Archiwum kategorii 'Podróże'

Sopot

Pisałem wcześniej, że jeżdżę 3 razy w tygodniu do Sopotu. Więc, w tym tygodniu zakończyłem. Podsumowując, w Sopocie byłem 20 razy. Po co?

Mniej więcej w połowie sierpnia, zgodnie z tym, co podała pani przy rejestracji, pojechałem do Sopotu w celu porozmawiania sobie z panią doktor. Dawno w Sopocie nie byłem w tym celu, gdy byłem młodszy (7-12 lat) jeździłem do tego samego kompleksu na konsultacje związane z osteopenią i raczej drobnymi wadami postawy. Znalazłem się więc w Zakładzie Balneologii, gdzie przyjmowała p. doktor.

Zakład Balneologii
Nie, to nie jest w środku jakiegoś parku, a kilkadziesiąt metrów od molo. W tle widać “latarnię”, która jest częścią kompleksu – zobaczyć ją można na prawie każdym zdjęciu, na którym jest molo widziane od strony wody.

Przedstawiłem jej dotychczasową historię choroby, zdjęcia rentgenowskie (jak zwykle, zdjęcia na płycie CD nie zostały obejrzane – podobno sprzętu nie posiadają lekarze w poradniach. Tylko czemu lekarka miała ze sobą torbę na laptopa?). Efekt?

Zwykle nie zajmujemy się takimi przypadkami (wady postawy), ale mamy akurat wolne miejsca i robimy grupę skolioz dla dzieci, więc zapisuję ci 10 razy zajęcia indywidualne i 10 razy zajęcia grupowe.

Nic no, udałem się do pokoju planowania zabiegów i “zaplanowałem sobie”. Pielęgniarka, używająca jakiegoś tekstowego programu do planowania zajęć, automatycznie założyła, że dniami, w których będę ćwiczył, będą wtorek, środa i czwartek. Tam, gdzie były wolne miejsca, zapisywałem się na jak najpóźniejszą godzinę – miałem zacząć 26 sierpnia, a 20 zajęć oznaczało, że będzie to trwało do października, a druga liceum to nie jest chyba najlepszy moment na opuszczanie większości lekcji. I tak nie zawsze udało się zaplanować tak, jak chciałem. Szczególnie początek września był dziwny – trzy razy musiałem wychodzić ze szkoły o 12:00.

Po wyjściu ze szkoły, dwudziestominutowy chód sportowy na dworzec w Tczewie.

Dworzec w Tczewie - za tenk.fotolog.pl

Tam wsiadałem w pociąg – początkowo były to EN57 PKP Przewozy Regionalne, później EN57/EN71 Szybkiej Kolei Miejskiej.

EN57

Pociągi te były różnej relacji. Elbląg – Gdynia ; Bydgoszcz – Gdynia ; Laskowice Pomorskie – Gdynia ; w przypadku SKM był to Tczew – Wejherowo. Zawsze miałem na szczęście miejsce siedzące. Jadąc pociągiem, a trwało to od 45 (PKP PR przy odrobinie szczęscia) do 65 minut (rekord SKM – a przecież to kolejka przyspieszona, tzw Sprinter), zazwyczaj zdążyłem sobie coś zjeść, zrobić lekcje, poczytać lekturę, którą mieliśmy przeczytać (Quo Vadis), niekiedy nawet sprawdzić pocztę w telefonie (Samsung E250 + Opera Mini + Omnix Max z Ery). Po drodze mijałem dworzec Gdańsk Główny, słynną Stocznię Gdańską, i całkiem nowe centrum handlowe – Galerię Bałtycką (Gdańsk Wrzeszcz) – oś myślenia coraz większej grupy Pomorzan, a przy okazji główny kierunek pasażerów weekendowych. W momencie, gdy za oknem widać było sopocki hipodrom, pora była na spokojne zbieranie się do wyjścia – na stacji Sopot.

