Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Nigdy nie było

Wchodząc do wieżowca w centrum miasta musiał zdjąć słuchawki. W końcu był już u celu swojej krótkiej podróży, centrali firmy, która w ostatnim czasie robiła w mieście furorę. Gdy dowiedział się, jaki cel postawił przed nim naczelny, musiał wziąć ze sobą odtwarzacz mp3, jakoś trzeba było zagłuszyć myśli, szczególnie, że miał być uprzejmy, miły, próbować dowiedzieć się jak najwięcej, ale w sposób nieinwazyjny, nie miał szukać na siłę uchybień w tym pięknym planie, który roztaczał przed mieszkańcami miasta dyrektor firmy, która w trzy miesiące od założenia była już w stanie zakupić ten trzydziestopiętrowy szklany wieżowiec na wyłączność. Duży kapitał w połączeniu z pomysłem, który musi dać olbrzymie pieniądze zrobiły swoje.

Ich nigdy, nigdy nie było, nigdy nie było, nigdy nie było, miłości nigdy nie było, nas nie było.

Na końcu długiego, wysokiego holu powieszone były kryształowe litery, oświetlone w taki sposób, że zdawały się mienić wszystkimi kolorami tęczy. Napis głosił: „Teraz twoja kolej na dziecko. NewKidsCompany, spółka z siedzibą w City.”. Tuż pod nim znajdował się szklany panel, który okazał się być wyświetlaczem, służącym do kontaktu z sekretarkami, które znajdowały się na innym piętrze. No tak, przecież trzeba odhumanizować co się da, zapłacić i mieć co się chce.

Urocza komputerowa twarz sekretarki pokazała się na ekranie. „Czym mogę służyć?” zapytała w nieczułej, elektronicznej manierze. Miał wrażenie, jakby cofnął się w czasie o kilkadziesiąt lat, do czasów, w których nikomu nie zależało na tym, by dobrze obsłużyć klienta, który był traktowany jako zło konieczne. „Jestem umówiony z prezesem. Kirk Darren, gazeta CityVois”. CityVois była jedną z trzech najpopularniejszych gazet w City. Dwie pozostałe to CityVoice i CityVoyse. Wszystkie trzy dziwnym trafem należały do jednego właściciela, nawet układ stron i logo miały podobne. Przeciętny mieszkaniec City nie wiedział, że są to trzy odrębne gazety. „Proszę wsiąść do windy nr 66, za chwilę znajdzie się pan na 30 piętrze”. Wsiadł.

Po wyjściu z windy zobaczył biurko, przy którym siedział spokojnie niezbyt wielki, lekko przygarbiony, straszliwie chudy człowieczek. „Witam, nazywam się Mat Xopolis, jestem prezesem NewKidsCompany.” Na pierwszy rzut oka robił pozytywne wrażenie, był miły, zaproponował nawet wypicie wspólnej herbaty. Kirk niewiele później pamiętał z rozmowy, miał wrażenie, jakby ktoś zaprogramował go tak, by zrobił tylko notatki, ułożył to w składne zdania i zapomniał. Jedna wypowiedź nie była jednak w stanie ulecieć z jego pamięci.

„Ależ to naturalne. Miłości nigdy nie było. To przeżytek, którym można było zachwycać się w dawnych czasach, i to jeśli ktoś był na tyle głupi, by uwierzyć, że ten nagły wzrost produkcji hormonów rzeczywiście cokolwiek znaczy. Jesteśmy wszyscy w takim samym stopniu śmiertelni, możemy za to w coraz większym stopniu wpływać na to, jak wyglądamy, jacy są nasi potomkowie. Dzięki naszym wspaniałym odkryciom, niepotrzebna już jest ta iluzja miłości. Wszystko da się zrobić bez jakiegokolwiek stosunku, ba, nie trzeba nawet być żadnej konkretnej płci. Każdy może wychować własne dziecko, na dobrego, samodzielnego konsumenta.”

Po wyjściu z budynku znowu założył słuchawki na uszy. W ciągu pół godziny przestał czuć, przestał w świadomości burzyć się przeciwko temu, co powiedział ten człowiek. Może po prostu tylko on był pieprzonym romantykiem, ostatnim na tej ziemi? Może był po prostu na swój sposób przestarzały, upośledzony, niepasujący do tych czasów?

Dwa dni później w obskurnym mieszkaniu rozległ się przeciągły gwizd z głośnika. „Masz wiadomość”, informował go domowy system informacji i rozrywki. Każdy go miał. Nie był może zbyt rewelacyjny, jeden dotykowy panel i dwa głośniczki, ale to w zupełności wystarczyło. Podszedł do panelu, otworzył pocztę. W załączniku znajdował się najnowszy numer CityVois. Otworzył załącznik, i przeszedł do swojego artykułu. Czytając go, miał wrażenie, jakby pisał to kto inny, wiedział jednak, że te peany na cześć NewKidsCompany są jego autorstwa. Gdy przewinął niżej, poczuł, że jest bliski zwymiotowania.

Autor: Kirk Darren
Artykuł sponsorowany

Po chwili doszedł do siebie. Nie wiedział, że to, co pisał, to artykuł sponsorowany. Gdyby wiedział, nigdy by się tego nie podjął. A może wiedział, tylko jakimś dziwnym trafem zagubił to we własnej świadomości? Chwilę później topił już wszelkie wątpliwości w butelce wódki. Chociaż to pozostało takie samo…

Reklamy

4 responses to “Nigdy nie było

  1. Walker 1 marca 2008 o 23:03

    Ojej, wyczuwam bardzo mocny wpływ Orwella na tę konkretną pisaninkę. Czyta się lekko i dosyć przyjemnie.

  2. tuluttut 1 marca 2008 o 23:07

    Więcej niż Orwella jest tu mojego „Sun” [niezorientowanych odsyłam jakieś 30 postów w tył ;]] i piosenki Sweet Noise razem z Edytą Górniak – Nigdy nie było. Ale Orwellem też nieco zalatuje ;]

  3. tuluttut 1 marca 2008 o 23:13

    Tfu, samo „Nie było”, bez nigdy.

  4. Licealista 3 marca 2008 o 16:55

    Eee… nie mieliby za dużo klientów… Dzieci nie są teraz w cenie a seks i owszem…
    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s