Archiwum kategorii 'Moja pisanina'

Wiesz?

Większość dnia spędzam, obserwując przez okno przelatujące samoloty. Te małe białe kropki, powoli przesuwające się po błękicie, potrafią być majestatyczne, wiesz? Zawsze wtedy zastanawiam się, co to za samolot i jak wygląda to wszystko z ich perspektywy. Lecą sobie nad blokowiskiem, z obu stron widzą małą niebieską wstęgę, po lewej nawet nieco morza. Skąd, dokąd? Tego zazwyczaj nie wiem. Chyba, że jest właśnie siódma rano, a ja idę na przystanek. Wtedy zawsze nad miastem przelatuje samolot do Warszawy, na pokładzie którego większość stanowią posłowie i biznesmeni. Pilot musiał wstać o czwartej, jeśli nie wcześniej. Tego właśnie im współczuję.

Póki jednak samolot nie schowa się w chmurach, a te pojawiają się dość często, wyobrażam sobie, co dzieje się na pokładzie. Nie mieszkam niestety na trasie samolotów z Europy do Azji, więc te, które widzę, zwykle lecą ze Skandynawii gdzieś na południe, czasem też z Rosji. Piloci zapewne właśnie w tej chwili zajmują się obserwacją parametrów lotu i niewielkimi korektami. Reszta załogi rozwozi jedzenie i picie. Jeśli to tania linia, ktoś właśnie kupuje Nestea za kilka euro. Ktoś inny po raz pierwszy korzysta z dość niewielkiej pokładowej toalety.

Na chwilę odrywam wzrok od nieba. Ze zdziwieniem stwierdzam, że napotkałem inne spojrzenie. Nigdy tego człowieka tu nie widziałem. Tym razem jednak wyraźnie stał, patrząc przez okno. W tym kierunku? Możliwe, choć równie dobrze mogło mi się wydawać. Na wszelki wypadek odszedłem jednak od okna.

Dzień później, siedząc samemu w domu, słyszę dzwonek telefonu. Odbieram. “Halo?” – odpowiada mi cisza. Pytam jeszcze raz, nadal cisza. Uparcie jednak nie rozłączam się, a czekam na dalsze dźwięki. Nic, prócz zwyczajowego szumu na łączach. Po piętnastu sekundach druga osoba nie wytrzymuje i się rozłącza. Przypomina mi się “Hej kobieto” Pidżamy. To jednak inna sytuacja, tego jestem pewien. Ktoś sprawdzał, czy jest ktoś w domu?

Wieczorem znowu widzę w oknie tę samą twarz. Jej właściciel pali papierosa. Znowu mam wrażenie, że patrzy w tym kierunku. Chowam się więc w głębi pokoju, obserwując będąc niewidocznym. Nadal zdaje się patrzeć w tym kierunku. Po chwili papieros gaśnie, a postać znika z okolic okna. Kręci się jeszcze chwilę po pokoju, po czym widać już tylko błyski telewizora.

Nawet na nudnym blokowisku da się znaleźć jakąś historię, wiesz?

Pierwsza poważniejsza awaria

Wczesny ranek. Na lotnisku w Gdańsku Rębiechowie, mimo grudniowego dnia, piękna pogoda. Zaparkowany nieco z dala od głównego terminalu Antonow An-2 powoli uruchamia silniki. Na pokładzie pilot kolejny raz wyrusza na wyprawę – tym razem nie dookoła świata, nie na Fair Isle w Wielkiej Brytanii, gdzie i tak nie doleciał z powodu lenistwa, lecz tam, gdzie mu fallingrain.com pokaże w miarę uczęszczane następne lotnisko. Pierwszy cel – Kaliningrad.

Komputer wyznaczył trasę w najprostszy możliwy sposób – prosto z lotniska do lotniska. Przewidywany czas lotu – 27 minut. Faktycznie, pilot spodziewał się, że doleci w około 45. W końcu stary dobry Antek to dość paliwożerna machina, a przy niższych prędkościach też świetnie sobie radzi, a mniej kosztownego płynu pochłania…

Start był kompletnie zwyczajny – tak, jak to tylko było możliwe. Podczas przelotu nad Sopotem zaczęło delikatnie bujać. Ot, wiatr, pomyślał sobie. Po chwili bujanie uspokoiło się. Przez następne kilkanaście minut mógł podziwiać widoki, obserwując wschodzące słońce, zerkając na prawo w kierunku swojego rodzinnego miasta, patrząc, jak przed nim w odległości kilku kilometrów przelatuje dyspozycyjny odrzutowiec Learjet, lecący do Gdańska ze Sztokholmu. Spokój, jakiego tylko można pozazdrościć.

Wysokość lotu tymczasem zwiększała się. 2000 stóp, 4000, 6000, coraz bliżej 8000. W radiu słychać było, że ATR 42 LOT-u z Warszawy po raz trzeci podchodzi do lądowania w Gdańsku. Po chwili kontroler z Warszawy odezwał się do pilota, informując go, że ma zmienić częstotliwość, by odtąd komunikować się z centrum w Kaliningradzie. Krótkie zgłoszenie po angielsku do kolejnego kontrolera i dalszy spokój.