Stacja Sopot

Stacja całkiem przyjemna, ale jej budynek zupełnie nie pasuje do kurortu, na jaki Sopot kreuje CNN.

Teraz 10-minutowy marsz przez ulicę Bohaterów Monte Cassino (popularny Monciak) aż pod same molo. Przed końcem psikus – gdzieś zniknęła większość budek z goframi, bo budują nowe Centrum Sopotu. I stoją takie betonowe koszmarki.

Centrum Sopotu

Z tym że w tej chwili już dużo większe – mają ostateczny kształt, wyglądają trochę jak skorupa hotelu Ryugyong – naturalnie na dużo mniejszą skalę.

Wchodzę do Centrum Balneologii, siadam sobie w pięknej poczekalni, gdzie znajduje się automat z kawą, herbatą i czekoladą, a także niekiedy różne gazetki (raz znalazłem propagandę Świadków Jehowy – całkiem sprytne – najpierw 10 stron informacji o tym, jak dbać o serce, dopiero potem bełkot).

Poczekalnia Centrum Balneologii w Sopocie

Mniej więcej na 5 minut przed planowanym terminem zajęć wchodzę do sali, by przebrać się w szatni. Ćwiczenia trwają około pół godziny.

Sala ćwiczeń

Po ćwiczeniach z powrotem do domu. Przechodzę znowu przez Monciak, tym razem już spokojniej, zauważam zawsze tam siedzących meneli, a raz nawet spotykam Pana Witka, niestety, akurat nie grał swojej sztandarowej piosenki.

Dalej, obok empiku, widzę stary rower z walizką przyczepioną do siodełka. Na walizce napis “Cannabis House”. Tak, jest to drogowskaz do sklepu z gadżetami, a także dopalaczami. W samym środku Sopotu, tam gdzie najdroższe działki – tutaj chyba można śmiało powiedzieć, że to dość dwuznaczne. Na dworzec (jeżdżą średnio co 20-30 minut) i pociągiem do domu. Gdy miałem zajęcia grupowe, w domu byłem średnio o 19:05, dzięki ukochanemu PKP PR, którego pociąg Gdynia – Malbork jeździł średnio z 15-minutowym opóźnieniem. Za to, gdy już wsiadłem, w 44 minuty byłem w Tczewie. Szybki bieg na autobus komunikacji miejskiej i 20 minut później jestem w domu.

Co mi dały te ćwiczenia?

Ogólna sprawność nieco wzrosła, gdzieniegdzie nieco więcej masy mięśniowej, i jestem już w stanie wyprostowaną nogę w pozycji leżącej podnieść do kąta około 70 stopni od horyzontu. Więcej przemieszczam się też w pozycji wyprostowanej. Na początku było to 30-40. Więcej oddycham też lewym płucem, którego używałem dość rzadko, bo klatka piersiowa wklęsła nieco z tej strony, a ja oczywiście nie zdawałem sobie sprawy, że to jakoś wpływa na moje oddychanie i wytrzymałość. Do tego dałem radę sobie całkiem nieźle zorganizować czas – gdy mam go mniej, jakoś łatwiej się ze wszystkim wyrobić.

Ale po co to wszystko?

Po co mi, napisałem już wyżej. Po co WZR w Sopocie? By dostać za mnie kasę z NFZ. Tak by nic nie dostali za puste miejsce…

zdjęcia wzięte bezczelnie z Wikipedii i Google Grafika

Przyjazd do Soliny

Jestem sobie akurat w Solinie, położonej w Bieszczadach, tuż obok zapory solińskiej. Nie mam może widoku na zaporę, ale do samego hotelu zbytnio przyczepić się nie można, nie jest zbytnio zimno, stoi telewizorek maleńki, prąd jest, zasięg świetny i internet poprzez Orange Free na kartę świetnie działa, po wyłączeniu grafik, flasha, javy i javascriptu nie zużywa nawet zbyt wiele transferu.

