Tuluttut – blog o niczym

Tuluttut – blog about nothing, mostly in Polish.

„Sun” – part 2

Powoli robiło się szaro. Zbliżała się pora, w której typowość każdego dnia zmieniała się w lęk o przetrwanie.
We wszystkich oknach gasło światło. Machinalnie sięgnął do wyłącznika i również w jego pokoju zrobiło się ciemno. Po omacku wyszukał krzesło i ustawił je tak, by siedząc na nim, mieć widok na okno. Wstał z łóżka i przeniósł się na krzesło. Uśmiechnął się. Zaraz się zacznie…
Okolica wyraźnie ucichła. Już nigdzie nie było słychać rozmów, a jedynie czyjeś kroki, dobiegające z ulicy. Osoba ta wyraźnie przyspieszała, wręcz biegła…
Eksplozja wstrząsnęła całym budynkiem. Gdzie wybuchło? Najwyżej pięć domów stąd. Za oknem widać było spadające odłamki. Ktoś krzyczał… On jednak nie miał zamiaru nigdzie się ruszać. I tak pożar nie dojdzie aż tutaj… Po chwili usłyszał szum, właściwie świst. To nadlatywał śmigłowiec gaśniczy. Zaraz wszystko zostanie ugaszone, martwi pozostaną w tym stanie, a żywi? Rano już ich tu nie będzie. Nie wiedział, co się z nimi później dzieje i nie chciał wiedzieć.
Wrócił do okna. Nagle zza jednego z domów wyłonił się błysk. Rakieta. Nie minęło pięć sekund, a zniknęła za innym domem. Jasny obłok był widoczny nad okolicą. Po kilkunastu sekundach znów usłyszał huk. I jeszcze jeden. Wyglądało na to, że rakieta trafiła w jakiś ładunek wybuchowy, zbiornik lub pojazd. Nie był pewien – aż tak się na tym nie znał. Co prawda lubił patrzeć, jak te wszystkie wymyślne śmiercionośne wyroby spadają tu i ówdzie, nie miał prawa wiedzieć zbyt wiele. Te walki były dla wszystkich tabu, nie było osoby, której mógłby się o nie spytać, nie było nawet żadnej osoby, która chciałaby w ogóle z nim porozmawiać na jakikolwiek temat. Praktycznie nikt nie rozmawiał z nikim. Tak uczono ich i tak uczy się kolejne pokolenia takich samych mieszkańców tego miasta. Nie pomagać nikomu, nie oczekiwać pomocy. Odzywać się tylko wtedy, gdy jest to potrzebne. A przede wszystkim – pogodzić się z tym, że niczego się nie zmieni, że życia nadal nie będzie przejawiało żadnej wartości.
Nie patrzył już na błyski, a jedynie gdzieś przed siebie. Zresztą, jakie to miało znaczenie, gdzie był zwrócony jego wzrok? W tej chwili ważniejsze dla niego było to, co działo się w jego głowie. Tak, wydawało się, że widział to wyraźnie. Myślami przeniósł się do zupełnie innego świata. Miejsca, gdzie ludzie ze sobą rozmawiali, a nawet uśmiechali się do siebie… W swoich marzeniach widział kolor zielony – ten mityczny kolor, którego praktycznie nie było w tym mieście. Jak się dowiedział w szkole, najwięcej zielonego barwnika, zwanego też chlorofilem, znajdowało się w roślinach. Ach, jak żałował w tamtej chwili, że nie pracował w Dziale Żywności. Zresztą, i tak to, co trafiało na jego stół jako jedzenie, było surową papką bez smaku. Receptura nie była podawana w szkole, gdyż „i tak nie jest potrzebna nikomu prócz kilku osób”.
Nagle dopadła go senność. Tak, pora iść spać…

– – –

6:30. Pobudka. Nie było słychać żadnego dzwonka, wszyscy i tak budzili się bez nich.
Pora wstać z łóżka. Pomyślał, że coś tu jest nie tak. Co prawda tak jak każdego ranka miał wrażenie, że coś mu krzyczy do ucha „Wstawaj, śmierdzący zgniłku! Kolejny nudny dzień przed tobą!”, ale tym razem było coś jeszcze. Pierwszy raz w życiu czuł się obserwowany. Tak jakby coś lub ktoś śledziło wszystkie jego ruchy… Zerwał się z łóżka i wyjrzał przez okno. Wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku, o ile porządkiem można nazwać rozpadające się kamienice i powoli podnoszących się z łóżek ludzi. czuł jednak, że coś wisi w powietrzu. Nie wiedział tylko, co to może być. Miał wrażenie, że ten dzień będzie inny niż wszystkie, że dziś wreszcie cokolwiek zdarzy się w jego życiu. Co prawda rozum podpowiadał mu, że to nierealne, ale jego dusza, stworzona do bardziej wzniosłych rzeczy, podpowiadała co innego. Miał nadzieję, że jak najszybciej dowie się, co takiego ma się wydarzyć.

– – –

Widok kogoś przechodzącego o tej porze między hangarami byłby zaskakujący dla każdego mieszkańca miasta. Ktoś jednak przechodził i nie dało się temu zaprzeczyć. Co prawda jedynymi świadkami były koty, ale wprawny śledczy i z nich wydusiłby informacje na temat tajemniczego przechodnia. Zapis tego wyglądałby mniej więcej tak:
„Miauuuu, zostaw ten szpikulec! Gdzie ty go chcesz… Auuuu… Już wszystko mówię, tylko nie rób tak więcej! Więc tak. Tyle wiem, że to była samiczka z waszego gatunku. Raczej ciężko rozpoznać, wy wszyscy jesteście tacy sami… choć ona była w sumie nieco inna. Jakaś taka… radosna. Nietypowa – wyraźnie tutaj nie pasowała. Ubrana na czarno. Sierść na głowie koloru żółtawego, wy go tak jakoś dziwnie nazywacie. Aha. Ale i tak tej nazwy nie zapamiętam. Wystarczy? Mogę już uciec? Dziękuję.”
Wielka brama wejściowa została z łatwością otwarta przez tajemniczą przybyszkę. Jej oczom ukazał się widok setek, tysięcy biurek, na których stały komputery bądź też leżały jakieś papiery. O tej porze nie było tam nikogo. Wyjęła z kieszeni coś, co wyglądało jak plan budynku. Rozłożyła papierowe płachty i najwyraźniej szukała jakiegoś konkretnego miejsca. Po chwili uśmiechnęła się, zwinęła plan i schowała do kieszeni. Zamknęła za sobą bramę, bo mimo że o tej porze nigdy nie było tu nikogo, to jednak instrukcje wyraźnie mówiły – nie pozostawiać po sobie żadnych, absolutnie żadnych śladów obecności.
Skręciła w lewo, mijając biurka, po czym weszła w boczny korytarz, prowadzący do schodów. Pierwsze, drugie, trzecie piętro. W lewo, dwadzieścia rzędów. Teraz do pierwszego, czwartego, dziewiątego biurka. Otworzyła szufladę, jedyną, jaka była w biurku i położyła coś na stercie papierów. Co to było?
Po chwili już nigdzie nie było jej widać. Zniknęła tak szybko, że nawet ptaki nie zauważyły, co się z nią stało i w którym kierunku się udała. Jakby nigdy jej tu nie było…

– – –

Racja żywnościowa już odebrana i pochłonięta, jak każdego innego dnia. Nastrój tajemniczości powoli zaczął się rozmywać, wróciła szarość codziennego dnia, który świetnie oddawała szara, wymięta koszula i takie same spodnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s