Coraz bliżej było do Bałtijska, już niemalże było widać jego budynki. Nagle zewsząd zaczęły formować się chmury. Nie minęło kilka minut, a widoczność spadła do mniej więcej 2-3 km. Skończyło się obejmowanie wzrokiem całego Obwodu Kaliningradzkiego. Pojawił się też wiatr – silny, boczny wiatr od południa. W bardzo szybkim tempie wiatr wzmagał się, coraz trudniej było utrzymać prosty kurs. Tor lotu walczącego z wichrem dwupłatowca coraz bardziej przypominał ślad przemieszczania się człowieka po długiej wizycie w pubie. Tu huragan, tam huragan, tu latarnia…

Pilot obserwował przyrządy. GPS podawał inny kierunek niż kompas, wskaźnik wysokości mimo zmniejszenia mocy silników do 45% nie drgał. W pewnym momencie spojrzał na wskaźnik poziomu paliwa i zamarł. Lewy zbiornik był opróźniony dopiero w dziesięciu procentach, prawy w dziewięćdziesięciu pięciu. Nagle wszystko się wyjaśniło – to nie wiatr, tylko jakieś problemy z paliwem zakłóciły balans. Przełączył kontrolkę na pobieranie paliwa jedynie z lewego zbiornika. Mimo tego, stan paliwa w prawym nadal spadał. Wyciek.

Do lotniska, na szczęście, było coraz bliżej. Paliwa i tak by nie zabrakło, ale utrzymywanie prostego kursu w sytuacji, gdy lewa strona jest dużo cięższa, jest skomplikowanym zadaniem. Wysokościomierz nareszcie zaczął wskazywać, że samolot powoli obniżał wysokość. Pojawił się jednak kolejny problem – GPS pokazywał, że lotnisko jest coraz bliżej, a nie widać go było nigdzie w pobliżu. Parę minut zerkania w prawo i w lewo, jednocześnie cały czas korygując kurs, w końcu zaskutkowało odnalezieniem świateł podejścia. Oczywiście, był za wysoko, ale w tym Antku nie jest to szczególnie duży problem.

Samo lądowanie było dość efektowne. Samolot spokojnie musnął kołami o pas, po chwili tylne koło zaczęło się obniżać, i nagle… znalazł się poza pasem. Drobny błąd pilota podczas korygowania kursu gdzieś nad Zatoką Gdańską zaskutkował złym ustawieniem klap. Na szczęście, hamulce działały. Podkołował do swojego miejsca na płycie, stając tuż obok całkiem sporego samolotu pasażerskiego produkcji sowieckiej lub rosyjskiej. Wiedział już, że w Kaliningradzie spędzi nieco więcej, niż planowane kilka godzin…

Dziwny poranek

Dziwny ten poranek. Nie dość, że poszedłem spać o północy, to jeszcze obudziłem się samodzielnie o 5:55, a powinienem o 6:45, co gorsza byłem wyspany.

Zaraz po ubraniu się spacer. Nieco wymuszony przez okoliczności, ale bardzo przydatny. Jest całkiem ciepło, ale widać chmury na północ. Z której wieje wiatr? Północnej. Niezbyt przyjemnie, może padać. Trudno, wezmę kurtkę i jakoś to przetrwam. Tyle chodzę, że dla mnie lepszy byłby odpowiednik serwisu bikestats.pl , ale jako walkstats.pl, może nawet taki jest, nie sprawdzałem. Bułgarzy na bazarze dopiero się rozkładają, jeszcze nie widać vana z nagą pamelopodobną kobietą na masce.

Po chwili wracam. Na bazarze rozłożyły się już handlarki kwiatami. “Pani, kwiatuszki na dzień matki”. Ja mój prezent już dałem.

Pakuję plecak, mp3 nie biorę, mimo że ładowałem przed chwilą. Wkładam marynarkę, kurtkę, podręczniki… aparat. Może się przydać. Myję zęby i zaraz wychodzę. Po co tak wcześnie, nie wiem. Wiem, że przez to będę w szkole o jakieś 55 minut za szybko. Trudno, ktoś z moich znajomych na pewno już będzie. To tylko ja zwykle jestem takim śpiochem…

Nigdy nie było

Wchodząc do wieżowca w centrum miasta musiał zdjąć słuchawki. W końcu był już u celu swojej krótkiej podróży, centrali firmy, która w ostatnim czasie robiła w mieście furorę. Gdy dowiedział się, jaki cel postawił przed nim naczelny, musiał wziąć ze sobą odtwarzacz mp3, jakoś trzeba było zagłuszyć myśli, szczególnie, że miał być uprzejmy, miły, próbować dowiedzieć się jak najwięcej, ale w sposób nieinwazyjny, nie miał szukać na siłę uchybień w tym pięknym planie, który roztaczał przed mieszkańcami miasta dyrektor firmy, która w trzy miesiące od założenia była już w stanie zakupić ten trzydziestopiętrowy szklany wieżowiec na wyłączność. Duży kapitał w połączeniu z pomysłem, który musi dać olbrzymie pieniądze zrobiły swoje.

Ich nigdy, nigdy nie było, nigdy nie było, nigdy nie było, miłości nigdy nie było, nas nie było.

Na końcu długiego, wysokiego holu powieszone były kryształowe litery, oświetlone w taki sposób, że zdawały się mienić wszystkimi kolorami tęczy. Napis głosił: „Teraz twoja kolej na dziecko. NewKidsCompany, spółka z siedzibą w City.”. Tuż pod nim znajdował się szklany panel, który okazał się być wyświetlaczem, służącym do kontaktu z sekretarkami, które znajdowały się na innym piętrze. No tak, przecież trzeba odhumanizować co się da, zapłacić i mieć co się chce.