Jechaliśmy tutaj jednak pewnym autokarem marki Bova, należącym do tczewskiej firmy. Nie był on najwyższym osiągnięciem techniki, porównałbym go do niektórych radzieckich samolotów – ładnie wygląda, a w środku już gorzej – gdy ciężarówki przejeżdżały drugim pasem, to czułem jak odgina się “ścianka” autobusu. Po drodze też zerwał się jakiś pasek, i konieczna była jego wymiana. Sami kierowcy też nie należeli do najbardziej zorientowanych w trasie – jechaliśmy po pierwsze przez Łódź, co mi wydaje się nieco dziwną trasą, po drugie przed Sanokiem skręcili na Nowy Sącz, zamiast na Ustrzyki Dolne. W pomyłce zorientowali się po kilku minutach. Jechaliśmy w sumie 15 godzin.

Z tego, co zdążyłem się o późnej porze zorientować, Solina należy do miejscowości typowo turystycznych, po wyjściu z hotelu zaraz wpada się na alejkę barów, stoisk z pamiątkami i tym podobnych. Nie jest to zbyt przyjemne, ale cóż – w końcu i w Bieszczady mogą jeździć ludzie, którzy nie bardzo chcą łazić po górach, więc muszą mieć swoje atrakcje.

Po drodze natknąłem się na kilka ciekawostek, a raczej samolotów. Koło Piotrkowa Trybunalskiego widziałem spadochroniarzy i awionetkę, zaś nad Kielcami latały sobie właśnie samoloty (jeden z nich zidentyfikowałem jako żółty An-2, z tego co przeglądałem strony Aeroklubu Kieleckiego, to An-2 służą do transportu spadochroniarzy, więc możliwe, że był w nim ten feralny spadochroniarz, który zabił się tego dnia w Kielcach). W dwóch miejscowościach za Rzeszowem – Boguchwale i jeszcze jednej, bliżej niezidentyfikowanej – przy restauracjach stoją stare samoloty transportowo-pasażerskie. Zwiedziłem też około 6-7 toalet na stacjach benzynowych.

Na razie nie żałuję wyjazdu, dzisiaj jeziora bieszczadzkie, czyli głównie Solina, a także zwiedzanie Leska. Nic szczególnie męczącego, a przy okazji rejs stateczkiem po Solinie ;]

Lenistwo mnie bierze

Biorąc pod uwagę, że lenistwo mnie trapi już od dłuższego czasu, wydarzenia, o których pisałem wcześniej że się odbędą, odbyły się.

W Tarnowie Podgórnym zagraliśmy tylko Odyseusza, gimnazjaliści tarnowscy nie byli zbytnio zainteresowani, ale jakoś było. Ciekawe jest to, że w tamtej wiosce budynek urzędu gminy stanowi zarazem siedzibę wszystkich innych publicznych instytucji, w tym ośrodka kultury. Samo skrzydło domu kultury było całkiem przyjemne jak na swój rozmiar, tu się objawia zboczenie graczy komputerowych – stwierdziliśmy, że idealnie nadawałoby się na mapkę do counter-strike. Przyjemnie się jechało, pierwszy raz zwiedzałem Poznań, całkiem mi się spodobało. Zauważyłem też, że większość filmów akcji opiera się na podobnej fabule – bohater jest dobry, w coś go wrobią i usiłują zabić.

Cejrowski również w Tczewie się pojawił, okazało się, że ma niezły talent kabaretowy i dźwiękonaśladowczy (czego mu zazdroszczę), ma o czym opowiadać i świetnie umie to robić, ale jak to określił mój fizyk, “z tym katolicyzmem to przesadza facet”. Warto było pójść, szczególnie że spotkanie trwało dwie godziny, mimo tego, że z jego poglądami jakoś zgodzić się nie mogę (chociaż kto wie, możliwe że nad Europą krąży mrok i szatan, możliwe).

