Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

Po rekolekcjach

Mimo tego, że pora już dość późna, biorąc pod uwagę, że następnego dnia muszę wstać na szóstą, to stwierdziłem, że trzeba w końcu opisać rekolekcje. Krótkie relacje, które wychodziły mi lepiej niż myślałem, zawarłem już na blipie zdjęcia zaś wrzuciłem na picasaweb, ale teraz pora opisać dokładniej przemyślenia. Może nie będzie to typowe literackie sprawozdanie, ale po kolei postaram się omówić te ważniejsze kwestie.

Droga do Gniewu ma to do siebie, że po obu stronach, gdy jest dobra widoczność, widać dość daleko pola. Niektórym się podoba, innym mniej, mi bardziej. Sam Gniew to miasteczko niewielkie, chociaż właściwie niemalże połączone z pobliską Nicponią (aż się dziwię, że nie wchłonęli Nicponi ;]). Wzgórze zamkowe zdecydowanie góruje nad okolicą. Gniew nie jest duży (kilka tysięcy mieszkańców), ale bloki również posiada, kiedyś też jeździły tam pociągi, po których pozostało nieco torów i budynek stacji kolejowej. Transport dobry jest szczególnie do Tczewa, Pelplina i Starogardu Gdańskiego, co powoduje, że ten pierwszy stanowi centrum młodzieży licealnej (co prawda jest tu tez zespół szkół ponadgimnazjalnych, ale niewielki, poziom też chyba nieszczególny), dokąd jeździ zarówno PKS, jak i busiarze. W Gniewie wydawany jest też miesięcznik, Nowiny Gniewskie, do którego zakupu udało się mnie namówić siostrze Milenie, lokalnej zakonnicy, swoją drogą bardzo uparta kobieta, niemniej paru ciekawych rzeczy o jej mieście od niej zdążyłem się dowiedzieć. Same Nowiny zbyt ciekawą gazetką nie są, przypominają nieco tczewską Panoramę Miasta, a kosztują 2,50 zł. Miasteczko złe nie jest, niemniej spotkaliśmy paru buraków (jeden próbował staranować kolegę, drugi, chłopaczek w dresie o posturze podobnej do mojej, tak szedł, że celowo nie zmieścił się w bramie wejściowej), ale to zdarza się wszędzie.


Dormitorium
Zamku w Gniewie znajduje się w południowym jego skrzydle, z okien pokojów rozprzestrzenia się bardzo ładny widok na pobliską równinkę, a przy dobrej widoczności widać też Kwidzyn . Jedliśmy w pobliskim Hotelu Marysieńka, na czwartym piętrze, tam gdzie normalni goście hotelowi już nie docierają ;]

Jeśli chodzi zaś o grupy, które przyjeżdżały by namówić nas do wstąpienia w swoje szeregi, były to, tak jak zapowiadałem, kolejno ZHR, Neokatechumenat i Opus Dei. Z ZHR przyjechało małżeństwo, które jak zrozumiałem, dowodzi Związkiem Harcerstwa Rzeczypospolitej w pomorskim, poopowiadali całkiem przyjemnie, facet fajnie grał na gitarze, ale nic poza tym. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, może dlatego, że nigdy nie uważałem, że harcerstwo jest czymś dla mnie. Jeśli chodzi o Neokatechumenat, przyjechało również małżeństwo, ale tym razem rodzice jednej koleżanki z rocznika, którzy nie skupili się na samej organizacji, a raczej na tym, jak znaleźli drogę do Boga, co im to daje, i, jak każda grupa, zachęcali nas do szukania swojej drogi powiększenia swojej integracji z Kościołem. Zrobili dużo lepsze wrażenie niż znane mi osoby z neokatechumenatu, niemniej jestem co do tej organizacji lekko uprzedzony ;] Następnego dnia spotkaliśmy się z kasztelanem zamku, członkiem Opus Dei, z dziwnego powodu zarówno ja, jak i mój kolega (tutaj zaznaczam, że on w przeciwieństwie do mnie należy do organizacji kościelnych, jak Oaza, i robi kurs na ceremoniarza ;]) byliśmy dość wyczuleni, słuchaliśmy z zaciekawieniem, ale i tak tylko udało nam się potwierdzić nasze opinie, fakt, że ta organizacja ma poglądy zgodne z nauką Kościoła, ale tutaj możnaby długo opisywać, co właściwie jest moim zdaniem nie tak, że wspomnę tylko o dyktowaniu sposobu spędzania czasu, oddawaniu majątków na „dzieła korporacji” przez numerariuszy (trzon organizacji, około 30-35%, ludzie żyjący w celibacie).

Jeśli chodzi o ludzi, nie wiem czy to spotkanie bardziej nas zintegrowało, trwało jednak zbyt krótko. Dzięki długości jednak, mogliśmy spokojnie dużo więcej czasu spędzić w nocy, wszak to tylko 1,5 dnia, i można wyspać się w domu. Sam poszedłem spać około 3:30, a wstałem o 7:20, ale dzień później mam wrażenie zaskutkowało to jednak paroma dziwnymi zdarzeniami.

Mimo, że były to rekolekcje, niewiele wspomniałem o kwestiach wiary. Może dlatego, że niewiele we mnie odmieniły? Fakt, byłem dziś bardziej kontaktowy w stosunku do ludzi niż zwykle, ale to może być efektem późnego wieczora i nocy dnia pierwszego, gdy właściwie próbowaliśmy się zbiorowo integrować na różne sposoby ;]

Reklamy

One response to “Po rekolekcjach

  1. Walker 28 lutego 2008 o 14:43

    Hmm… ale do Opus Dei też początkowo z uprzedzeniem podchodziłeś, ale zresztą, jak sam stwierdziłeś – potwierdziły się Twoje wiadomości. I z opowieści Twojej wynika raczej, że bardziej podobało Ci się miasto, podróż i zamek, niźli same rekolekcje :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s