Urocza komputerowa twarz sekretarki pokazała się na ekranie. „Czym mogę służyć?” zapytała w nieczułej, elektronicznej manierze. Miał wrażenie, jakby cofnął się w czasie o kilkadziesiąt lat, do czasów, w których nikomu nie zależało na tym, by dobrze obsłużyć klienta, który był traktowany jako zło konieczne. „Jestem umówiony z prezesem. Kirk Darren, gazeta CityVois”. CityVois była jedną z trzech najpopularniejszych gazet w City. Dwie pozostałe to CityVoice i CityVoyse. Wszystkie trzy dziwnym trafem należały do jednego właściciela, nawet układ stron i logo miały podobne. Przeciętny mieszkaniec City nie wiedział, że są to trzy odrębne gazety. „Proszę wsiąść do windy nr 66, za chwilę znajdzie się pan na 30 piętrze”. Wsiadł.

Po wyjściu z windy zobaczył biurko, przy którym siedział spokojnie niezbyt wielki, lekko przygarbiony, straszliwie chudy człowieczek. „Witam, nazywam się Mat Xopolis, jestem prezesem NewKidsCompany.” Na pierwszy rzut oka robił pozytywne wrażenie, był miły, zaproponował nawet wypicie wspólnej herbaty. Kirk niewiele później pamiętał z rozmowy, miał wrażenie, jakby ktoś zaprogramował go tak, by zrobił tylko notatki, ułożył to w składne zdania i zapomniał. Jedna wypowiedź nie była jednak w stanie ulecieć z jego pamięci.

„Ależ to naturalne. Miłości nigdy nie było. To przeżytek, którym można było zachwycać się w dawnych czasach, i to jeśli ktoś był na tyle głupi, by uwierzyć, że ten nagły wzrost produkcji hormonów rzeczywiście cokolwiek znaczy. Jesteśmy wszyscy w takim samym stopniu śmiertelni, możemy za to w coraz większym stopniu wpływać na to, jak wyglądamy, jacy są nasi potomkowie. Dzięki naszym wspaniałym odkryciom, niepotrzebna już jest ta iluzja miłości. Wszystko da się zrobić bez jakiegokolwiek stosunku, ba, nie trzeba nawet być żadnej konkretnej płci. Każdy może wychować własne dziecko, na dobrego, samodzielnego konsumenta.”

Po wyjściu z budynku znowu założył słuchawki na uszy. W ciągu pół godziny przestał czuć, przestał w świadomości burzyć się przeciwko temu, co powiedział ten człowiek. Może po prostu tylko on był pieprzonym romantykiem, ostatnim na tej ziemi? Może był po prostu na swój sposób przestarzały, upośledzony, niepasujący do tych czasów?

Dwa dni później w obskurnym mieszkaniu rozległ się przeciągły gwizd z głośnika. „Masz wiadomość”, informował go domowy system informacji i rozrywki. Każdy go miał. Nie był może zbyt rewelacyjny, jeden dotykowy panel i dwa głośniczki, ale to w zupełności wystarczyło. Podszedł do panelu, otworzył pocztę. W załączniku znajdował się najnowszy numer CityVois. Otworzył załącznik, i przeszedł do swojego artykułu. Czytając go, miał wrażenie, jakby pisał to kto inny, wiedział jednak, że te peany na cześć NewKidsCompany są jego autorstwa. Gdy przewinął niżej, poczuł, że jest bliski zwymiotowania.

Autor: Kirk Darren
Artykuł sponsorowany

Po chwili doszedł do siebie. Nie wiedział, że to, co pisał, to artykuł sponsorowany. Gdyby wiedział, nigdy by się tego nie podjął. A może wiedział, tylko jakimś dziwnym trafem zagubił to we własnej świadomości? Chwilę później topił już wszelkie wątpliwości w butelce wódki. Chociaż to pozostało takie samo…

Druga w nocy

Druga w nocy i dziwne piosenki sprzyjały przemyśleniom. Sytuacja się pogarszała. Wyraźnie był odsuwany na boczny tor. Ze zdziwieniem odkrył, że obecna grupa jego znajomych stanowi w wielu wypadkach nieodgadnioną dla niego rzeczywistość za ścianą. Porozmawiać, zrobić coś razem – i owszem, ale żeby dowiedzieć się czegoś bardziej osobistego, nie mógł po prostu porozmawiać, jak to dawniej bywało. Musiał angażować całe swoje moce przerobowe, analizować strzępki zasłyszanych rozmów, podpytywać bardziej zaufanych osób o jakieś informacje, które rzadko były, a nawet jeśli, to dana osoba nie chciała ich ujawniać. Prawda, przyjaźń ważniejsza niż zaspokojenie ciekawości nawet osoby, która tego dalej nie wyda, nareszcie ludzie zaczynali to rozumieć.

Nagle znalazł się w miejscu, gdzie rzeczywiście stała taka ściana. Spróbował rozbić ją narzekaniem każdej napotkanej osobie. Jedna stwierdziła, że ściana powstała przez rozglądanie się na boki. Druga powiedziała mu, że to co za ścianą, i tak nie ma szans na stworzenie czegoś budującego, pozytywnego, dlatego niepotrzebna mu wiedza, co tam właściwie jest. Sama jednak wyjęła maleńką cegiełkę z muru, by dać choć trochę mglistego pojęcia na to, co tam się znajduje.