W niedzielę wieczorem jadę zaś na wycieczkę klasową – zielona szkoła, Szklarska Poręba. Z ciekawostek odnośnie tej wycieczki (fax z ośrodka, do którego jedziemy, pisownia oryginalna):

uprzejmie prosimy o powiadomienie rodziców i młodzież, że w okresie przebywania u nas w placówce (placówka opiekuńczo – wychowawcza) ograniczone będzie korzystanie z telefonów komórkowych. O godzinie 21,00 młodzież posiadająca telefony obowiązana będzie przekazywać je wychowawcy do przechowania do godz. 8,00 rano. Dziewczęta i chłopcy przebywać będą w jednym budynku co może stwarzać okazje do robienia np. nieprzyzwoitych zdjęć czy podobnych żartów z wykorzystaniem telefonów. Prowadzić to może do osobistych załamań i tragedii z którymi mamy ostatnio do czynienia i które są nagłaśniane. Posiadacze telefonów również późnym wieczorem i w nocy zakłócają ciszę, na co mamy liczne skargi dzieci, rodziców i wychowawców.
Prosimy jeszcze raz o wytłumaczenie młodzieży i rodzicom o tego rodzaju zagrożeniu i decyzji dyrekcji Domu Wczasów Dziecięcych i Promocji Zdrowia, która ma na celu tylko i wyłącznie bezpieczeństwo młodzieży i ich dobro.

Urocze, nieprawdaż? Niektórzy mają zamiar zabrać po kilka telefonów i oddawać jeden z nich, inni, jak ja, stoją na stanowisku, że telefonów po prostu nie oddadzą i tyle. Z “nieprzyzwoitymi zdjęciami” to nie przesadzałbym, szczególnie, że mam duuużo lepszy aparat cyfrowy niż ten w telefonie, a jakoś cyfrówki oddawać nikt nie sugeruje. Zapowiedziałem wychowawczyni, że nie mam zamiaru oddawać nikomu mojej własności, zresztą, czy ja mam jakikolwiek telefon? :> Zresztą, jakie mają prawo do zabrania nam telefonów i którędy mam niby relacjonować w godzinach późnych na blipa i pisać do koleżanek, gdy mnie ochota najdzie? Już prędzej doszłoby do “osobistego załamania” przez to, że nie miałem jak napisać do kogoś ;] Cóż, uparty jestem w tej kwestii i tak raczej pozostanie, bo sam siebie pozbawiam komputera na ten czas, ale na pozbycie się telefonu przez 11/24 czasu się nie zgodzę.

Relacja z wycieczki “live” oczywiście na blipie.

Jedziemy, zestaw okrojony, a w prima aprilis Cejrowski

Od ostatniego posta odbywały się próby do Troi, a także szkolnej drogi krzyżowej, którą organizował nasz rocznik. Powodowało to pewne problemy, jako że ciężko znaleźć czas na próby. Ostatecznie, dzisiaj odbyła się próba generalna. Przyszedłem na nią dopiero w połowie, jako że pisałem Kangura (jakoś dziwnym trafem ostatnio matematyka leży mi zdecydowanie bardziej niż fizyka). Pierwsze, czego dowiedziałem się po wejściu, to informacja, że zagramy tylko Odyseusza. “Inna polonistka z naszej szkoły”, która zajęła się koordynacją części artystycznej naszego wyjazdu stwierdziła, że nie ma sensu wystawiać czegoś, co nam szczególnie nie idzie, i skupimy się na tym, co daje nam radość, przyjemność. Oznacza to tyle, że cała moja rola będzie się składać z wyjścia na scenę w spódniczce, wypowiedzenia dwóch zdań i zrobienia kilku głupich min – czyli coś, co wychodzi mi bezproblemowo.

