż się spodziewałem i jednak jestem na wf-ie. Stroju oczywiście nie mam, bo po co? Na miejscu zaskoczenie – wuefistka wróciła z macierzyńskiego, jednak jak się okazuje tymczasowo tylko na jedną lekcję. Woźny natychmiast zagania wszystkich niećwiczących do roboty. Kończy się tym, że niesiemy przez kilkaset metrów sporą szafę i parę półek. Mi przypadają półki. Szafa jest dość szeroka, i nie zawsze między samochodami na chodniku się mieści, więc chłopacy udają samochód i idą środkiem ulicy. Dostarczamy ładunek do sióstr i wracamy.

Jeszcze tylko rozmowa na przerwie z dyrektorem odnośnie tegorocznego wyjazdu w Bieszczady. Trzeba będzie poszukać hosteli po drodze. Być może też tym razem uda się wyskoczyć do Lwowa. Przerwa się kończy, natychmiast idę na jedyną dzisiaj jeszcze lekcję – fizykę. A na fizyce… kartkówka. Zapowiedziana, ale zawsze. Trochę liczenia równań soczewki, trochę rysowania schematów, mnóstwo błędów, które na szczęście wychwytywałem na bieżąco i poprawiałem. Oddana też poprzednia kartkówka – dostałem piątkę. Wreszcie jakaś dobra wiadomość!

Lekcje kończą się o 13. Idę do domu, zjeść obiad i nieco odpocząć. Czytam Skrzydlatą Polskę, a następnie magazyn samorządu studentów Politechniki Gdańskiej „PUNKT G” który dostałem na wczorajszych dniach otwartych Politechniki. Potem jeszcze „Samodzielnik pierwszaka” – też z PG. Coraz bardziej mi się tam podoba, mimo opowieści o wojnach o przetrwanie, zwłaszcza na pierwszych semestrach. Potem godzinka przy komputerze i dalszy bieg.

Tym razem na 15:30 na jazdę. Kurs na prawo jazdy przeszedł już do części praktycznej – to była moja druga jazda. Jak na zamówienie, nieco po wejściu do samochodu zaczęło się przejaśniać. Z czasem było to nawet niekomfortowe, gdy słońce świeciło prosto w oczy. O ile za pierwszym razem miałem wrażenie, że idzie całkiem nieźle, tak tym razem miałem wrażenie, że poszło tragicznie. Może to wina godziny (poprzednio jeździłem o 21, teraz o 16, w godzinach szczytu) Udało mi się nawet na chwilę zatamować ruch na jednej z głównych ulic miasta, bo silnik mi zgasł. Tym razem instruktor był dużo żywszy – co chwila musiał, zresztą całkowicie słusznie, mnie opieprzać. Mam nadzieję, że się nauczę wreszcie porządnie puszczać sprzęgło, ruszać i zmieniać biegi. Po 1,5 godziny jazdy podjechałem pod moją klatkę schodową i wysiadłem z samochodu. Kolejna jazda w poniedziałek. Jeśli nadal będzie szło tak cudownie, to uważajcie lepiej na mieście na czerwone Grande Punto.

Powróciłem do domu, ochłonąłem, usiadłem do komputera i nadal siedzę. Ponosi mnie jeszcze do tego wena, czego efektem jest poprzedni i ten wpis na blogu, jak również inne prace. Za chwilę umyję włosy, wtedy pouczę się teorii na prawko (przydałoby się wreszcie pójść zdać ten wewnętrzny!), może pobawię się chwilę w programowanie w pythonie (ciekawi mnie wielowątkowość ;]) i pójdę spać. Lekcje dopiero na 10:15, i to godzina wychowawcza, więc nie muszę się specjalnie spieszyć. Aczkolwiek angielski przydałoby się rano zrobić…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s