Dziura powstała po wyjęciu cegiełki była dość duża, by przez nią zajrzeć. Na początku nie zobaczył tam nic. Przypominając jednak sobie dziwną zagadkę otrzymaną od pierwszej osoby, pojedyncze słowa od drugiej i ledwo co widoczne widmowe ruchy po drugiej stronie, zbudował sobie swój własny obraz tego, co tam było. Cały radosny podzielił się swoim odkryciem z pierwszą osobą, gdy nagle po drugiej stronie pojawiła się trzecia osoba. Powiedziała, że jeszcze za wcześnie na to, by murek zniknął, ale z czasem będzie słabnąć. On tymczasem przeczuwal, że trzecia osoba, a także druga, są częścią tej dziwacznej układanki, gdzie każdy mógł stać się jej elementem, i było to od niego niezależne.

Rozejrzał się wokół, i ze zdziwieniem stwierdził, że po lewej właśnie rośnie kolejna ściana. Budowała ją osoba, którą znał, często z nią rozmawiał, czasami nawet miał wrażenie, że coś do niej czuł. Zerknął jeszcze raz, i stwierdził, że tablica z karteczkami, na których zapisywała swoje odczucia, została odsunięta tak, by widział tylko parę pierwszych słów. Zobaczył jednak za dużo i sam dodał kilka cegieł do muru. Gdy zorientował się, że mur urósł do dość pokaźnych rozmiarów, zawołał, ale nikt po drugiej stronie nie odpowiedział. Zaczął więc rozbierać mur, ale gdy tylko wychylił się przypadkiem na drugą stronę, zobaczył tam osobę, która z powrotem umieszczała wyjmowane przez niego cegły. Musiał mocno się powstrzymywać, by którąś nie cisnąć.

Odwrócił się, i zobaczył zupełnie inny świat. Zawołał, i uzyskał odpowiedź. Wydawało się, że to co tam, jest na wyciągnięcie ręki, jednak bał się tam od razu iść, szczególnie, że na drodze stał niewielki murek, ot taki, że bez problemu można go było przeskoczyć. Nie chciał jednak ponownie być intruzem. Zaczął dowiadywać się, czy dałoby radę razem wyruszyć gdzieś na neutralny grunt, gdzie obydwoje mieliby tarcze, ale nie byłoby muru. Okazało się, że wybierają się w to samo miejsce, jednak dopiero za pół roku. Zapadł więc w sen przerywany krótkimi wymianami uśmiechów i niewiele znaczącymi konwersacjami. Powoli planował wyprawę, gdy ocknął się którejś nocy w ciemnościach. Usłyszał ciche skrobanie, spojrzał ukradkiem w stronę murku, udając że nadal śpi. Wydawało mu się, że ktoś od drugiej strony wyskrobuje murek łyżeczką. A może to jednak prawda? “Dowiem się za pół roku” – pomyślał i dalej poszedł spać, marząc o innym, kolorowym świecie gdzieś daleko za murami…

Oto grafomańskie przemówienie

Oto przemówienie, które oddałem na lekcji polskiego do sprawdzenia, i które zostało uznane za momentami grafomańskie. Nareszcie ktoś się na mnie poznał :) No i zastanawiam się co złego jest w zdaniu na 6 linijek… :D Skończyło się jednak oceną 4+ dla mnie, więc chyba zupełnie źle nie było. Fakt, humanistą nie jestem. Ale jeśli komuś chce się czytać, niechaj czyta. Ja nie zachęcam szczególnie.

Przemówienie

PS. Tak, wiem, że nie ma żadnych zwrotów do publiki, i jest pełno powtórzeń.

“Sun” – part 3

Więcej części już nie będzie. :)

Czekali tak we trójkę od paru dni, mając nadzieję, że upragnione rozkazy w końcu nadejdą. Od dłuższego czasu na niebie nie było żadnej chmurki, a majaczące na horyzoncie olbrzymie miasto wydawało się być jakąś surrealistyczną fatamorganą wobec ogromu pustyni wszędzie wokół. Istniało jednak i żyło według własnego, od dawna ustalonego rytmu. Czy jednak na pewno? Byli przecież w mieście kilka dni wcześniej i coraz mniej przypominało ono nieludzko uporządkowane, ale spokojne miejsce, z którego odszedł. Walki już nie toczyły się o ustalonych godzinach, a cały czas, obejmowały też coraz większy obszar. Wyglądało na to, że frakcje przypomniały sobie, że na wypadek katastrofalnego obrotu wydarzeń przodkowie zostawili dla nich bronie dużo bardziej niszczycielskie.
W końcu pojawił się rozkaz. Tylko jedna miała udać się do miasta, w celu pełnienia straży w magazynie broni ostatecznych – ładunków nuklearnych. Było wyraźnie napisane – jednA, nie jedEN, więc jasne było, kto ma wykonać zadanie. Nie burzyła się, wręcz przeciwnie, wyglądała na rozradowaną. Poszła do namiotu i pozbierała najpotrzebniejsze rzeczy. Tuż przed odejściem uśmiechnęła się do niego, nie było to jednak ten sam uśmiech, który doprowadzał jego umysł do rozstroju. W tym uśmiechu było coś innego.
Mogli tylko patrzeć, jak oddala się, stając się maleńką kropeczką wśród piasków, a następnie całkiem znikając…