Wyjeżdżamy jutro, o… czwartej nad ranem, czyli za 11 godzin. Na szczęście, dyrektor szkoły załatwił dość spory autobus, za który my jako uczniowie płacić nie musimy, a będziemy mogli nawet się położyć i dospać (po 2 siedzenia na osobę). Oznacza to, że śmiało możemy robić sobie jeszcze dziś wieczorną klasową sesję Counter – Strike (dziwnym trafem, gdy pobrałem sobie Countera i zacząłem grać, to okazało się, że prawie pół klasy posiada/pobrało sobie, znalazł się serwer i gramy sobie co wieczór :)).

Pierwszego kwietnia zaś w Tczewie pojawi się Wojciech Cejrowski, kontrowersyjny showman i podróżnik. Spotkanie organizuje moja szkoła, we współpracy z lokalnym centrum kultury, pierwotnie chcieli zaprosić go bezpośrednio do szkoły, ale cóż – okazało się, że organizacja spotkania kosztuje zbyt dużo, dlatego zaproszono go do dużej sali Tczewskiego Centrum Kultury. Bilety były dostępne również w sekretariacie mojej szkoły, więc w dniu, w którym miały zostać dostarczone, kręciłem się na każdej przerwie wokół sekretariatu. W końcu dotarły, i byłem jednym z pierwszych, którym udało się kupić bilet. Mam miejsce w drugim rzędzie ;] Co prawda tego dnia oznacza to, że wyjdę z domu o 7, a wrócę przed 19, ale wydaje mi się, że warto.

Gdy przywódcy nie ma, ludzie się buntują

Jakiś czas temu miejsce w mojej szkole miał Konkurs Mitologiczny, na którym jedną z konkurencji dla każdej z klas było przygotowanie scenki z mitologii. Dzięki pomysłowości i pewnemu zgraniu klasy udało się przygotować całkiem przyjemną scenkę, za którą otrzymaliśmy 9/9 punktów z danej konkurencji. Był to Odyseusz w wersji nowoczesnej, bardzo fajnie zrobiony. W jury konkursu była inna polonistka z naszej szkoły, która zajmuje się przygotowywaniem szkolnych przedstawień teatralnych (o tematyce zazwyczaj profilaktycznej, grałem już w jednej takiej scence, o czym pisałem wcześniej). Stwierdziła, że zbliża się miejski przegląd małych form teatralnych (który miał być pod znakiem kabaretu), na który nas wysłała. Tam również wystawiliśmy Odyseusza, było świetnie.

Wygraliśmy ten przegląd. W jury znajdowali się aktorzy z, o ile dobrze pamiętam, Teatru Nowego w Poznaniu, którzy stwierdzili, że zapraszają wszystkie zespoły z top 3 do udziału w przeglądzie kabaretów, który miał odbyć się w ich mieście. Nasz klasowy gospodarz, zwany później przywódcą, który był głównym motorem napędowym całego przedsięwzięcia, a także głównym twórcą scenki, rozmawiał po nim z jednym z członków jury, i przekazał mu swój numer telefonu.

Długo nikt nie dzwonił. W końcu telefon przywódcy zadzwonił. Rozpoczęły się przygotowania do wyjazdu do Poznania. Pojawiły się jednak pierwsze kłopoty. Jak wynikało z rozmów, najpierw tajemniczy pan organizator myślał, że jesteśmy szkołą, która zajęła miejsce drugie i miała wielce symboliczną scenkę o tym jak obsypanie mąką zabija. (w rzeczywistości najprawdopodobniej chodziło o ulotność życia) Był najprawdopodobniej nieco zawiedziony tym, że jednak jesteśmy tą pierwszą ekipą, bo to że byliśmy bezkompromisowi, momentami lekko bezczelni, no i bez kompleksów ma jednak swoje minusy – w koncu nasze przedstawienie znajduje sie w typowym zakresie kabaretów. To niekoniecznie musi się podobać, bo nie jest na pewno wysmakowane, wyszukane.