- – -

Następnego dnia napisał do niej SMS: “Martwię się o Ciebie.” Czekał na odpowiedź dużo dłużej niż zwykle, już myślał, że wcale jej nie będzie, co doprowadzało go do paniki, w końcu zawsze mu odpisywała, jakoś go uspokajała, koiła skołatane nerwy, a tym razem coś musiało być nie tak… Nagle usłyszał znajomy dzwonek. “To śmieszne, że się martwisz, przecież dam sobie radę!”. Ubodła go ta odpowiedź. Nigdy tak nie odpowiadała. Poczuł, że to wcale nie jest śmieszne, że… skończyła się miłość. Pierwszy raz pomyślał jasno, że była to miłość, zawsze wolał określenie, że jest to coś niewypowiedzianego głośno, a wyjaśnienie czym to jest mogło usunąć całą magię… Nie mylił się. To była miłość.
Nadszedł wieczór. Spoglądali w kierunku miasta, gdy nagle ujrzeli migający punkt. Po chwili następny. widać też było zwyczajowe błyski rakiet, z takiej odległości wyglądające równie widowiskowo co świetliki. W przeciwieństwie do rakiet, te punkty nie znikały, a raczej rozszerzały się. Niekiedy miejsca, do których docierała ta fala światła, rozbłyskały, a w obozowisku, położonym przecież tak daleko od miasta, słychać było huk wybuchów, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Miasto wyraźnie płonęło.
W pewnym momencie jeden z rozbłysków nie zniknął, a wręcz przeciwnie. Ze zdumieniem obserwowali, jak rośnie, aż pochłonął całe miasto. Przybierał kształt grzyba. Osłupieli. Po chwili fala uderzeniowa zwaliła ich z nóg. Później nadszedł ogłuszający huk, a po nim już tylko cisza.
Nie było już miasta, w którym się urodził, w którym dorastał, z którego się wyrwał. Nie było milionów ludzi, wielkich budynków w centrum, znakomitych kolei, a przede wszystkim nie było jej…

- – -

Nikt nie chciał wejść do jej namiotu. Może bali się, że emocje tam już nie wytrzymają? W ciszy pozbierali swoje rzeczy. Trzeba złożyć raport do dowództwa… Nikt nie miał jednak do tego głowy, zresztą oni pewnie już wiedzieli co się stało…
Na szczęście, jego partner miał dość oleju w głowie, by niespecjalnie wchodzić mu w drogę. Nawet informację, że chce wyjść na parę godzin w pustynię, przyjął ze zrozumieniem.
Kochał ją. Teraz to wiedział, wiedział też, że ta miłość w rzeczywistości nigdy się nie skończyła. Pora była jednak na jakiś fizyczny znak końca. Wyjął z kieszeni telefon. I tak w tym miejscu nie miał zasięgu, za daleko od przenośnego nadajnika, jaki posiadało obozowisko. Ostatni raz przeczytał wszystkie SMS-y. Pamiętał jak wiele miłego zdarzyło się dzięki tej kupie plastiku i metalu, ale jednak na końcu ona przez telefon potraktowała go dość nieprzyjemnie, jakby chciała coś zakończyć…
Wyrzucił telefon i wrócił do obozowiska. Pora wyruszyć z powrotem do cywilizacji, odpocząć i znaleźć kogoś nowego…

“Sun” – part 2

Powoli robiło się szaro. Zbliżała się pora, w której typowość każdego dnia zmieniała się w lęk o przetrwanie.
We wszystkich oknach gasło światło. Machinalnie sięgnął do wyłącznika i również w jego pokoju zrobiło się ciemno. Po omacku wyszukał krzesło i ustawił je tak, by siedząc na nim, mieć widok na okno. Wstał z łóżka i przeniósł się na krzesło. Uśmiechnął się. Zaraz się zacznie…
Okolica wyraźnie ucichła. Już nigdzie nie było słychać rozmów, a jedynie czyjeś kroki, dobiegające z ulicy. Osoba ta wyraźnie przyspieszała, wręcz biegła…
Eksplozja wstrząsnęła całym budynkiem. Gdzie wybuchło? Najwyżej pięć domów stąd. Za oknem widać było spadające odłamki. Ktoś krzyczał… On jednak nie miał zamiaru nigdzie się ruszać. I tak pożar nie dojdzie aż tutaj… Po chwili usłyszał szum, właściwie świst. To nadlatywał śmigłowiec gaśniczy. Zaraz wszystko zostanie ugaszone, martwi pozostaną w tym stanie, a żywi? Rano już ich tu nie będzie. Nie wiedział, co się z nimi później dzieje i nie chciał wiedzieć.
Wrócił do okna. Nagle zza jednego z domów wyłonił się błysk. Rakieta. Nie minęło pięć sekund, a zniknęła za innym domem. Jasny obłok był widoczny nad okolicą. Po kilkunastu sekundach znów usłyszał huk. I jeszcze jeden. Wyglądało na to, że rakieta trafiła w jakiś ładunek wybuchowy, zbiornik lub pojazd. Nie był pewien – aż tak się na tym nie znał. Co prawda lubił patrzeć, jak te wszystkie wymyślne śmiercionośne wyroby spadają tu i ówdzie, nie miał prawa wiedzieć zbyt wiele. Te walki były dla wszystkich tabu, nie było osoby, której mógłby się o nie spytać, nie było nawet żadnej osoby, która chciałaby w ogóle z nim porozmawiać na jakikolwiek temat. Praktycznie nikt nie rozmawiał z nikim. Tak uczono ich i tak uczy się kolejne pokolenia takich samych mieszkańców tego miasta. Nie pomagać nikomu, nie oczekiwać pomocy. Odzywać się tylko wtedy, gdy jest to potrzebne. A przede wszystkim – pogodzić się z tym, że niczego się nie zmieni, że życia nadal nie będzie przejawiało żadnej wartości.
Nie patrzył już na błyski, a jedynie gdzieś przed siebie. Zresztą, jakie to miało znaczenie, gdzie był zwrócony jego wzrok? W tej chwili ważniejsze dla niego było to, co działo się w jego głowie. Tak, wydawało się, że widział to wyraźnie. Myślami przeniósł się do zupełnie innego świata. Miejsca, gdzie ludzie ze sobą rozmawiali, a nawet uśmiechali się do siebie… W swoich marzeniach widział kolor zielony – ten mityczny kolor, którego praktycznie nie było w tym mieście. Jak się dowiedział w szkole, najwięcej zielonego barwnika, zwanego też chlorofilem, znajdowało się w roślinach. Ach, jak żałował w tamtej chwili, że nie pracował w Dziale Żywności. Zresztą, i tak to, co trafiało na jego stół jako jedzenie, było surową papką bez smaku. Receptura nie była podawana w szkole, gdyż “i tak nie jest potrzebna nikomu prócz kilku osób”.
Nagle dopadła go senność. Tak, pora iść spać…

- – -

6:30. Pobudka. Nie było słychać żadnego dzwonka, wszyscy i tak budzili się bez nich.
Pora wstać z łóżka. Pomyślał, że coś tu jest nie tak. Co prawda tak jak każdego ranka miał wrażenie, że coś mu krzyczy do ucha “Wstawaj, śmierdzący zgniłku! Kolejny nudny dzień przed tobą!”, ale tym razem było coś jeszcze. Pierwszy raz w życiu czuł się obserwowany. Tak jakby coś lub ktoś śledziło wszystkie jego ruchy… Zerwał się z łóżka i wyjrzał przez okno. Wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku, o ile porządkiem można nazwać rozpadające się kamienice i powoli podnoszących się z łóżek ludzi. czuł jednak, że coś wisi w powietrzu. Nie wiedział tylko, co to może być. Miał wrażenie, że ten dzień będzie inny niż wszystkie, że dziś wreszcie cokolwiek zdarzy się w jego życiu. Co prawda rozum podpowiadał mu, że to nierealne, ale jego dusza, stworzona do bardziej wzniosłych rzeczy, podpowiadała co innego. Miał nadzieję, że jak najszybciej dowie się, co takiego ma się wydarzyć.

- – -

Widok kogoś przechodzącego o tej porze między hangarami byłby zaskakujący dla każdego mieszkańca miasta. Ktoś jednak przechodził i nie dało się temu zaprzeczyć. Co prawda jedynymi świadkami były koty, ale wprawny śledczy i z nich wydusiłby informacje na temat tajemniczego przechodnia. Zapis tego wyglądałby mniej więcej tak:
“Miauuuu, zostaw ten szpikulec! Gdzie ty go chcesz… Auuuu… Już wszystko mówię, tylko nie rób tak więcej! Więc tak. Tyle wiem, że to była samiczka z waszego gatunku. Raczej ciężko rozpoznać, wy wszyscy jesteście tacy sami… choć ona była w sumie nieco inna. Jakaś taka… radosna. Nietypowa – wyraźnie tutaj nie pasowała. Ubrana na czarno. Sierść na głowie koloru żółtawego, wy go tak jakoś dziwnie nazywacie. Aha. Ale i tak tej nazwy nie zapamiętam. Wystarczy? Mogę już uciec? Dziękuję.”
Wielka brama wejściowa została z łatwością otwarta przez tajemniczą przybyszkę. Jej oczom ukazał się widok setek, tysięcy biurek, na których stały komputery bądź też leżały jakieś papiery. O tej porze nie było tam nikogo. Wyjęła z kieszeni coś, co wyglądało jak plan budynku. Rozłożyła papierowe płachty i najwyraźniej szukała jakiegoś konkretnego miejsca. Po chwili uśmiechnęła się, zwinęła plan i schowała do kieszeni. Zamknęła za sobą bramę, bo mimo że o tej porze nigdy nie było tu nikogo, to jednak instrukcje wyraźnie mówiły – nie pozostawiać po sobie żadnych, absolutnie żadnych śladów obecności.
Skręciła w lewo, mijając biurka, po czym weszła w boczny korytarz, prowadzący do schodów. Pierwsze, drugie, trzecie piętro. W lewo, dwadzieścia rzędów. Teraz do pierwszego, czwartego, dziewiątego biurka. Otworzyła szufladę, jedyną, jaka była w biurku i położyła coś na stercie papierów. Co to było?
Po chwili już nigdzie nie było jej widać. Zniknęła tak szybko, że nawet ptaki nie zauważyły, co się z nią stało i w którym kierunku się udała. Jakby nigdy jej tu nie było…

- – -

Racja żywnościowa już odebrana i pochłonięta, jak każdego innego dnia. Nastrój tajemniczości powoli zaczął się rozmywać, wróciła szarość codziennego dnia, który świetnie oddawała szara, wymięta koszula i takie same spodnie.

“Sun” – part 1

Będę dodawał dzień po dniu kolejne części, w liczbie 3. Ostatnia może wydawać się niezbyt związana z resztą, ale to przez brak chęci na pisanie czegoś więcej niż początek i zakończenie.