Nagle okazało się, że teatr z Poznania wycofał się z organizacji tej imprezy. Nie zmieniało to faktu, że mieliśmy i nadal mamy jechać do Wielkopolski, z tym, że grać mamy nie w teatrze, tylko w… zwykłym gimnazjum w Tarnowie Podgórnym. To nie robi mi żadnej różnicy, prócz tego że przynajmniej kilka spraw będzie musiało zwyczajnie wyglądać zupełnie inaczej. Prawda jednak, to nie jest teatr, tylko zwykłe przedstawienie dla uczniów “jakiegośtam gimnazjum, których w ogóle nie będzie to obchodziło”. Zmniejszyła się też kwota, którą miał dopłacić pan organizator, na szczęście szkoła dofinansowała autokar i nie będzie trzeba nic płacić za transport tam.

Przywódca wymyślił, że nie ma sensu telepać się 350 km tylko i wyłącznie z 15-minutową scenką, więc wymyślił, że damy tam prawdziwy teatr. Przygotował więc scenariusz Troi – która jak wiadomo była przed Odyseją, i chce połączyć te dwie scenki. Pierwsza jednak nie ma zbyt wiele wspólnego z kabaretem, to po prostu “teatr”.

W tym miejscu pojawiły się problemy. Po pierwsze, jako klasa mamy 37 lekcji w tygodniu, w różnych godzinach, ze względu na podział na grupy językowe. Do tego, niektórzy mają zajęcia dodatkowe, a innym po prostu nie chce wstawać się w poniedziałek o 6 by dojechać do oddalonego o 25-40 km miasta ze szkołą i ćwiczyć scenki, kiedy można przyjechać do szkoły na dziesiątą.

To dałoby się przetrwać, pojawił się jednak kolejny problem – motywacja. Okazuje się, że duża część ludzi była napędzana jeszcze przez to, że myśleli, że w tym Tarnowie Podgórnym grać będziemy w teatrze. Widocznie albo przywódca akurat im nie tłumaczył, jak sytuacja wygląda na miejscu (nie pamiętam czy to robił, bo zwyczajnie to jeden z moich przyjaciół i jak to zwykle z przyjaciółmi bywa, ze mną rozmawia więcej), albo nie słuchali, co całkiem możliwe, bo moja klasa jest o profilu bardziej kabaretowym niż matematyczno-fizycznym. Nie ma tam nawet porządnej sceny, do tego widowni najprawdopodobniej nie będzie obchodziło to, że przejechaliśmy kilkaset kilometrów specjalnie dla nich, i to dla nich były te próby do scenki, która w ogóle nam nie wychodzi, a ma zostać zagrana za 2,5 tygodnia.

Dzisiaj przywódcy, razem z dużą grupą chłopaków, nie było, z powodu turnieju siatkarskiego, w którym przegraliśmy zresztą co się tylko dało. Lekcje, ze względu na niewielką frekwencję, były więc luźniejsze, to i znalazło się miejsce na wyjaśnienie przeze mnie, jak sytuacja wygląda na miejscu. Zdziwiłem się, że ludzie tego nie wiedzieli, ale najwyraźniej to ich lekko zaszokowało. Wzbudziło to atmosferę pewnego rodzaju buntu, sytuacja wygląda kiepsko.

Jutrzejszy dzień mógł być trudny – przywódca będzie szukał czasu na próby, a duża część klasy nie ma zamiaru nic robić, skoro sytuacja wygląda tak a nie inaczej, i nie widzą większego sensu w wyjeździe. Postanowiłem więc napisać mu, że sytuacja jest ciężka, i zamiast robić próbę na godzinie wychowawczej w piątek, lepiej dobrze przedyskutować ten wyjazd. Jechać w takich warunkach nie ma po co, albo wyjaśnimy sobie niedomówienia, albo zwyczajnie nic nie wypali. Na siłę nie można nic robić, ale przydałby się tu ktoś, kto spojrzy na to z perspektywy nieco innej niż najbardziej zaangażowane strony. Ktoś, kto postara się dać wypowiedzieć się obu stronom…

Ha, żeby napisać tego posta zrezygnowałem dzisiaj z gry w Counter-Strike, co było moim natychmiastowym uzależnieniem od kiedy tylko mam tą grę, czyli od dwóch dni. Zwyczajnie to uznałem za ważniejsze.