Słońce zbliżało się już do dachów wieżowców górujących nad metropolią. Ulice były niemal kompletnie puste – tu i ówdzie kręciły się po nich jedynie koty. Prawie wszystko było stalowoszare – budynki, lampy uliczne – a nawet niebo. Jedynymi kolorowymi punktami były czerwone cyfry wyświetlane na wielkich zegarach, które zdawały się być na każdym rogu. Wskazywały godzinę 16:58.
Spokój tego miejsca zburzyła nagle ciemna sylwetka, która wyłoniła się zza rogu. W biegu pokonała niewielką uliczkę, płosząc przy tym grupkę wróbli, obserwujących tajemniczą postać. Zaledwie w trzy sekundy po pojawieniu się, postać zniknęła za rogiem, skręcając w kolejną uliczkę. Kilka sekund później wszystko wróciło do normy. Nie miało to jednak potrwać długo.
Godzina 16:59 pojawiła się na zegarach. Jakby tylko na to czekając, wszystkie koty niczym na zawołanie rozpierzchły się po ciemnych zaułkach, których wszędzie wokół było pełno. Również wróble zerwały się do lotu, lądując dopiero na dachach. Ulica stała się jeszcze cichsza, niż to było chwilę wcześniej, choć wydawało się to niemożliwe. Wszystko wskazywało na to, że była to cisza przed burzą…
Pięć sekund. Cztery. Trzy. Dwie. Jedna…
Nagle całym miastem wstrząsnął przeraźliwy dźwięk. Brzmiał niczym bicie gigantycznego, niewiarygodnie głośnego dzwonu.
Wszystkie zegary wskazywały siedemnastą.
Olbrzymie bramy najrozleglejszych budynków postawionych w centrum metropolii rozwarły się. Z budowli, przypominających gigantyczne hangary wyłoniły się nie setki, nie tysiące, a setki tysięcy ludzi.
Wyglądało to jak olbrzymia rzeka – wszyscy kroczyli w tym samym kierunku, jedynie co jakiś czas oddalała się niewielka grupka tych szczęściarzy, którzy jakimś cudem zdobyli mieszkania tuż koło hangarów.
Otworzyły się i wrota kolejnego hangaru, umieszczonego nieco na uboczu. Kolejne tysiące ludzi wyszły również stamtąd. Tym razem były to jednak dzieci. Stanowiły niezwykle zwartą grupę. Postronny obserwator mógłby nie uwierzyć własnym oczom – tak zdyscyplinowane były te dzieci.
Tyle, że tu obserwatorów nie było. Wszyscy byli częścią tłumu. A przynajmniej tak się wydawało.

- – -

Gdzieś pośrodku tego tłumu kroczył młody mężczyzna. Nie był najlepiej zbudowany – nie dość, że przeraźliwie chudy, to jeszcze średniego wzrostu. Włosy krótkie, koloru brązowoczarnego, skóra ani nadmiernie opalona, ani blada. Obrazu dopełniała szara koszula, którą miał na sobie – mężczyzna praktycznie niczym nie wyróżniał się z tłumu. Szedł dość niezgrabnym krokiem, lekko przygarbiony. Szedł razem z tłumem, lecz myślami był gdzie indziej.
Pierwsi ludzie wkraczali już w uliczkę prowadzącą do olbrzymiego budynku dworca – jeszcze większego niż budowle w centrum. W ciemnych zaułkach widać było jedynie ślepia dziesiątek kotów, obserwujących tego zwartego, wielogłowego potwora.
Sam dworzec był zresztą wielkim osiągnięciem architektury. Dwa poziomy, na każdym trzydzieści peronów, przy każdym peronie po 2 tory – dawało to możliwość odprawienia 120 składów naraz. Dzięki sprawnemu działaniu stacji, cały ten tłum, codziennie na nią przybywający, wyjeżdżał z centrum w ciągu dziesięciu minut od momentu wejścia pierwszej osoby do budynku.
Mężczyzna wszedł właśnie przez dziesięciometrowe wrota. Jak co dzień, ruszył po schodach na drugi poziom. Nie musiał ich liczyć – pamiętał, że ma do pokonania 54 stopnie. Skręcił w lewo, w kierunku peronów. Pierwszy, drugi, trzeci peron… Tor drugi… Pierwsze dwa pociągi przepuścić, wsiąść do trzeciego… Był już w pociągu.
Nagle zauważył, że panuje przeraźliwa cisza. Tylu ludzi, a nikt z nikim nie rozmawia, praktycznie nikt się nie porusza. Dotąd, zbyt zajęty swoimi błahymi sprawami, nie widział, jakie to wszystko jednolite – tacy sami ludzie, pociągi, budynki… Monotonia… Coś, co było tak monotonne, było zarazem niewyobrażalnie potężne – wszyscy zlewali się w jeden, gigantyczny twór, zajęty jedynie pracą i wypełnianiem ścisłego harmonogramu zadań, wyznaczanego równymi godzinami pokazywanymi na wszechobecnych zegarach. Nagle zdał sobie sprawę, że i tu były zegary. Jeden, dwa, trzy, w tym pociągu musiały być setki zegarów. Zadziwiające było to, że wszystkie pokazywały tę samą godzinę, żaden z nich nie spieszył ani nie spóźniał się ani o sekundę. “To – pomyślał z dumą – już moja robota. Konkretnie moja i jeszcze kilkunastu tysięcy innych osób.” Żadnej z nich nie znał z imienia ani z nazwiska. Dopiero sobie to uświadomił…
Jego myśli zakłócił huk pociągu, ruszającego ze stacji.

- – -

System kolejowy miasta przypominał promyki odchodzące od słońca [system piast-szprycha - przyp. aut.]. W tym wypadku punktem, w którym stykały się wszystkie linie, był główny dworzec. Pociągi były kierowane przez dość skomplikowany system komputerowy, dzięki któremu w ciągu ostatnich 10 lat żaden pociąg nie spóźnił się o więcej niż minutę. Przy układzie linii zakładającym, że wszystkie kursy albo zaczynają się albo kończą na stacji centralnej, potrzebna była niewyobrażalna wręcz precyzja i synchronizacja. W ciągu kilkudziesięciu lat swojego działania, system jeszcze nigdy nie zawiódł.
Domy, koło których przejeżdżał pociąg, były do siebie tak podobne, jak kolejne wagony za lokomotywą. jakimś cudem wszyscy jednak wiedzieli, w którym miejscu znajdują się w danej chwili. Może liczyli minuty jazdy, może widzieli na zewnątrz jakieś minimalne różnice, których niewprawione oko w żaden sposób nie było w stanie dostrzec…
Stacja za stacją, przystanek za przystankiem, za oknem pojawiały się kolejne zardzewiałe platformy. Nie było żadnych oznaczeń – każdy wiedział, w którym momencie ma wyjść.
Po raz kolejny rozejrzał się po wagonie. Siedziały w nim też dzieci, wyglądające jak miniaturki dorosłych. Skąd właściwie brały się dzieci? Przypomniał sobie coroczne wizyty w Departamencie Rozmnażania. Za każdym razem czuł się zestresowany, gdy wchodził do hangaru, w którym mieścił się Departament. Rozluźnienia nie ułatwiali tamtejsi pracownicy, wydający jedynie suche polecenia. Bał się nawet pomyśleć, czego dotyczyły. To było jedyne miejsce, w którym widział ludzi zdradzających jakiekolwiek uczucia – zazwyczaj strach.
Zbliżał się już do swojej stacji docelowej. Czuł to i bez spoglądania za okno. Pora wstać, zabrać swoją teczkę i stanąć przy drzwiach wyjściowych. Otworzyły się, więc trzeba zejść dwa stopnie w dół i zeskoczyć na peron. Jak zwykle się udało. Pociąg tymczasem znikał już za domami.
Znalazł się w swojej okolicy. Jedyna różnica pomiędzy tym miejscem a innymi w mieście polegała na poczuciu przynależności – tu mieszkał od dziecka i tu miał kiedyś umrzeć. Według statystyk, zostało mu jeszcze 46,5 roku życia.
Otworzył drzwi prowadzące do klatki schodowej – równie bezbarwnej jak reszta. Odebrał swoją rację żywnościową na dziś z szafy na posiłki, znajdującej się zaraz za drzwiami i wszedł na pierwsze piętro. Drzwi nie były zamknięte na klucz, zamki w drzwiach założono wiele lat temu, gdy jeszcze istniało coś takiego jak przestępczość, nie były już potrzebne, ale nikt nie miał zamiaru ich wymontowywać.
Wszedł do pomieszczenia o wymiarach około 3 na 4 metry, o szarych ścianach, między którymi znajdowały się jedynie proste łóżko, stolik, rozklekotane krzesła i – oczywiście – spory elektroniczny zegar, zajmujący jedną trzecią ściany. Przez okno umieszczone na jednej ze ścian nie wpadało do wnętrza zbyt wiele światła – okno nigdy nie było myte. Po zamknięciu drzwi okazało się, że za nimi stoi jeszcze niewielki kran i przybrudzona muszla klozetowa.
To właśnie był jego dom.

Wiatr

Ciemnoszare, niskie chmury już od jakiegoś czasu przysłaniały światło słoneczne, powodując, że wszystko wokół utraciło przyjazne, pastelowe kolory. Nie, to nie był ten sam świat, który wprawia w pozytywny, optymistyczny nastrój. Tutaj bloki znów przybrały przygnębiającą barwę, a pobliski las wydawał się ciemny i nieprzyjazny. Wiatr wyraźnie się wzmagał, targając liniami energetycznymi, telefonicznymi i innymi kablami poprowadzonymi pomiędzy blokami. Nieodległe drzewa brzozowe huśtały się na tyle wyraźnie, że przypominało to dziki taniec bandy podpitych wyrostków, którzy przypadkiem znaleźli się na rockowym koncercie i uznali, że koniecznie muszą zrobić zadymę. Trwało oczekiwanie na rozpoczęcie koncertu, na bębny, efekty świetlne. Burzę. Ta jednak nie przychodziła. Uznała, że dziś nie ma ochoty dawać koncertu. Niektórzy, fani spokojnej muzyki i pozytywnych emocji, byli zadowoleni, lecz brak koncertu spotkał się z jękiem zawodu części ludzi, która najbardziej lubiła atmosferę niepokoju i piękne efekty, które wywoływała potężna, naturalna artystka. Zamiast rocka mieli pozytywną, miłą muzykę tęczy. Ta również może się podobać. Co to jednak za różnica, jeśli to w ludziach, a nie w tym co wokół powinien tkwić sens życia, każdy kolejny dzień? I znowu społeczeństwo podzieliło się na dwie frakcje. Jak w każdej sprawie.


Blog Stats

  • 23,817 hits