Po rekolekcjach

Mimo tego, że pora już dość późna, biorąc pod uwagę, że następnego dnia muszę wstać na szóstą, to stwierdziłem, że trzeba w końcu opisać rekolekcje. Krótkie relacje, które wychodziły mi lepiej niż myślałem, zawarłem już na blipie zdjęcia zaś wrzuciłem na picasaweb, ale teraz pora opisać dokładniej przemyślenia. Może nie będzie to typowe literackie sprawozdanie, ale po kolei postaram się omówić te ważniejsze kwestie.

Droga do Gniewu ma to do siebie, że po obu stronach, gdy jest dobra widoczność, widać dość daleko pola. Niektórym się podoba, innym mniej, mi bardziej. Sam Gniew to miasteczko niewielkie, chociaż właściwie niemalże połączone z pobliską Nicponią (aż się dziwię, że nie wchłonęli Nicponi ;]). Wzgórze zamkowe zdecydowanie góruje nad okolicą. Gniew nie jest duży (kilka tysięcy mieszkańców), ale bloki również posiada, kiedyś też jeździły tam pociągi, po których pozostało nieco torów i budynek stacji kolejowej. Transport dobry jest szczególnie do Tczewa, Pelplina i Starogardu Gdańskiego, co powoduje, że ten pierwszy stanowi centrum młodzieży licealnej (co prawda jest tu tez zespół szkół ponadgimnazjalnych, ale niewielki, poziom też chyba nieszczególny), dokąd jeździ zarówno PKS, jak i busiarze. W Gniewie wydawany jest też miesięcznik, Nowiny Gniewskie, do którego zakupu udało się mnie namówić siostrze Milenie, lokalnej zakonnicy, swoją drogą bardzo uparta kobieta, niemniej paru ciekawych rzeczy o jej mieście od niej zdążyłem się dowiedzieć. Same Nowiny zbyt ciekawą gazetką nie są, przypominają nieco tczewską Panoramę Miasta, a kosztują 2,50 zł. Miasteczko złe nie jest, niemniej spotkaliśmy paru buraków (jeden próbował staranować kolegę, drugi, chłopaczek w dresie o posturze podobnej do mojej, tak szedł, że celowo nie zmieścił się w bramie wejściowej), ale to zdarza się wszędzie.


Dormitorium
Zamku w Gniewie znajduje się w południowym jego skrzydle, z okien pokojów rozprzestrzenia się bardzo ładny widok na pobliską równinkę, a przy dobrej widoczności widać też Kwidzyn . Jedliśmy w pobliskim Hotelu Marysieńka, na czwartym piętrze, tam gdzie normalni goście hotelowi już nie docierają ;]

Jeśli chodzi zaś o grupy, które przyjeżdżały by namówić nas do wstąpienia w swoje szeregi, były to, tak jak zapowiadałem, kolejno ZHR, Neokatechumenat i Opus Dei. Z ZHR przyjechało małżeństwo, które jak zrozumiałem, dowodzi Związkiem Harcerstwa Rzeczypospolitej w pomorskim, poopowiadali całkiem przyjemnie, facet fajnie grał na gitarze, ale nic poza tym. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, może dlatego, że nigdy nie uważałem, że harcerstwo jest czymś dla mnie. Jeśli chodzi o Neokatechumenat, przyjechało również małżeństwo, ale tym razem rodzice jednej koleżanki z rocznika, którzy nie skupili się na samej organizacji, a raczej na tym, jak znaleźli drogę do Boga, co im to daje, i, jak każda grupa, zachęcali nas do szukania swojej drogi powiększenia swojej integracji z Kościołem. Zrobili dużo lepsze wrażenie niż znane mi osoby z neokatechumenatu, niemniej jestem co do tej organizacji lekko uprzedzony ;] Następnego dnia spotkaliśmy się z kasztelanem zamku, członkiem Opus Dei, z dziwnego powodu zarówno ja, jak i mój kolega (tutaj zaznaczam, że on w przeciwieństwie do mnie należy do organizacji kościelnych, jak Oaza, i robi kurs na ceremoniarza ;]) byliśmy dość wyczuleni, słuchaliśmy z zaciekawieniem, ale i tak tylko udało nam się potwierdzić nasze opinie, fakt, że ta organizacja ma poglądy zgodne z nauką Kościoła, ale tutaj możnaby długo opisywać, co właściwie jest moim zdaniem nie tak, że wspomnę tylko o dyktowaniu sposobu spędzania czasu, oddawaniu majątków na “dzieła korporacji” przez numerariuszy (trzon organizacji, około 30-35%, ludzie żyjący w celibacie).

Jeśli chodzi o ludzi, nie wiem czy to spotkanie bardziej nas zintegrowało, trwało jednak zbyt krótko. Dzięki długości jednak, mogliśmy spokojnie dużo więcej czasu spędzić w nocy, wszak to tylko 1,5 dnia, i można wyspać się w domu. Sam poszedłem spać około 3:30, a wstałem o 7:20, ale dzień później mam wrażenie zaskutkowało to jednak paroma dziwnymi zdarzeniami.

Mimo, że były to rekolekcje, niewiele wspomniałem o kwestiach wiary. Może dlatego, że niewiele we mnie odmieniły? Fakt, byłem dziś bardziej kontaktowy w stosunku do ludzi niż zwykle, ale to może być efektem późnego wieczora i nocy dnia pierwszego, gdy właściwie próbowaliśmy się zbiorowo integrować na różne sposoby ;]

Rekolekcje

O 8:30, czyli za godzinę i 15 minut wyjadę z mojego miasta razem z około 40 osobami z mojego rocznika na szkolne wyjazdowe rekolekcje na zamek w Gniewie. W planach dużo modlenia się, by nas na siłę zmęczyć, by nic głupiego nie wpadało nam do główek, a także spotkania z przedstawicielami takich organizacji jak: Opus Dei, Neokatechumenat, Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej.

Nie będę miał tam dostępu do internetu, ale od czego Blip? Tak więc właśnie tutaj będzie można czytać relację prawie na żywo. A po powrocie zrobię podsumowanie tutaj na blogu.

Pozdrawiam i życzę miłego poniedziałku i wtorku! Wracam we wtorek po południu.

Westfalenpark, tamtejsza kolejka i Florianturm.

I znowu odsyłacz do fotek na picasaweb, zasady te same co ostatnio. Wesołych Świąt wszystkim!

Weinachtsmarkt

Jak zwykle, fotki na Picasaweb, zaczynają się od tego obrazka (po kliknięciu przechodzi się do albumu):

Przepraszam za jakość fotek, ale pierwszy raz robiłem zdjęcia przy takim świetle, a ręce mi się trzęsą, a nie da się tego opanować specjalnie.

Z innych ciekawostek – jak patrzę na tutejszych “emoboyów” to obrzydzają mi się arafatki. A tutejszy McDonald’s wygląda jak żywcem przeniesiony z początku lat 90., tak amerykańsko-kiczowaty. Z kolei na głównej uliczce jacyś pijani Niemcy cośtam wrzeszczeli, taki efekt sprzedaży dużych ilości piwa na Weinachtsmarkt. Czyli zupełnie jak u nas :)

Dzisiaj zamiast opisu…

Zamiast opisu, fotki. A przy nich nieco opisów. Więcej pytań zadawać na priv.

Następna strona »


Blog Stats

  • 24,362 hits